W wymiarze praktycznym polityka winna być domeną refleksji nad codziennością życia obywateli kraju oraz instytucji państwa i jako taka orientować się wyłącznie na teraźniejszość oraz dającą się zaprojektować przyszłość. Gdy polityczni decydenci i wpływowi aktorzy politycznej opozycji, miast widzieć teraźniejszość i operacjonalną przyszłość, organizują swój ogląd przez filtr wydarzeń historycznych, codzienność obywateli doznaje uszczerbku, a instytucje państwa tracą w pewnym stopniu efektywność.
W ostatnich tygodniach – pomiędzy odesłaniem przez prezydenta Ukrainy polskiego odznaczenia kurierem a zażądaniem przez kandydata na premiera Polski zaprzestania wysyłania Ukrainie pomocy wojskowej – gwałtownie pogorszyły się relacje polsko-ukraińskie. Równocześnie jaskrawo czytelna stała się także totalna dominacja polityki historycznej nad wszystkimi innymi formami polityki w Polsce. Kontrola refleksji historycznej nad prowadzeniem bieżącej polityki zagranicznej przez Polskę była widoczna już od dawna – w końcu rezygnacja z zawarcia z Niemcami dwustronnej umowy o sojuszu obronnym, analogicznej do umów zawartych z Francją i Wielką Brytanią, nie może być i nie jest w żadnym zakresie podyktowana współczesnymi realiami politycznymi. Pewną zasadność w aktualnych realiach ma za to być może wybór szwedzkiego kontraktu na łodzie podwodne i równoczesne odrzucenie oferty niemieckiej, ale już pojawiające się gdzieniegdzie wątpliwości co do dopuszczalności pogłębiania współpracy ze Szwecją związane z wydarzeniami XVII-wiecznego „potopu szwedzkiego” znów, wręcz groteskowo, obnażają potęgę polityki historycznej w jej dominacji nad całością polskiej polityki.
Eksplozja antyukraińskiej niechęci, gdy kraj ten walczy o przetrwanie wobec naporu rosyjskiego imperializmu (zagrażającego również Polsce), ustawienie pamięci o ofiarach ludobójstwa wołyńskiego sprzed 80 lat wyżej na liście polskich priorytetów niż antyrosyjski sojusz ujawnia przewagę polityki historycznej także nad polityką bezpieczeństwa narodowego. Zresztą próba zablokowania napływu środków z europejskiego programu SAFE także jest ogniwem tego zjawiska. Brak zaufania wobec europejskich partnerów i nieograniczone zaufanie wobec Stanów Zjednoczonych jest po stronie prawicy pokłosiem ich czytania polskiej historii. SAFE zresztą ujawnia możliwości dominowania polityki historycznej nad polityką budżetową kraju. Ponadto jej przemożny wpływ na politykę migracyjną i oświatową jest dość oczywisty, a w punkcie odebrania ukraińskim uchodźcom dostępu do opieki zdrowotnej i niektórych świadczeń socjalnych ujawnia się jej decydujący wpływ na politykę społeczną Polski. Przestrzeni wchłoniętych przez politykę historyczną jest więc w naszym kraju bez liku, a wśród nich są polityki najbardziej najważniejsze dla państwa.
Tymczasem to nie jest normalne, iż decyzje polityczne tu i teraz są w jakimkolwiek stopniu zależne od wydarzeń sprzed stu, a czasami choćby kilkuset lat oraz od ich często dość dowolnych i amatorskich interpretacji. W wymiarze praktycznym polityka winna być domeną refleksji nad codziennością życia obywateli kraju oraz instytucji państwa i jako taka orientować się wyłącznie na teraźniejszość oraz dającą się zaprojektować przyszłość (co w różnych zakresach problemowych pozwala przyjmować różne horyzonty czasowe). Gdy polityczni decydenci i wpływowi aktorzy politycznej opozycji, miast widzieć teraźniejszość i operacjonalną przyszłość, organizują swój ogląd przez filtr wydarzeń historycznych, codzienność obywateli doznaje uszczerbku, a instytucje państwa tracą w pewnym stopniu efektywność. Historia stała się manią prześladowczą polskiej polityki, a w imię fundamentalnych interesów obecnych i przyszłych pokoleń Polaków trzeba temu jak najszybciej położyć kres. Tylko jak można odwieść polityków od stosowania historycznych klisz dla interpretacji wszelkich przejawów aktualnej rzeczywistości, skoro odkryli oni w nich najprostszy intelektualnie sposób na mobilizowanie emocji politycznych społeczeństwa?
