Określenie „odbieganie od normy” brzmi nieco łagodniej niż tytuł książki francuskiego socjologa Jacques’a Ellula, której zamierzam poświęcić ten tekst. Dosłowne jej tłumaczenie na język polski brzmiałoby: „Dewiacje i dewianci w naszym nietolerancyjnym społeczeństwie”. Fenomen dewiacji, czy mówiąc ładniej, nieprzystosowania, z jednej strony nie kojarzy się zbyt dobrze, z drugiej strony jest też bardzo płynny, mglisty, bez jednoznacznej definicji. A jednak określenie to przewija się konsekwentnie przez całą publikację, odnosząc się do bardzo szerokiej grupy ludzi, mniej lub bardziej nieprzystosowanych do życia w naszych technologicznych społeczeństwach. To socjologiczne spojrzenie na masy ludzi, którzy z różnych powodów nie są tacy jak inni. Trzeba zwrócić szczególną uwagę na socjologiczny charakter tych rozważań, gdyż dewiacja jest dla autora nieodłącznie związana z egzystencją społeczną – to zaprzeczenie społeczeństwa, świadoma (lub nie) odmowa warunków życia i pracy we współczesnym świecie.
Choć będziemy się tu odnosić istotnie do współczesności, to podkreślmy za autorem, iż grupy mniejszościowe były i są nieuchronnie i we wszystkich społeczeństwach represjonowane przez większość. „Nigdzie bowiem nie istnieje pluralizm i liberalizm tolerujący różnice”. Problem ten się w tej chwili po prostu nasilił.
Może się to wydawać paradoksalne, bo nigdzie więcej nie mówi się o tolerancji i pluralizmie niż w liberalnych społeczeństwach Zachodu, jednak dla Ellula jest to jedynie fasada – akceptujemy różnice, które tak naprawdę niczego nie zmieniają, nie podważają ustalonego kierunku.
„Dewiant” staje się tu gwarantem władzy, częścią rozrywki i odwrócenia uwagi: „liberalizm społeczeństwa przejawia się w akceptacji spektakularnej erotyki, narkotyków (…) nie rozważajcie radykalnych kwestii, ale fascynujcie się sztuką i literaturą, które nigdy nie były tak wolne, tak żywiołowe, twórcze i niekonwencjonalne jak dzisiaj. (…) Niech żyje anarchia (estetyczna) i wolność słowa (komputerowego)! Takie jest motto rządu. Równolegle rozwijają się służby prewencyjne”.
W ten oto sposób od łagodnego wstępu gwałtownie przechodzimy do bardzo niepokojącej wizji współczesnego społeczeństwa, które nie tylko wyklucza, domaga się dostosowania, ale które przede wszystkim samo generuje dewiacje…
Obsesja jedności i kontrola społeczna
Obsesja jedności może kojarzyć się z komunizmem, ale występuje w wielu innych systemach.
Tak jak teoria naukowa ma ostatecznie na celu sprowadzenie do jednego wyjaśnienia zbioru różnorodnych zjawisk, tak w świecie zachodnim, według Ellula, zadowoleni jesteśmy tylko wtedy, gdy uda nam się sprowadzić wszystko do jednego wyjaśnienia, sposobu postępowania, gdy wyeliminujemy różnorodność, wielość sprzeczności.
Różnorodność moralna, podobnie jak wieloośrodkowość decyzji, jest nie do przyjęcia i musi zostać wyeliminowana. To właśnie ta obsesja kierowała polityką zachodnią, centralizacją, a także kolonizacją: ta ostatnia była nie tylko złem podboju i zagarniania bogactw, ale także ruiną kultur, cywilizacji, obyczajów i krajów, do których wkraczali Europejczycy. Było dla nich oczywiste, iż inne cywilizacje nie mają żadnej wartości.
