Mojego lotu Światło trącone
Piórem jak strzała ostrym
Złotem wietrzanym przyozdobione
Promieniem tkane prostym
Ja lecę głosem i jego śmiechem
Nim dźwięk zagłuszy burza
Która zatraci głuchym oddechem
Doliny, modre wzgórza
Jam król przestworzy niepomny lęku
Gdy wzrok opuszczę nisko
Ostatnią ziemi piędź pełną wdzięku
W mych szponach mam – tuż blisko
Ja taka płocha – prawem natury
Ulotna nimfa wodna
Witraże nieba odbite z góry;
Istota ma swobodna
Wtem spłynął orzeł lotem śmiertelnym
By zadać nagły koniec
Lecz w oczach ważki euforią pełnych
Błękitne zatok tonie
Sitowia zapach co koi zmysły
I trzcina kładzie pokłon
Rydwanom słońca na lustrach czystych
Tańczących ponad łąką
Życie jak otchłań, łatane chwilą…
Gdy Niebo spotka ziemie
Wpół drogi, co bywała tak miłą…
Łopotu skrzydeł mgnienie