W Polsce, niczym kania dżdżu, potrzebujemy przeprowadzić coś, co wydarzyło się w okolicy roku 1986 w zachodnich Niemczech, a do historii przeszło jako Historikerstreit (Spór Historyków). choćby jeżeli do dzisiaj toczy się tam nowy spór, tym razem raczej politologów i socjologów, o realną skuteczność Sporu Historyków w kształtowaniu tożsamości narodowej Niemców oraz ugruntowaniu ich „czytania” własnej przeszłości, to jednak sam fakt, iż pozostaje on uznany za swoiste zjawisko naukowo-społeczne, a nie po prostu debatę prasową kilkunastu autorów w postaci serii polemik i artykułów dowodzi, iż stanowił istotne wydarzenie i pozostaje pewnym trwałym interpretacyjnym punktem odniesienia.
2.
Spójrzmy więc przez chwilę wstecz, choćby jeśli… idzie to wbrew przed postawionym chwilą postulatom. Spór Historyków dotyczył kwestii unikalności zbrodni Holokaustu oraz jej roli i ciężaru jako źródła tożsamości dla powojennych Niemiec. W realiach naukowo jeszcze zdumiewająco niepełnie opisanych zbrodni nazistowskich, Spór wywołał Ernst Nolte, który z prawicowo-konserwatywnych pozycji konstatował „problem” w postaci czytania historii
III Rzeszy wyłącznie z punktu widzenia narracji zwycięskich aliantów i/lub ofiar reżimu Hitlera (na co dzisiaj w USA utyskuje np. ideolog etnonacjonalizmu reakcyjnego i pupil ruchu MAGA, Curtis Yarvin). Usiłując więc zmienić perspektywę oglądania zdarzeń, Nolte wskazał, iż kierownictwo Rzeszy mogło uznać wypowiedź prezesa Jewish Agency, Chaima Weizmanna, z września 1939 o „stanięciu wszystkich Żydów świata w tej wojnie po stronie Anglii” za wypowiedzenie Rzeszy wojny także przez niemieckich Żydów, wobec czego reżim mógł uznać za zasadne ich „internowanie” jako cywili w podobny sposób, jak rząd USA internował Amerykanów pochodzenia japońskiego po ataku na Pearl Harbour.
W kluczowej kwestii późniejszej zbrodni Holokaustu Nolte uznawał postępowanie reżimu nazistowskiego za „czyn azjatycki” (w sensie jego wyobcowania z europejskiej, zachodniej kultury, a więc jako czyn zupełnie nietypowy dla niemieckości) i usiłował dopatrywać się jego źródeł we wcześniejszych „azjatyckich czynach” sowieckiego reżimu stalinowskiego, a więc takich zbrodniach jak rozkułaczenie, Holodomor czy archipelag Gułag. Owe „mordy klasowe” w ZSRR miały jakoby wzmóc lęk niemieckiego kierownictwa przed potencjalnym padnięciem ofiarą takich zbrodni z komunistyczno-żydowskich rąk w przyszłości, wobec czego „mord rasowy” na Żydach byłby li „tylko” odpowiedzią na politykę Kremla, swoistą „prewencją” posiadającą pewne ugruntowanie „logiczne”. Nolte budował więc „kauzalny nexus” (lub po prostu łańcuch przyczynowo-skutkowy), który wmontowywał Holokaust w historyczny bieg dziejów, uwarunkowany uprzednimi wydarzeniami i – siłą rzeczy – reinterpretujący w pewnym zakresie odczyt zbrodni. W tym ujęciu zbrodnia na europejskich Żydach traciła status zbrodni wyjątkowej w historii ludzkości.