A Europejczycy, których królowie nieustannie ograniczali różnorodność prowincji, mieli tylko jeden pomysł: zniszczyć te „pseudokultury” i „nieprawdziwe” społeczeństwa, aby pokryć świat jednym intelektualnym, moralnym, religijnym i politycznym płaszczem oraz połączyć wszystkie wartości ekonomiczne w jedną sieć. Za przyczynę tego zjawiska Ellul uważa nic innego jak obsesję jedności, powiązaną z duchem władzy.
Tę tendencję do tworzenia jednolitego systemu socjolog widzi nieustannie w naszych „tak zwanych liberalnych” społeczeństwach.
Może wydać się to paradoksalne, a jednak żyjemy w abstrakcyjnym systemie kontroli, mniej widocznym, ale za to bardziej totalitarnym.
Tyle tylko, iż dzisiaj, w odróżnieniu tradycyjnej kontroli sprawowanej przez bliskich, krewnych, sąsiadów, mamy do czynienia z kontrolą przez „obcych”, upoważnionych przez różne instytucje.
„Zgodnie z licznymi badaniami (np. Foucault i Castoriadis) nasze społeczeństwo reaguje na osoby odbiegające od normy albo poprzez ich «wykluczenie» społeczne (azyl, więzienie) lub prawne (śmierć cywilna, pozbawienie praw obywatelskich, kuratela nad osobami niezdolnymi do podejmowania decyzji…), albo poprzez poddanie kontroli społecznej, «specjalistycznym działaniom edukacyjnym»…”
Z kolei w ujęciu bardziej ogólnym, kontrola społeczna sprawowana jest poprzez wpływ opinii publicznej kształtowanej przez środki masowego przekazu i dotyka wszystkich, którzy nie odpowiadają abstrakcyjnemu modelowi, teoretycznemu schematowi. „«Współczesny człowiek jest…» – po tym stwierdzeniu następuje seria przymiotników, a jeżeli nie spełniamy jednego z nich, jesteśmy dewiantami”.
W ten sposób powstają pewne stereotypy, fałszywe osądy, powtarzane także przez media, „młody człowiek z długimi włosami, czarnoskóry, żyd… zachowują się «w taki sposób»”, a więc reagujemy wobec nich defensywnie, zamykamy się w sobie… Skutkuje to zwiększeniem powtarzalności, identyczności i konformizmu.
„Istnieją kariery, które są z góry wytyczone. Istnieją przynależności środowiskowe i klasowe, których nie należy naruszać. Każdy, każda grupa ma swoją rolę i nie może jej przekraczać. W skrajnym przypadku identyczność jest jedyną satysfakcjonującą formą społeczną”.
Jak to się więc ma do rzekomego pluralizmu, tolerancji, liberalizmu? Przecież nieustannie głosimy prawa człowieka, prawa dziecka, ważność wszystkich kultur, zaś wobec osób marginalizowanych wykazujemy się zrozumieniem i otwartością… Jak już zostało wcześniej wspomniane, pozwala się na „akceptowalne” formy dewiacji/ nieprzystosowania, czyli takie, które niczego nie zmienią.
W obszarach działania i skuteczności prawo do odmienności jest bardzo mało tolerowane, na przykład w polityce (różnice w partii) lub związkach zawodowych.
Tylko najpotężniejsze i najbardziej zgodne formacje mają prawo głosu. Faworyzowane są duże partie.
Według Ellula najlepszym przykładem bezpośredniego zaprzeczenia oficjalnie deklarowanego pluralizmu są chociażby decyzje dotyczące kosztów kampanii wyborczej lub obliczania czasu obecności w telewizji.
Z kolei kiedy prawo do odmienności przejawia się w erotyce czy rozrywce, „można pozwolić na manifestowanie tych dewiacji z ojcowską wyrozumiałością, ponieważ to i tak nic nie zmieni”.
Tygodnik Spraw Obywatelskich
Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.
Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą
Wykluczanie, marginalizacja i „interes ogólny”
Ellul ostro krytykuje ideologię tzw. interesu ogólnego, uznając ją za wybitnie totalitarną wraz z jej słynnym sloganem mówiącym, iż „interes ogólny nie daje się sprowadzić do sumy interesów partykularnych”.
