Ochota na słodycze

liberte.pl 5 часы назад

Jakiś czas temu przestało mnie ciągnąć do słodyczy. Ciasta, czekoladki, cukierki, batoniki, galaretki stały mi się niemal obojętne. Czasem zdarza się jakaś nieprzesłodzona monoporcja, kiedy indziej z lubością próbuję jedna łyżeczkę deseru zamówionego przez któregoś ze współbiesiadników. Lubię też piec, ale bez precyzyjnego odmierzania składników, raczej „na oko”, z pamięci, by zapach piekącego się sernika utulił dom tym cudownym słodkawym zapachem. To wychodzi mi perfekcyjnie. Inaczej ma się rzecz z tortami, bo choć można robić je z pamięci, to wymagają więcej niż samego procesu doboru składników, odpowiedniego ich ze sobą zmieszania, czy wreszcie pieczenia, gdzie – jeżeli nie schrzanisz – wszystko powinno się udać. Teoretycznie. pozostało kwestia dekoracji, tych wszystkich posypek, marcepanowych ozdóbek, kiedy indziej naturalnych kwiatów czy orzechów albo klasycznych zdobień z masy, wyciskanych przez cukierniczy rękaw. I tyle?

Są też wszelkie preferencje, które wypadałoby znać, zanim przystąpi się do całego procesu – pieczenia lub zakupu. I nie ma tak, iż zawsze wszystkim dogodzisz. Co by nie zrobić, to zawsze znajdzie się jakiś niezadowolony. Że niby cukier chrzęści, iż masa nie taka lekka jak u babci, iż orzechy za drobno zmielone, a „te truskawki to chyba z mrożonki”, iż lepiej z cukierni na drugim końcu miasta, a nie z tej za rogiem, iż „tort za punkty”, więc ktoś tu kogoś nie traktuje wystarczająco serio. Że miało być miło, a wyszło jak zwykle. Każdy dostaje swój kawałek. Szczęśliwie, jeżeli wedle preferencji, choć zamiast „co się komu słusznie należy”, znów mamy dyskusje, iż ktoś dostał więcej czekolady, iż kawałek za cienki (albo przeciwnie), iż tu się coś posypało, iż „resztę się zamrozi”, że

wszędzie „te okruszki”. Oszaleć można. A miało być miło. Chociaż z drugiej strony… nikt tego nie obiecywał.

Przy tym torcie – urodziny, imieniny, chrzciny, śluby, komunie czy inne okazje – spotykamy się raz na czas. Raz na czas mamy coś, czym powinniśmy się podzielić, co do czego możemy się zgodzić lub nie. Decydujemy, jak go pokroić, co komu przypadnie, czy ów podział będzie sprawiedliwy. Czasem idziemy na kompromis, kiedy indziej – bo i tak się zdarza – obrażeni trzaskamy drzwiami. Oczekujemy, iż skoro już dobrowolnie bierzemy udział w jakiejś uroczystości, to zostaniemy potraktowani fair. Fakt, jedni dostają porcje tak duże, iż trudno je zmieścić na talerzu. Inni takie, które trzeba oglądać pod lupą. Bywa, iż są i tacy, co nie dostają nic, bo podobno przyszli za późno, nie zapisali się na listę, albo „na głodnych nie wyglądają”.

Podział zależy też od dobrego gospodarza, od troski o innych, chęci poznania ich naprawdę, a nie przyglądania się im tylko powierzchownie, od umiejętności słuchania preferencji, dostrzegania różnic, czasem uprzedzania potrzeb. Widzenia wszystkich przy tym samym stole, niezależnie od tego, czy któraś ciotka rozmiłowana jest w innej niż on/ona wizji czy partii, a wujowie zaraz pokłócą się o sportowe barwy. Bo nie chodzi tylko o to, żeby było miło. Lepiej, żeby było prawdziwie.

A przecież podobnie ma się rzecz z demokracją. Wielu lubi ją przedstawiać jako wielki, pięknie (kwestia gustu, o której się nie dyskutuje) udekorowany tort. Stoi na środku stołu, pachnie świeżością i obietnicą, iż każdy dostanie swój kawałek. Demokracja obiecuje, iż miejsca wystarczy dla wszystkich, ale czasem trzeba się o to miejsce upomnieć, a czasem po prostu je sobie wywalczyć. Ale dopóki tort stoi na środku, dopóty jest o co się spierać albo o co się wspólnie troszczyć. W teorii wygląda to wzorcowo: pieczemy, kroimy, jemy. W praktyce – jak to z tortami bywa – dla porządku najpierw trzeba ustalić, kto trzyma nóż.

***

Przyjaciel powiedział mi kiedyś, iż najczęstszą odpowiedzią, jakiej udzielają Polki i Polacy zapytani o zjedzony właśnie tort jest: „Dobry, nie za słodki”. I chyba podobnie chcielibyśmy myśleć o naszej demokracji. Dobra, nie za słodka. Dobra, działająca, bez niepotrzebnych ozdobników. Bo choć ma wady, to nic lepszego nie wymyśliliśmy.

Читать всю статью