Nolte zresztą chętnie relatywizował także na poziomie szczegółowym, m.in. twierdząc, iż strażnicy obozowi także bywali niekiedy „na swój sposób ofiarami”, zaś wśród polskich ofiar nazizmu dominował „gwałtowny antysemityzm” (jakoby ta okoliczność umniejszała wagę zbrodni popełnionej na tych ludziach). Noltego bolała także generalizacja w postaci narracji o „winie Niemców”, którą wręcz zestawiał z generalizacją nazistowskiej propagandy o „winie Żydów”. W realiach toczących się wtedy od blisko 20 lat (od wystąpienia kontrkulturowego pokolenia roku 1968 przeciwko zamilczaniu zbrodni nazizmu w zachodnich Niemczech) dyskusji nad metodyką badania i „zaszeregowania” okresu nazistowskiego w całość historii Niemiec, tzw. nowa prawica, której obok Noltego ton nadawali m.in. Michael Stürmer i Andreas Hillgruber, dążyła do „odzyskania inicjatywy definicjodawczej” i rozprzestrzenienia w społeczeństwie tzw. mentalności grubej kreski, czyli postulatu zakończenia „rozpamiętywania” narodowo-socjalistycznego etapu historii. Historycy ci usiłowali wpisać się tak w postulat „przełomu duchowo-moralnego”, który sformułował Helmut Kohl, przejmując władzę w 1982 r. Miała to zatem być prawicowa polityka historyczna par excellence. Jak przyznawał Stürmer, Niemcy dopadła „utrata orientacji”, a jako iż jej „siostrą” jest poszukiwanie tożsamości, to dla prawicy otwiera się szansa, aby napełnić rzekomo „pozbawiony historii kraj” wspomnieniami, intepretować przeszłość, definiować pojęcia i w ten sposób „wygrać przyszłość”.
Jednak w 1985 r. inny polityk CDU, prezydent Richard von Wiezsäcker, uznał 8 maja 1945 nie za klęskę Niemiec, a za „wyzwolenie Niemiec od narodowego socjalizmu” i podkreślił priorytet upamiętnienia ofiar nazizmu ponad wszelkie inne elementy analizy historycznej. To podejście znacząco psuło szyki prawicowych historyków. W tych okolicznościach do sporu przystąpiła strona liberalno-lewicowa, której pierwszym głosem okazał się Jürgen Habermas.
3.
Stürmerowi Habermas zarzucił przyznawanie historii jako nauce roli faktycznej religii, czyli narzędzia generowania jednolitego spojrzenia na dzieje, aby móc w efekcie stworzyć pozory narodowego konsensusu. Konsensus ten miałby opierać się na wybielaniu Wehrmachtu na tle struktur czysto nazistowskich, które jakoby jedyne miały być winne zbrodni, na przemilczaniu fenomenu szeroko rozpowszechnionej akceptacji ludności niemieckiej dla zbrodni Holokaustu, na całkowitym pominięciu uprzednio zakotwiczonego w niemieckim społeczeństwie antysemityzmu, który był wobec Hitlera i narodowego socjalizmu uprzedni, kwitł zarówno w środowiskach narodowo-konserwatywnych, jak i socjalistycznych przed 1914 r. W tym kontekście próba wyodrębnienia popędu zbrodni poza niemieckość i przypisanie go wyłącznie nurtowi nazistowskiemu okazuje się nie do utrzymania, podobnie jak sugestie Noltego o wywołaniu „rasowego mordu” Hitlera zasadniczo przez „klasowy mord” Stalina, który był przecież wyraźnie późniejszy od grasowania antysemityzmu w Niemczech cesarskich. W efekcie Habermas jednoznacznie bronił ujęcia Holokaustu jako jedynej w swoim rodzaju zbrodni, której motorem napędowym była wola przywódcy III Rzeszy, a podglebiem nic innego, jak istniejąca przed 1933 r., przesączona wrogością wobec Żydów i gotowa na pogrom niemieckość.