Według Ellula to, co wspólne, nigdy nie wyklucza tego, co partykularne. Każdy partykularny interes musi się odnaleźć we wspólnym, w przeciwnym razie nie jest to wspólne.
Społeczeństwo zorientowane na dobro wspólne nie może być unitarne i prowokujące dewiację.
Wydaje się jednak, iż nie można mówić o dobru wspólnym, gdy marginalizuje tych, którzy nie przyjmują zasad, na których opiera się nasze społeczeństwo, a według socjologa są nimi: „praca-produkcja-konsumpcja-wydajność”. Społeczeństwo nie tylko broni się przed innym modelem, ale także oczyszcza się z wszelkich zagrożeń, które mogłyby podważyć jego podstawy.
Jako przykład dewiantów (mimowolnych i z punktu widzenia społeczeństwa!) Ellul ukazuje bezrobotnych, którzy nie wybrali swojego losu, a mimo to są „dewiantami” w stosunku do „decydującej normy społecznej i jedynej «wartości» naszego społeczeństwa, jaką jest praca”.
W świecie, który pracy nadaje najwyższą wartość, bezrobotny staje się zdegradowany – i to mimo tego, iż nie ma z jego strony buntu ani przemocy wobec tego społeczeństwa.
Oto jednak sprzeczność, która naprawdę powoduje dewiacje: to samo społeczeństwo nie jest w stanie zapewnić jednostkom pracy, która byłaby warta wykonywania. A jakiego zachowania możemy oczekiwać od człowieka, który uważa się za zdegradowanego, ponieważ silnie przyswoił sobie wartości tego świata?
Jeśli w ostatnich latach wzrosła liczba przypadków dewiacji, to częściowo wynika to z rozbieżności między głoszoną (i nauczaną w szkole) wartością pracy a jej brakiem.
Tymczasem każda odmowa pracy, każda odmowa udziału w technice w naszym społeczeństwie jest aktem rażącej dewiacji. Dzieje się tak dlatego, iż społeczeństwo nie toleruje odstępstw od zasady mówiącej, iż człowiek jest stworzony do pracy. Czas wolny i wakacje służą jedynie zaakceptowaniu konieczności pracy lub regeneracji sił przed kolejnym dniem pracy. Normalnym życiem jest życie pracujące. Praca i wynagrodzenie za nią są jedynym sposobem na godne życie.
Inną grupą, będącą przykładem niezamierzonej dewiacji, a tym samym wykluczenia, są osoby starsze. W naszym świecie oderwanym od korzeni przeszłości, obsesyjnie prącym ku przyszłości, osoby starsze nie pełną już roli drogowskazu, połączenia z tradycją, skarbnicy wiedzy, z której doświadczeń można czerpać. Ponieważ nie pełnią już „funkcjonalnej” roli, stają się niesamodzielni, a więc… Wykluczeni.
Nasilenie dewiacji
Wspominamy o oderwaniu od korzeni, co nieuchronnie przybliża nas ku jednej z największych przyczyn pogłębiającego się kryzysu wykluczenia i marginalizacji wszelkiej inności.
Niepokój, strach i niepewność są dziś częścią psychiki człowieka zachodniego. Nigdy nie znaliśmy społeczeństwa bardziej bezpiecznego, nigdy człowiek nie był tak pewny siebie, a jednocześnie nigdy nie odczuwał takiego strachu. Człowiek ten domaga się więc przede wszystkim wyeliminowania tego, co niepasujące, niebezpieczne, odbiegające od normy.
Nasze społeczeństwo jest liczne, gęsto zaludnione, anonimowe, napięte, oderwane nie tylko od korzeni, ale i od natury, przepełnione opiniami, skomputeryzowane. Wszystko zmienia się tu w błyskawicznym tempie, więc musimy się nieustannie dostosowywać, aby nie zostać posądzonym o dewiację. Jest to podstawowym czynnikiem zaburzeń psychicznych, ale również czynnikiem powodującym nietolerancję wobec wszelkich odstępstw.
