palcami – w głąb śladu ukłucia. i przesuwam
ku dołowi (uczucie, jakby głaskało się
chropowaciznę kory).
drzewo jest umowne i rośnie na płaskowzgórzu,
pod którym rozciąga się sieć kanałów
przełazowych, co wiodą z materii na przestrzał,
po dzikich skrótach. ambiwertycznie tam: trochę
z krzykiem, nieco poniżej słyszalnych tonów
(ileż odczytasz w tym znaczeń, Skarbie!
a w każdym będziesz mogła się zatracić!).
opuszki blaszannieją i staję się niewidomym
wiertaczem. paluchami – w głąb języka,
niech zwinie się w rulon!
– robię dziecinnie obraźliwy grymas w kierunku
każdego, kto chce, by skończyło się meandrowanie,
dróżki biegły jedynie prosto.