W realiach przytłaczającej winy niemieckiej kultury i cywilizacji za wojnę i mord, która staje się czytelna zwłaszcza przy zastosowaniu naukowej metody analizowania historii równocześnie z wielu punktów widzenia, ujawnia się – dla Habermasa – „szansa”, aby kształtować młode pokolenie w duchu dystansu wobec narodowej symboliki, orientacji na wartości uniwersalne cywilizacyjnie, postkonwencjonalną tożsamość oraz na patriotyzm konstytucyjny, czyli przywiązanie nie do etniczności narodowej, a do liberalno-demokratycznego ustroju nowoczesnego państwa zachodnioniemieckiego, zakotwiczonego w owych uniwersalnych wartościach i ostatecznie zwesternizowanego od strony kultury politycznej.
Podejście Habermasa znalazło wielu krytyków – nowych sojuszników Noltego – jak m.in. Klaus Hildebrand czy Joachim Pest, ale także zwolenników i stronników, jak Rudolf Augstein, Hans Mommsen czy Eberhard Jäckel. Powstało kilkadziesiąt tekstów i polemik, niektórzy autorzy zabierali głos wielokrotnie na przestrzeni niecałego roku. Padło wiele inspirujących idei, jak np. zarzut, iż Habermas proponuje „świeckie zbawienie”, czyli swoistą ucieczkę do przodu, zaś na swoich adwersarzach uprawia „publiczno-moralne egzekucje” albo kluczowa dla nas dzisiaj koncepcja, iż nauka (w tym historia) opisuje „świat, jakim jest”, zaś domeną polityki i moralności jest „świat, jakim być powinien” i te dwa porządki nie nadają się do wzajemnego przenikania. Stronnicy Habermasa demontowali tezę Noltego o strachu Hitlera przed bolszewikami jako przyczynę Holokaustu, wskazując, iż Führer o zamiarze wybicia Żydów mówił tak często, jak często podkreślał swój brak jakiegokolwiek lęku przed „żydowskimi czy słowiańskimi podludźmi”.
Ostatecznie większość późniejszych komentatorów ocenia, iż Spór Historyków doprowadził do społecznego utrwalenia hipotezy o wyjątkowości zbrodni Holokaustu w dziejach oraz o jej kluczowym znaczeniu dla całej historii Niemców, także w sensie przyjęcia, iż powojenny podział Niemiec oraz straty terytorialne na rzecz Polski na wschodzie stanowią „uzasadnioną karę” za nazistowski horror. Hipoteza o „kauzalnym nexusie” została zasadniczo odrzucona. Samoidentyfikacja zachodnich Niemiec oparta o postawę samokrytyczną i świadomość winy została obroniona i wzmocniona. Dopiero wejście AfD z poparciem powyżej 20% w główny nurt polityki, po roku 2020, ponownie podważa dziś rezultaty Sporu Historyków.
- Więzy przeznaczenia
Jednak rezultat Sporu jest istotny tylko dla oceny samej rzeczywistości niemieckiej. Z punktu widzenia Polski 2026 r. większe znaczenie mają zasięg i oddziaływanie Sporu niezależnie od rezultatu. Choć nie wszyscy komentatorzy podzielają to zdanie, to jednak większość przyznaje, iż Spór przyciągnął na dłuższy czas uwagę opinii publicznej na skalę masową i miał przemożny wpływ na procesy społeczne. Było to zjawisko kształtujące tożsamość, samopostrzeganie, było kulturotwórcze, a choćby otarło się o redefinicję istoty wspólnoty narodowej. Kluczowym aspektem zaś jest to, iż na wiele lat, choćby dekad, usunęło polityków z faktycznej debaty o historii (przynajmniej o historii III Rzeszy, bo po roku 1990 oczywiście tematem politycznym stała się ocena zbrodni NRD, ta jednak długo była po prostu elementem niemieckiej teraźniejszości, więc jako taka była uprawnionym przedmiotem aktywności polityków).