Podobnie niestabilna, niepewna i zmienna jest więc opinia publiczna, jednocześnie będąc silną w swych działaniach, co czyni ją bardziej bezkompromisową i opresyjną. Łatwo zauważyć, iż taką opinią publiczną można sprawnie manipulować, chociażby dzięki mediów.
Może się zdarzyć, iż nieznaczne zjawisko dewiacji zacznie jawić się w oczach specjalistów od mediów jako coś, co prawdopodobnie zainteresuje opinię publiczną. Wówczas kieruje się na nie błysk fleszów, co pociąga za sobą przynajmniej dwie konsekwencje.
Po pierwsze, nagle zwykłe marginalne i odosobnione wydarzenie nabiera wielkiego znaczenia, stając się „masowym”, tylko dlatego, iż „masa” została o tym poinformowana.
Po drugie, osoby marginalizowane, które nagle stały się przedmiotem rozgłosu, mogą przez to utwierdzić się w swojej „dewiacji”, nasilając zjawisko, które przyciągnęło uwagę telewizji…
Rozszerzenie kategorii dewiacyjnych, a więc pojawienie się nowych interpretacji prowadzi podobnie do pojawienia się nowych dewiantów. „Ci, którzy nie akceptują swojej seksualności”, „ci, którzy nie są wolni” według modnych kryteriów psychoanalitycznych, są teraz postrzegani jako dewianci.
Wynika to właśnie m.in. ze zwracania uwagi na dane zjawisko, którego odtąd wypatruje się wszędzie.
Im bardziej rozszerza się pojęcie dewianta, tym więcej środków działania oferuje technika w zakresie wykrywania i gromadzenia danych.
Innym czynnikiem wzmagającym dewiacje jest według Ellula także nieprzystępna, nadmiernie biurokratyczna, nieprzyjazna, a wręcz represyjna administracja, która zamiast ułatwiać życie obywatelom, tylko je utrudnia i pogłębia marginalizację.
„Dobrowolna” dewiacja, czyli kwestia imigracji i rasizmu
Kwestia imigrantów nie jest specjalnie wyszczególniona w książce Ellula, po prostu opisuje ich on jako jedną z wielu grup, która się wyróżnia i która może być przez społeczeństwo marginalizowana. Jako iż temat imigracji jest w tej chwili bardzo palący, by nie powiedzieć, kontrowersyjny, pozwalam sobie na osobny akapit.
Gdy Ellul wspomina o imigrantach, przedstawia różne ich typy – takich, którzy (przynajmniej z zewnątrz) są świetnie zasymilowani, dyskretni, wręcz niewidoczni; takich, którzy, choć wyraźnie „obcy”, mają silny potencjał do asymilacji; wreszcie takich, którzy integrować się nie chcą, otwarcie oczekując, aby społeczeństwo przyjmujące dostosowało swój styl życia, a choćby swoje prawo do ich wymagań. Ta ostatnia grupa to ci „najgłośniejsi”, którzy nie zamierzają się podporządkować, a zatem – ci najbardziej „uciążliwi”.
Używając takich określeń, celowo zmierzam ku tematowi poniekąd skorelowanemu z imigracją – chodzi oczywiście o rasizm i ksenofobię. I tu właśnie dochodzimy do istotnego punktu rozważań Ellula w tej delikatnej kwestii – chodzi o tempo, w jakim następuje integracja nowych, „obcych” elementów społecznych. Gdy jest ono zawrotne, brakuje czasu w wzajemne przystosowanie się. Według socjologa społeczeństwo toleruje pewną ich liczbę, którą może wchłonąć:
„Powyżej pewnej wielkości, elementy obce stają się trudne do zaakceptowania. Wtedy rozpoczyna się sprzeczny proces: społeczeństwo dąży do odrzucenia (marginalizacji) tych elementów, podczas gdy elementy obce, jeżeli są wystarczająco liczne i zjednoczone, zamykają się i twardnieją, jeszcze bardziej pogłębiając swoje odstępstwo.
