Olivier Varhelyi – Ostatni człowiek Orbana w Brukseli

angora24.pl 4 часы назад

Era Viktora Orbana minęła. Po kwietniowych wyborach Bruksela straciła swojego największego krytyka. System, który przez lata blokował Unię, szantażował ją wetami, flirtował z Moskwą, robił z Budapesztu laboratorium demokracji nieliberalnej i uczył europejską prawicę, jak można żyć z pieniędzy Brukseli, jednocześnie opowiadając, iż Bruksela jest okupantem — został w końcu odsunięty od władzy. Zwycięstwo Petera Magyara było na tyle przejmujące, iż ten mógł tylko się zastanawiać w jakiej kolejności będzie wyrzucać kolejnych ludzi byłego premiera i które elementy orbanowskiej układanki zdemontować najpierw. Dotyczy to wszystkich polityków z wyjątkiem Oliviera Varheleyiego.

Unijnego komisarza ds. zdrowia i dobrostanu zwierząt nie da się tak po prostu zdymisjonować. To zresztą europejski weteran. Przeszedł cały szlak bojowy węgierskiego eurokraty: od ministerstw w Budapeszcie, przez stałe przedstawicielstwo Węgier przy Unii Europejskiej, departament prawa unijnego, pracę w Komisji Europejskiej, aż po stanowisko ambasadora Węgier przy UE i fotel komisarza. Dziś wygląda jak ostatni żołnierz starego garnizonu – człowiek, któremu nikt nie przekazał rozkazu demobilizacji, choć wojna Orbána z Brukselą właśnie dobiegła końca.

Varheleyi zarządza zdrowiem, choć nie całym. Jego przesłuchanie przed objęciem funkcji wypadło tak słabo, iż z jego kompetencji zdecydowano się wyjąć prawa reprodukcyjne, zdrowie seksualne i kryzysy zdrowotne. Ostatecznie jednak brukselska arytmetyka jest bezlitosna i Węgier musiał „coś” dostać.

Olivier Varhelyi – wielki hamulcowy

Jeśli chodzi o dobrostan zwierząt, Varhelyi okazał się wielkim hamulcowym. Obywatele Unii masowo opowiedzieli się za likwidacją chowu klatkowego, Komisja obiecywała legislację, a organizacje prozwierzęce przez lata czekały na konkrety. Mimo tego komisarz od dobrostanu zwierząt nie przyszedł do Brukseli z energią człowieka, który chce zamknąć epokę klatek, ale z temperamentem urzędnika, który najpierw musi wszystko jeszcze raz skonsultować. Reforma, która miała być moralnym skokiem Unii, zamieniła się w kolejną brukselską obietnicę odłożoną na później.

Ten sam odruch widać w jego myśleniu o zdrowiu. Varhelyi nie mówi o nim tak, jak mówi ktoś, kto zaczyna od pacjenta. On zaczyna od pytania, czy europejski sektor medyczny jest wystarczająco silny, czy łańcuchy dostaw są odporne, czy przemysł ma dobre warunki do działania, czy firmy będą chciały inwestować, produkować i rozwijać się właśnie tutaj, a nie w Stanach albo w Azji.

Nie wszystko w tym jest fałszywe. Europa naprawdę przekonała się boleśnie, iż nie może być kontynentem, który projektuje regulacje, ale eki sprowadza z drugiego końca świata. Problem polega na czymś innym: w ustach Varhelyiego zdrowie publiczne bardzo gwałtownie zmienia punkt ciężkości. Pacjent nie znika, ale przesuwa się na dalszy plan. Najpierw trzeba usprawnić rynek. Najpierw trzeba zadbać o sektor. Najpierw trzeba stworzyć warunki dla przemysłu.

To myślenie dobrze unaocznia temat nowych produktach nikotynowych. Varhelyi uznał, iż saszetki nikotynowe są równie szkodliwe jak papierosy. Dla części opinii publicznej może to brzmieć rozsądnie: nikotyna uzależnia, nowe produkty bywają agresywnie promowane, a państwo ma obowiązek chronić młodych ludzi przed wejściem w nałóg.

Problem polega na tym, iż taka odpowiedź zaciera bardzo istotną różnicę. Papierosy są wyjątkowo śmiercionośne nie tylko dlatego, iż zawierają nikotynę, ale dlatego, iż opierają się na spalaniu tytoniu i wdychaniu dymu. Saszetki nikotynowe nie są zdrowe i nie powinny być przedstawiane jako niewinne. Ale zrównanie ich z papierosami to gruba przesada.

Polityka zdrowotna musi umieć rozróżniać poziomy ryzyka. Dorosły palacz, który nie potrafi rzucić, znajduje się w innej sytuacji niż nastolatek, któremu ktoś sprzedaje modny produkt nikotynowy. Jedno wymaga twardej ochrony przed wejściem w uzależnienie. Drugie wymaga rozmowy o tym, czy można ograniczyć szkody u ludzi, którzy już palą.

Varhelyi tego rozróżnienia nie zrobił i uznał, iż wszystko jest tak samo złe. Taki komunikat dobrze brzmi na konferencji prasowej, ale w praktyce należy zadać pytanie czy za poglądami komisarza nie stało lobby, któremu dalej zależy na sprzedaży papiersów.

Komisarz prawdziwym problemem dla Petera Magyara

Można by powiedzieć, iż to wszystko dziwactwa pojedynczego polityka w Brukseli, która widziała już całe może osobliwości, ale Varhelyi może stać się realnym problemem dla Petera Magyara.

Przede wszystkim będzie funkcjonować jako oczy i uszy Viktora Orbana. Jako komisarz nie kontroluje polityki wobec Budapesztu, ale bierze udział w pracy Komisji, zna jej kalendarz, widzi wewnętrzne napięcia, rozumie kulturę pracy, oraz to kto w gabinetach jest po której stronie i gdzie za chwilę pojawi się presja. To jest wiedza polityczna, której nie widać w komunikatach prasowych, a która w realnej polityce bywa więcej warta niż wystąpienie w parlamencie.

Dla Magyara to problem, bo jego pierwszym zadaniem będzie renegocjowanie relacji z Unią po epoce Orbana. Będzie musiał rozmawiać o pieniądzach, praworządności, kamieniach milowych, zaufaniu do węgierskich instytucji i o tym, jak gwałtownie Bruksela może odblokować współpracę z Budapesztem. Varhelyi nie musi formalnie prowadzić tych rozmów, żeby być użyteczny dla starego obozu. Wystarczy, iż Fidesz zachowa przez niego lepsze wyczucie tego, co dzieje się w Komisji. Taka przewaga informacyjna nie wygląda efektownie, ale w polityce jest śmiertelnie praktyczna.

Varhelyi jest więc dla Magyara czymś w rodzaju politycznej blizny po Orbánie: nie da się jej po prostu odciąć, ale przy każdym ruchu przypomina, jak głęboko dawny system zdążył wrosnąć w europejskie ciało.

Читать всю статью