Polityka mogła zająć się codziennością, skupić na wyzwaniach przede wszystkim gospodarczych i społecznych. Polityka historyczna nie zniknęła, nie zanikło żywe zainteresowanie historią, gotowość do uczestniczenia w gorących sporach interpretacyjnych. Jednak politycy przestali być aktorami tych debat, oddając je w całości historykom i innym akademikom, ewentualnie publicznym intelektualistom. Inne obszary polityki zostały niemal całkowicie uwolnione od wpływów polityki historycznej, gdy ta została przeniesiona na inne pole aktywności, pole naukowe i publicystyczne.
Tego potrzebujemy dzisiaj w Polsce. Nasze kody kulturowe, przywiązanie do dziejów narodowych jako historii ofiar, cierpienia, męczeństwa, ale i bohaterstwa niekiedy ponad rozum, są i pozostaną czynnikiem bodaj najbardziej angażującym nasze narodowe imaginarium. To oznacza, iż polityka historyczna w Polsce nie może zostać stłamszona, zduszona czy sztucznie usunięta z pola widzenia. Musi się toczyć intensywnie, aby zaspokajać polskie potrzeby narodowe. Chodzi jednak o to, aby aktywni politycy przestali być tymi, którzy owe kody kultury obsługują. To zadanie winni przejąć historycy i intelektualiści będący poza polityką. W Polsce mamy po temu dobre warunki i – paradoksalnie – to nasza głęboka polaryzacja polityczna te warunki stworzyła. Z powodu podziału Polaków na „dwa plemiona” mamy podział na obozy nie tylko w partyjnej polityce, ale także w niemal wszystkich obszarach życia, może poza sportem. To zaś znaczy, iż dysponujemy wieloma poczytnymi autorami, którzy są zawodowymi historykami, ale nie ukrywają swoich sympatii politycznych i ideowych.
To idealni kandydaci do odegrania pierwszoplanowych ról w polskim Sporze Historyków. Tematy sporu także będą łatwe do przewidzenia. Od przyczyny zaborów począwszy, przez ocenę powstań w XIX i XX w., spór o prorosyjskość endecji, antysemityzm i wrogość wobec mniejszości narodowych w II RP, bilans sanacji, zbrodnie obywateli polskich w trakcie II wojny światowej w postaci szmalcownictwa czy udziału w antyżydowskich pogromach, walki polsko-ukraińskie, działalność „żołnierzy wyklętych”, ocena biografii opozycjonistów doby PRL, na ocenie Jaruzelskiego i stanu wojennego kończąc. Mamy o wiele, wiele więcej trudnych, ciężkich i „gorących” tematów niż Niemcy w 1986 r….
Od co najmniej 25 lat te tematy i pewnie wiele innych są osią polskiego życia politycznego i utrudniają, a czasami uniemożliwiają nam skupienie się w życiu politycznym na sprawach przyszłości. Zaangażowanie kilkudziesięciu już teraz poczytnych i kojarzonych politycznie historyków w wielki narodowy spór (którego i tak żadna strona nie wygra, bo jakim cudem?) i równoczesna dżentelmeńska umowa polityków wszystkich partii, iż się z tej tematyki wycofają, zostawiając ją specjalistom, jest potencjalną szansą na uwolnienie polityki od obciążeń historii i zwolnienie jej sił przerobowych. Niech Nowak, Friszke, Roszkowski i Grabowski toczą ten spór, a polityka wróci do codzienności.