Tak wyglądała historia Żydów w średniowieczu, którzy im bardziej byli marginalizowani (z powodu swojej wiary, obrzędów, diety), tym bardziej zamykali się w sobie,
aż w końcu «dzielnica żydowska» stała się gettem, ponieważ nie należy zapominać, iż pierwsze getta zostały stworzone przez samych Żydów w celu ochrony, zanim stały się ograniczeniem”.
Gdy w tej chwili (pisząc te słowa Ellul miał na myśli ówczesną Francję, ale kwestia ta jest ciągle aktualna w wielu krajach zachodnich) nasila się „problem” imigrantów, dzieje się tak dlatego, iż ich liczba przekroczyła „dopuszczalny poziom psychologiczny i socjologiczny”. A zatem, jeżeli ta „głośna” i „uciążliwa” grupa, która nie chce się dostosować jest liczna, może wywołać to napięcia wśród lokalnej społeczności – błyskawicznie wówczas oskarżanej o rasizm.
Tymczasem według Ellula, nie ma nic rasistowskiego chociażby w irytacji spowodowanej zakłócaniem spokoju lub zauważeniem, iż np. na danym obszarze wiele drobnych przestępstw istotnie popełniają „obcy”.
Kierowanie opinii publicznej i mediów wyłącznie na kwestię rasizmu może więc służyć jako sposób na uniknięcie dyskusji o konkretnych wyzwaniach związanych z imigracją.
(Utopijne?) remedium Jacques’a Ellula
Jacques Ellul nie jest ani za tym, by represjonować dewiantów, ani za tym, aby bezwzględnie wszystko im podporządkować. Nie jest dobrym rozwiązaniem zarówno totalne zamknięcie się na inność, jak i podporządkowywanie tej inności wszystkiego – zamknięte społeczeństwa będą nieufne, niepewne, słabe, zaś przesadnie otwarte na wszystko rozpadną się na wiele niespójnych frakcji.
Jak zwykle zbliżamy się do „złotego środka”, ale osiągnięcie go wymaga wysiłku. Warto go podjąć, jeżeli za francuskim socjologiem uznamy, iż mniejszości są czynnikami ewolucji społecznej, a więc innowacyjnymi podmiotami w społeczeństwie, które bez nich nie byłoby w stanie podjąć żadnych zmian ani dostosować się do nowych warunków.
Dewiant „może być (ale nie zawsze jest) czynnikiem napędowym (nawet jeżeli jest tradycjonalistą!) ewolucji społeczeństwa” oraz przede wszystkim: stanowi dla niego wyzwanie.
Jest tak dlatego, iż rząd ma ostatecznie jedną wolę, polegającą na tym, aby pozostać tym, czym jest. I to wbrew temu co się powszechnie sądzi, iż żyjemy w społeczeństwach podlegających szybkim zmianom. Owszem, przemiany techniczne są szybkie, ale całkowicie zgodne z pewnym typem, który sam w sobie nie ulega zmianom:
„To, iż poprawiamy wydajność, używamy komputerów, rozwija się energia atomowa i inżynieria genetyczna, nie oznacza, iż możemy mówić o transformacji. Mamy jedynie do czynienia z rozwojem i nasileniem dobrze znanych zjawisk, które ograniczają się do popychania społeczeństwa w kierunku, w którym już zmierzało. To technika się zmienia, a nie społeczeństwo. Niedopuszczalnym charakterem roku 1968 nie było wywołanie chaosu, ale podważenie tego, co wydawało się zasadniczo pewne (dobrobyt, konsumpcja, technika i porządek) oraz wywołanie pytania o sens całej tej działalności społecznej. Każda działalność, która stawia pytania tego rodzaju, nie w sposób akademicki, ale konkretny i oparty na doświadczeniu, wydaje się dewiacyjna.
