Koniec drogi,
a podróż, bezczelna,
wciąż rozsuwa zasłony
i wpuszcza pod skórę
pierwszy oddech.
Myśli wsuwają palce
w szczeliny blizn,
jakby pod ich zgrubiałym
światłem szukały
iskry, która nie zgodziła się
wygasnąć.
Archiwum dotyku
wciśnięte do ciała,
ciemne jak wilgoć
pod świeżym naskórkiem,
nieposłuszne, jak ciało,
które pamięta,
że można się podnieść.
Odwracam się
w cichym skręcie blizny,
nie po to,
żeby wrócić,
by zobaczyć ile razy
moje ciało przechodziło
przez ciemność
z trudem znajdując
kolejne światło.
I wtedy rozumiem,
koniec już nie stoi
na horyzoncie.
Nic się nie skończyło,
tylko życie przekręciło
mnie na drugą stronę.
Stawiam stopy,
tam, gdzie wcześniej
były moje blizny
i idę dalej,
wciąż ku sobie.










