Według Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) w Niemczech funkcjonuje w tej chwili 28 645 osób zaliczanych do środowiska islamistycznego. Spośród nich około 9 110 uznawanych jest za osoby skłonne do stosowania przemocy. Federalny Urząd Kryminalny (BKA) klasyfikuje jednocześnie ponad 400 osób jako tzw. „Gefährder” – osoby, wobec których istnieją przesłanki, iż mogą dopuścić się poważnych aktów przemocy lub terroryzmu.
Niemcy mają coraz poważniejszy problem z islamskim ekstremizmem. Podane wyżej liczby pokazują skalę wyzwania, z jakim od lat mierzą się tamtejsze służby. Coraz częściej pojawia się oczywisty, choć niepoprawny politycznie wniosek, iż źródłem problemu jest polityka migracyjna oraz multii-kulti, prowadzona od połowy poprzedniej dekady.
Przełomowym momentem był kryzys migracyjny z 2015 roku. Niemcy otworzyły granice dla setek tysięcy pseudo uchodźców wojennych i migrantów, argumentując to względami humanitarnymi oraz odpowiedzialnością za osoby uciekające przed wojną. W kolejnych latach do kraju napłynęły ponad dwa miliony osób, zarówno w ramach procedur azylowych, jak i migracji rodzinnej czy ekonomicznej.
Decyzja ta była szeroko chwalona przez część społeczności międzynarodowej, jednak już wtedy eksperci ds. bezpieczeństwa ostrzegali, iż tak szybki napływ ludności z regionów objętych konfliktami utrudni skuteczną weryfikację tożsamości części przybyszy oraz stworzy ogromne wyzwania integracyjne.
Jednym z głównych założeń niemieckiej polityki było przekonanie, iż odpowiednie programy integracyjne pozwolą stosunkowo gwałtownie włączyć nowych przybyszy do społeczeństwa. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. W wielu dużych miastach powstały dzielnice, w których dominują społeczności pochodzące z jednego kręgu kulturowego. Sprzyja to utrzymywaniu własnych struktur społecznych i ograniczaniu kontakt z kulturą kraju przyjmującego. W takich środowiskach łatwiej również działać radykalnym kaznodziejom i organizacjom ekstremistycznym.
To jednak nie wszystko – Islam po prostu nie jest kompatybilny z zachodnią kulturą chrześcijańską czy postchrześcijańską. W tym kręgu nie toleruje się jakiejkolwiek odmienności, a zwłaszcza dewiacji seksualnych oraz genderyzmu. Wydarzenia takie jak „miesiąc dumy” czy „marsz równości” są dla muzułmanów obrzydliwe, rodzą w nich frustracje oraz chęć oporu.
Niemiecki kontrwywiad od lat wskazuje, iż największe zagrożenie stanowią środowiska salafickie oraz organizacje wspierające radykalny islam polityczny. Monitoring ponad dziewięciu tysięcy osób potencjalnie skłonnych do przemocy jest praktycznie niemożliwy w sposób ciągły. Całodobowa obserwacja tylko jednego podejrzanego wymaga zaangażowania wielu funkcjonariuszy pracujących zmianowo. W efekcie służby muszą nieustannie ustalać priorytety, koncentrując się na najbardziej niebezpiecznych osobach.
Dlatego też funkcjonuje kategoria „Gefährder”, obejmująca osoby oceniane jako stwarzające najwyższe ryzyko przeprowadzenia zamachu. choćby jednak ta grupa liczy w tej chwili kilka setek osób i ciężko nad nią zapanować. Co więcej, wraz z czasem problem jedynie narasta, nie maleje, gdyż muzułmanie rozmnażają się i radykalizują w Niemczech na potęgę.
NASZ KOMENTARZ: Niemiecki przykład dobitnie pokazuje czym kończy się upowszechnianie dewiacji w połączeniu z masową imigracją. Lewica liczyła, iż imigranci będą jej sojusznikiem w walce z prawicą i konserwatyzmem, tymczasem w rzeczywistości, choć rzeczywiście islamiści głosują na lewicowe partie (rozdające im zasiłki i wspierające dalszy napływ imigrantów), bardziej nienawidzą lewaków i zboczeńców niż chrześcijan.
Niemieckie doświadczenia powinny być nauczką dla Polski. Nie wolno tworzyć u nas choćby jednego centrum muzułmańskiego, gdyż w przyszłości skończymy tak samo jak Niemcy, z problemem, którego nie da się rozwiązać bez masowych deportacji lub eksterminacji.
Polecamy również: Bunt niemieckich kapłanów przeciw rewolucji w Kościele