Tołstoj, który porzucił wszystko, jest dewiantem. Należy zdać sobie sprawę, iż w naszych osądach wykluczamy i marginalizujemy ludzi, którzy nie robią więcej (a choćby mniej) niż Tołstoj. Tolerujemy artystów, którzy niczego nie kwestionują: na przykład Picassa, ponieważ choć bawił się formami, kolorami, stylami, wymyślał nieznane postacie, nie miało to żadnego znaczenia. Należał do najbardziej konformistycznego kręgu społecznego, akceptował mechanizm «wystaw-galerii-handlarzy obrazami», miał cel, do którego dąży każdy w naszym społeczeństwie: zarobić jak najwięcej pieniędzy i umiał wykorzystać spekulację. Realizował to, do czego dąży każdy w tym społeczeństwie. Mamy tu do czynienia z tolerowaną i akceptowaną dewiacją, właśnie dlatego, iż nie jest to w żadnym wypadku dewiacja, ale całkowita zgodność z opinią publiczną, pod pozornie przeciwnym pozorem”.
Potrzeba realnych zmian, ale bez dwóch warunków żadna reforma, czy to instytucjonalna, czy gospodarcza, nie przyniesie efektów. Te dwa najważniejsze warunki to, według Ellula, nowa moralność oraz nowe prawo.
Nowa moralność
Jak wprowadzić w życie nową moralność? Istotne są tu cztery aspekty: zakorzenienie, rodzina, tolerancja i pluralizm oraz odpowiedzialność.
Po pierwsze, człowiek nie może żyć bez środowiska, do którego jest przywiązany,
podczas gdy katastrofą moralną naszych czasów jest wykorzenienie, człowiek dryfujący przypadkowo bez miejsca, które może nazwać domem.
Oznacza to, iż miasto powinno być zaprojektowane tak, aby każdy mógł uznać je za swój mały świat, w którym zawiąże się sieć relacji międzyludzkich, w którym z biegiem czasu stworzy się historia. Wszechobecna „patodeweloperka” z pewnością temu nie sprzyja…
Po drugie, należy na nowo uczynić rodzinę jednym ważnym z filarów życia moralnego. Po trzecie, moralność musi opierać się na tolerancji i akceptacji różnic, ale jest to możliwe tylko wtedy, gdy człowiek jest silnie przekonany co do swojego miejsca, środowiska i tożsamości. Nietolerancja i rasizm są ściśle związane z wykorzenieniem i brakiem stabilnej rodziny. Współczesny człowiek nie odnajduje się w środowisku, które nie jest ani stabilne, ani bezpieczne, jest więc słaby, niepewny i w tej ukrytej obawie staje się agresywny wobec innych.
Pogląd pluralistyczny jest filarem nowej moralności, ale wymaga pewności, iż są zagwarantowane środki, dzięki którym wszyscy mogą się wypowiedzieć, mają możliwość bronić swoich praw.
Tolerancja nie jest naturalna, podobnie jak żadna moralność, wymaga więc pewnego wykształcenia – a raczej aktywnej pedagogiki szkolnej, która nie ograniczałaby się do lekcji moralności przeciwko rasizmowi, ale na demokratycznej praktyce szkolnej, gdzie uczniowie mogą uczyć się szanować różnice między swymi opiniami. To sedno kształcenia młodzieży niemające nic wspólnego z liberalizmem obojętności.
Po czwarte, chodzi o odpowiedzialność, tj. świadomość, iż np. marnotrawstwo, ubóstwo, rasizm, niesprawiedliwość społeczna, niewłaściwe wykorzystanie technologii, potęga pieniądza itp. są także naszą sprawą, iż wiele zależy od naszego zachowania.
To też odpowiedzialność za bliźniego, ale nie w sensie policyjnym, tylko w znaczeniu nawiązania z nim satysfakcjonującej relacji międzyludzkiej, która wyklucza konkurencję, a stawia na partnerstwo w obronie wspólnych wartości. Moralność odpowiedzialności wobec innych zakłada odrzucenie bezwzględnej rywalizacji, aby nawiązać współpracę i zbliżenie.
Nowe prawo
Oczywiście Ellul w swych „utopijnych” marzeniach nie zapomina o kwestii prawa. Wspomina o walce z klasą polityczną, którą uważa za władzę dehumanizacji, dlatego, iż jej przedstawiciele uczynili ze swej funkcji zawód na całe życie, co nie ma nic wspólnego z dbaniem o dobro społeczeństwa.
