Nie wiadomo czy był zatwardziałym faszystą, czy tylko ofiarą faszystowskiej machiny, która zmuszała ludzi do podejmowania jednoznacznych wyborów; albo jesteś z nami, albo nie ma cię w ogóle…
Z drugiej strony, stopni oficerskich nie nadaje się ludziom przypadkowym i byle komu. Faktem jest, iż 17 stycznia 1945 roku został ciężko ranny w Sulejowie, w walkach pomiędzy ulicą Opoczyńską i ulicą Dobra Woda. Radzieckie bomby trafiły wtedy w tabor przewożący niemieckie dokumenty.
Przeszedł jeszcze spory kawałek i dotarł w pobliże kapliczki, która dawała niewielkie schronienie. Ukrył się w krzakach, ale kiedy usłyszał, iż ktoś zbliża się przezornie zawołał: Ich bin katolisch, czyli; „Jestem katolikiem”. Wiadomo, w takich sytuacjach, kiedy może spotkać cię coś straszliwego i ostatecznego, kiedy zbliża się kres życia, niektórzy nagle przypominają sobie o Bogu i o swoim człowieczeństwie. Czasem wbrew temu co czynili przez całe swoje życie.
Ten niemiecki oficer, nie straszył bronią, nie krzyczał, nie żądał. Prosił. Prosił o pomoc, o wyjęcie czegoś z kieszeni munduru. Wskazywał na zawiniątko na piersi schowane pod bluzą, obok krwawiącej rany.
T. Wójcik, zdjęcie z 1944 r. Foto: archiwum Jana I Tomasza Millerów. Kliknij, aby powiększyć.Niemca nie bał się Tadeusz Antoni Wójcik (1921—1983) i to on zdecydował się wysłuchać jego próśb. Język niemiecki znał dobrze ze szkoły średniej. Zanim jednak pomógł rannemu Niemcowi przezornie odebrał mu broń. Obchodzenie się z orężem nie było dla niego niczym nadzwyczajnym, wszak tuż przed samym wrześniem 1939 roku odbył regularną służbę wojskową, a później – przynajmniej od grudnia 1940 roku – był zaprzysiężonym konspiratorem sulejowskiego oddziału Związku Walki Zbrojnej. Potem walczył w Batalionach Chłopskich oraz w Armii Krajowej. Jego ostatnim partyzanckim dowódcą był mjr Witold Kucharski. Wójcik wrócił do domu po wózek i przewiózł rannego na własne podwórze. Tam przy pomocy domowników ułożył go w stodole.
Zrobiła się sensacja i sąsiedzi przychodzili obejrzeć „zdobycz”. Chociaż nikt ich nie pytał, prawie wszyscy wydali wyrok: wyrzucić na pole, niech zdechnie… Nie dziwię się tym sąsiadom, bo ich wspomnienia z czasów wojny były okrutne. Ciągły strach o życie i zdrowie, głód, poniewierka oraz inne straszne rzeczy były przecież na porządku dziennym.
Kiedy zostali sami, ranny Niemiec powiedział, iż w kieszeni munduru ma listy od żony i prosił, żeby po zakończeniu wojny napisać do niej jaki los go spotkał, gdzie zginął i gdzie najpewniej zostanie pochowany. Mówił nie tylko o żonie, ale i o trójce małych dzieci, które czekają na niego w domu. Poprosił też o wyciągnięcie zawiniątka i przekazanie go w miarę możliwości w ręce rodziny.
Bohater opowieści wyjął listy oraz zawiniątko spod bluzy i zapewnił, iż powiadomi żonę kiedy tylko będzie mógł. Przy pomocy rodziny przeniósł Niemca – tym razem do domu – na łóżko. Rozległa rana i brak pomocy lekarskiej zrobiły jednak swoje. Po dwóch dniach Niemiec zmarł. Niepewna o swój los polska rodzina wyniosła ciało zmarłego z domu i pozostawiła go na polu. Było to bezpieczne rozwiązanie, bo walki na szosie opoczyńskiej i Dobrej Wodzie trwały do 23 stycznia, a teren przechodził dosłownie z rąk do rąk.
Mijały lata, niespokojne lata, w czasie których nowa władza ludowa mogła mieć pretensje o wszystko i – jeżeli tylko chciała – mogła za wszystko ukarać choćby spokojnego obywatela. Lepsze czasy nadeszły dopiero po roku 1956. Wówczas to Tadeusz Antoni Wójcik napisał na adres wskazany przez umierającego Niemca. Okazało się, iż wdowa jeszcze żyje. Była przeszczęśliwa, iż udało się jej poznać losy męża, iż wie jak wyglądały jego ostatnie dni, i gdzie może spoczywać. Mimo tego, prosiła o więcej szczegółów… O wszystkim można przeczytać z listu pochodzącego z roku 1958, który zachował się do dziś. List napisany jest po polsku i zawiera oryginalny podpis Niemki. To jedna z pamiątek po tamtych wydarzeniach. Oto jego fragment:
Szanowny Panie Wójcik!
