Rosja miała błyskawicznie zdobyć panowanie w powietrzu nad Ukrainą. Zamiast tego powstał impas, w którym standardowe operacje lotnicze ustąpiły miejsca dronom, bombom szybującym oraz rakietom dalekiego zasięgu. Czy komentarze o „końcu klasycznego lotnictwa” są uzasadnione i czy wojna z NATO wyglądałaby podobnie?
Ukraiński żołnierz ze110 Brygady Obrony Terytorialnej z karabinem przeciwdronowym firmy Kvertus. Miejscowość Nowodariwka w obwodzie zaporoskim.
Przed 24 lutego 2022 roku eksperci spodziewali się, iż wojna powietrzna nad Ukrainą będzie miała zupełnie inny przebieg, niż to miało miejsce w rzeczywistości. – Sądziłem, iż będzie jak w Zatoce Perskiej. Że dojdzie do zniszczenia obrony przeciwlotniczej, zdobycia przewagi powietrznej i regularnych uderzeń dużych ugrupowań lotniczych na cele w głębi Ukrainy – przyznaje mjr rez. pil. Michał Fiszer, analityk militarny. Taki scenariusz wydawał się logiczny również dlatego, iż Rosja latami budowała wizerunek swoich sił powietrznych jako nowoczesnej formacji. Pokazywano nowe samoloty, uzbrojenie precyzyjne i zaawansowane systemy celownicze. – Tymczasem część tej nowoczesności była iście „potiomkinowska”. Rosjanie chwalili się własnymi zasobnikami celowniczymi, a później wychodziło, iż to „przepakowane” rozwiązania francuskie, które bez wsparcia serwisowego po prostu nie działały – mówi Fiszer.
Latanie w ciemno
Szybko się okazało, iż rosyjskie problemy z opanowaniem przestrzeni powietrznej nad Ukrainą nie wynikają wyłącznie z jakości sprzętu. Ważniejsze były ograniczenia doktrynalne, organizacyjne i systemowe. Rosjanie dysponowali stosunkowo nowoczesnymi samolotami i dużą liczbą pocisków, ale nie potrafili połączyć wszystkich elementów w spójną operację. – Ich działania były wyizolowane – podkreśla ppłk rez. pil. Marcin Modrzewski, były dowódca 10 Eskadry Lotnictwa Taktycznego. – Brakowało synergii między lotnictwem, rozpoznaniem, walką radioelektroniczną, obroną przeciwlotniczą i wojskami lądowymi.
W zachodnim modelu operacji lotniczej samoloty uderzeniowe nie działają samodzielnie. Towarzyszą im broń walki radioelektronicznej, wczesnego ostrzegania, platformy rozpoznawcze i wyspecjalizowane systemy zwalczania obrony przeciwlotniczej. Część samolotów nie atakuje celów naziemnych – ich zadaniem jest „oślepienie” przeciwnika, zakłócenie radarów i stworzenie bezpiecznego korytarza dla maszyn uderzeniowych.
Rosjanie nie byli w stanie przeprowadzić takiej kampanii. Już w pierwszych dniach wojny stało się jasne, iż mają ogromne problemy z lokalizowaniem ukraińskich radarów i zwalczaniem OPL. – Ich pociski przeciwradiolokacyjne często lądowały w przypadkowych miejscach. Momentami wyglądało to tak, jakby rosyjskie lotnictwo latało kompletnie w ciemno – mówi mjr Fiszer.
Zdaniem ppłk. Modrzewskiego jednym z najlepszych przykładów rosyjskich problemów stała się bitwa o Hostomel. Pierwszego dnia wojny Rosjanie próbowali przejąć strategiczne lotnisko pod Kijowem, desantując tam wojska śmigłowcami. Plan zakładał szybkie zabezpieczenie pasa startowego i przerzut kolejnych oddziałów ciężkimi Iłami-76. Rosjanie chcieli jednak przeprowadzić operację powietrznodesantową bez wcześniejszego zdobycia panowania w powietrzu. – To było myślenie niemal dziewiętnastowieczne – ocenia pułkownik. – NATO nigdy nie próbowałoby wykonywać takiej operacji bez wcześniejszego obezwładnienia obrony przeciwlotniczej przeciwnika i zabezpieczenia przestrzeni powietrznej – dodaje. Nieniepokojeni „z góry” Ukraińcy odzyskali kontrolę wokół lotniska. Iły-76 nie wylądowały w Hostomlu, a rosyjski plan zajęcia Kijowa – mający prowadzić do błyskawicznego zakończenia kampanii – spełzł na niczym.
Zaczęły też wychodzić na jaw problemy z kontrolą własnej przestrzeni powietrznej i wymianą danych między poszczególnymi elementami rosyjskiego systemu walki. – jeżeli dochodzi do sytuacji, w której własna obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje samolot wczesnego ostrzegania A-50, to jakość systemu „swój–obcy” jest wątpliwa, a świadomość sytuacyjna niska – mówi Marcin Modrzewski.