Tymczasem wiele mogłoby się zmienić, gdyby samo prawo stało się prostsze, bardziej zrozumiałe dla obywatela.
Szczególną uwagę poświęca administracji, która musi być kontrolowana, co wymaga przede wszystkim zniesienia systemu odstępstw i prawa wyjątkowego. Prawo powinno być normalizatorem i mediatorem – szczególnie w czasie kryzysu.
Kluczowa staje się tu rola prawnika, który powinien przyjąć rolę mediatora. To w dużej mierze od niego zależy wzrost lub spadek marginalności. Powinien on być osobą, która z jednej strony stara się przekonać dewianta do zaakceptowania pewnych ograniczeń społecznych, pokazując mu, iż nie chodzi tu o resocjalizację ani o mechanizm miażdżący człowieczeństwo, a z drugiej strony dokonuje selekcji wśród skłonności, idei, impulsów i planów tych dewiantów, traktując je jako potencjalny wyraz prawd użytecznych dla samego społeczeństwa. Ma to znaczenie dla wszystkich obywatela, ponieważ złe, niejasne, uciążliwe prawo generuje wykluczenie.
W tym sensie każdy z nas może stać się „dewiantem” przez to, iż prawo go zmarginalizowało.
Jako mediator przestaje być po prostu wykonawcą poleceń władz, staje się niejako łącznikiem idei, które są szansą do zmiany na lepsze.
Czy to wyjście z „Matrixa” jednakowości, jednomyślności jest wykonalne? Cóż, po przeczytaniu książki Ellula w wiele lat po jej publikacji wydaje się, iż niestety nie zmierzamy w kierunku rozwiązań przez niego proponowanych, a problemy wręcz przybierają na sile…
Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!
Dołącz do nas!Dygresja (refleksja?) końcowa
Trochę na uboczu refleksji francuskiego socjologa chciałabym dodać, iż tak naprawdę każdy z nas może stać się „dewiantem”, „nieprzystosowanym”, „innym”, „dziwnym”, wreszcie: zmarginalizowanym. I nie trzeba się wcale za specjalnie starać, by do tego doszło.
Nie szukając daleko przykładu: w czasach panowania koronawirusa wystarczyło jedynie być sceptycznym wobec powszechnej narracji, by narazić się na wykluczenie. A wydawać by się mogło, iż to raczej nie odmowa noszenia maski czy zaszczepienia się naprędce wyprodukowanym preparatem, a zamykanie lasów było przejawem zachowania nie tylko generującego dewiację, ale wręcz dewiacyjnego.
By odejść jednak od smutnych wspomnień, odeślę czytelników do pięknego filmu, który niedawno miałam okazję obejrzeć. Chodzi o „Ścieżki życia” w reżyserii Marianne Elliott. Jest to historia oparta na faktach.
Zwyczajne, dojrzałe już małżeństwo z dnia na dzień staje w obliczu problemu bezdomności, bezrobocia, a co za tym idzie także ubóstwa i głodu. Podejmują odważną (irracjonalną? dewiacyjną?) decyzję: wyruszają w podróż po wybrzeżu Wielkiej Brytanii z namiotem na plecach i kilkunastoma funtami tygodniowo na życie.
Czy mogą liczyć na zrozumienie w świecie nastawionym na konsumpcję? Czy można, czy da się żyć z dala od świata, który wyrzucił na margines? To historia nie tylko o ekstremalnie trudnych wyzwaniach. To przede wszystkim historia o wartościach, zdaje się w tej chwili zapomnianych: o miłości. O człowieczeństwie.
A co najważniejsze, daje nadzieję na to, iż wciąż istnieje coś więcej niż tylko „praca-produkcja-konsumpcja-wydajność” i iż można, a choćby warto iść swoją drogą.
Źródła:
Jacques Ellul, „Déviances et déviants dans notre société intolérante”, Editions érès, Toulouse, 2013.