List Pana otrzymałam, bardzo dziękuję za smutną wiadomość o swoim mężu. Zawsze jeszcze była u mnie nadzieja, iż mój mąż jeszcze żyje, ale niestety, teraz nadzieja ta zginęła. Bardzo proszę napisać mnie dokładnie, jak to było, iż mój mąż umarł u Pana w mieszkaniu i czy bardzo on męczył się, i czy jest on (chodzi o sam grób – przyp. TM) w porządku. Moje dzieci i ja jesteśmy bardzo smutni od tej nowiny, ale tak chciał Pan Bóg.
Zachowały się też oryginalne listy zmarłego żołnierza z roku 1944, które miał przy sobie w chwili śmierci, a które otrzymał od syna walczącego gdzieś w Czechach.
Jest i wiele innych oryginalnych dokumentów po Tadeuszu Wójciku, w tym sześć brulionów zawierających dzienniki z czasów wojny, które pisane były niemal dzień po dniu… Niestety, opowieść o niemieckim oficerze Hansie Stroblu nie ma jeszcze swojego zakończenia. Po wojnie jego ciało kilkadziesiąt lat przeleżało w bezimiennych dołach śmierci w Sulejowie, które zlokalizowane były głównie na wschodnich rubieżach miasta.
Ostatni czas nie był dla mnie łaskawy i nie udało się dotrzeć do materiałów chociażby Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, która w latach dziewięćdziesiątych prowadziła rozległe prace ekshumacyjne na niemieckich grobach w Sulejowie. Może kiedyś uda się zapełnić i tę lukę. Najważniejsze jest to, iż w sercu mieszkańca Sulejowa Tadeusza Antoniego Wójcika zwyciężyło człowieczeństwo, a nie nienawiść… Sam był przecież świadkiem wielu bezprzykładnych zbrodni niemieckiego okupanta, sam cudem uniknął aresztowania w lutym 1941 roku i widział śmierć kilkudziesięciu swoich kolegów ze ZWZ.
Pod niemieckimi rządami w Sulejowie zginęła prawie połowa mieszkańców (szacuje się, iż było to ok. 3.200 osób spośród 7.500 w chwili wybuchu wojny) i było za co nienawidzić okupanta.
Wypada tu skłonić głowę i zapamiętać nazwisko tego człowieka. Tym bardziej, iż łączy się z nim jeszcze kilka innych ważnych historii. Chociażby przyjaźń ze znanym polskim astronomem Konradem Rudnickim (w domu Wójcików w czasie niemieckiej okupacji działało tajne obserwatorium astronomiczne) oraz opowieść o tajemniczej Isi, turkmeńskiej księżniczce, córce uciekinierów ze Wschodu, którą od wojennej śmierci uratowali mieszkańcy sulejowskiej Dobrej Wody. No i jego starszy brat Bolesław, będąc polskim policjantem, zginął w Katyniu.
Zainteresowanie Państwa może wzbudzić to, iż w trakcie ekshumacji prowadzonej przez Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie ujawniono co najmniej 280 ciał poległych Niemców oraz ich sprzymierzeńców, a w Sulejowie znajduje się jeszcze kilka nieodkrytych miejsc masowych pochówków niemieckich żołnierzy.
→ Tomasz Miller
18.01.2026
• collage: barma / Gazeta Trybunalska
• więcej tekstów autora: > tutaj
Na zdjęciach:
- List z podziękowaniem od żony niemieckiego żołnierza Hansa Strobla.
- Przepustka Tadeusza Wójcika ps. „Hańcza” z podpisem dowódcy oddziału partyzanckiego majora Witolda Kucharskiego, ps. „Wicher”.
- Opis szlaku bojowego Tadeusza Wójcika ps. „Hańcza” – zaświadczenie wydane przez mjr Kucharskiego ps. „Wicher”.
- Tadeusz Wójcik na zdjęciu z roku 1944, w czasie pobytu na przepustce wystawionej przez dowódcę oddziału partyzanckiego mjr Witolda Kucharskiego ps. Wicher.
- Tadeusz Wójcik w latach siedemdziesiątych XX w. z wnuczką na terenie swojego domostwa w Sulejowie.