Wojna na dystans
Długo by wymieniać inne słabości, dość, iż ukraińskie zestawy S-300, Buk, a później także zachodnie Patrioty czy NASAMS-y gwałtownie odebrały Rosjanom zdolność do prowadzenia głębokich operacji nad Ukrainą. Ale i Ukraińcy nie mogli pozwolić sobie na głębokie loty. – Rosjanie mają gęsty, warstwowy system obrony przeciwlotniczej. Do tego dochodzą samoloty MiG-31 uzbrojone w pociski R-37M. To są rakiety, które mogą razić cele z odległości 200 km – opowiada Michał Fiszer. Ukraińskie lotnictwo musi więc działać bardzo ostrożnie choćby daleko od linii frontu. Jego aktywność potrafi ograniczyć już samo pojawienie się rosyjskich myśliwców dyżurujących nad własnym terytorium. – Ukraińskie maszyny były zestrzeliwane z ogromnych odległości. Pilot często choćby nie miał świadomości, skąd odpalono rakietę – mówi Fiszer.
W rezultacie obie strony zaczęły razić się z odległości, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących. Zdecydowaną przewagę wciąż mają tu Rosjanie, dysponujący lotnictwem strategicznym, zdolnym atakować znad terytorium Rosji cele oddalone choćby o 2,5 tys. kilometrów. Z tym iż takie ataki wymierzone są w infrastrukturę krytyczną – decydują o tym koszty i ograniczona podaż „inteligentnych” systemów broni. Frontowa „młócka” wymaga zaś tańszych rozwiązań. Tak narodziła się jedna z najważniejszych adaptacji tej wojny: masowe użycie bomb szybujących, pozwalających na wsparcie wojsk lądowych z bezpieczniejszego dystansu. Proces zainicjowali Rosjanie. Stare bomby FAB zaczęli wyposażać w moduły UMPC – rozkładane skrzydła i systemy nawigacji satelitarnej. Dzięki temu ciężka, pierwotnie niekierowana bomba mogła zostać zrzucona choćby kilkadziesiąt kilometrów od celu. Sama technika ataku jest nieco archaiczna – rosyjskie samoloty lecą nisko, próbując ukryć się przed radarami i skrócić czas przebywania w zasięgu
ukraińskiej OPL. – Maszyna praktycznie „kosi ziemię”, potem robi gwałtowną górkę, wykonuje zrzut i natychmiastowy zakręt z odejściem – opisuje Fiszer. Pilot nie widzi celu, bomba leci na zaprogramowane współrzędne. – Te bomby są bardzo skuteczne. Dobrze przygotowany schron trudno zniszczyć dronem, ale bomba szybująca potrafi zmieść takie stanowisko z powierzchni ziemi – mówi Fiszer.
Masowe użycie bomb szybujących stało się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej taktyki w latach 2023–2025.
Bomba FAB-500, wyposażonaw moduły szybujące UMPC, podwieszona podciężki bombowiecrosyjski Su-34. Okolice Awdijiwkiw regionie donieckim, marzec 2024 roku.
Demokratyzacja siły powietrznej
Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak masowe użycie systemów bezzałogowych. To one zaczęły przejmować coraz więcej zadań klasycznego lotnictwa – od rozpoznania i naprowadzania artylerii po uderzenia na cele oddalone setki kilometrów od frontu. Najliczniejszą kategorią, używaną do działań taktycznych, okazały się drony FPV. Obie strony zaczęły wykorzystywać je w skali przemysłowej.
Jedocześnie Rosja rozbudowała produkcję Szahedów, wykorzystując je do uderzeń na dalsze dystanse – na ukraińskie miasta, energetykę i infrastrukturę wojskową. W szczytowych momentach Rosjanie byli w stanie wysyłać przeciw Ukrainie po kilka tysięcy takich dronów miesięcznie. – To sposób na przeciążenie obrony przeciwlotniczej. Rzecz w tym, iż Szahed jest tani, a rakieta do Patriota droga – zauważa mjr Fiszer. Ukraińcy nie mogli zestrzeliwać dronów rakietami, zbudowali więc system oparty na mobilnych grupach używających artylerii lufowej, karabinów maszynowych, systemów antydronowych i narzędzi walki radioelektronicznej. Odpowiedzieli też własną wojną dronową. Początkowo sięgali po improwizowane konstrukcje atakujące cele przyfrontowe. Z czasem coraz lepsze ukraińskie drony zaczęły regularnie uderzać w rosyjskie rafinerie, lotniska, magazyny paliw i zakłady przemysłowe położone setki kilometrów w głębi Rosji. – Nastąpiła demokratyzacja siły powietrznej – ocenia ppłk Modrzewski. – Jeszcze niedawno zdolność do głębokich uderzeń miały państwa dysponujące lotnictwem strategicznym. Dziś część tych zadań mogą wykonywać relatywnie tanie systemy bezzałogowe.
Równolegle z rozwojem dronów trwa jeszcze inny pojedynek – o sygnał, dane i orientację w przestrzeni. Obie strony na ogromną skalę wykorzystują środki walki radioelektronicznej: zakłócają sygnał GPS, stosują spoofing, czyli podrzucanie fałszywych danych nawigacyjnych, i próbują przejmować kontrolę nad systemami przeciwnika. Efektem jest „oślepianie” dronów, zrywanie łączności, przejmowanie maszyn albo zmuszanie ich do rozbijania się z dala od celu.
System podtrzymywania operacji
Wojna nad Ukrainą wywołała falę komentarzy o „końcu klasycznego lotnictwa”, czemu często towarzyszy refleksja, iż NATO nie jest gotowe na konflikt z Rosją. Zdaniem obu rozmówców takie wnioski są przedwczesne. Zachodnie armie i koncerny zbrojeniowe intensywnie rozwijają dziś zdolności antydronowe – od systemów walki radioelektronicznej po relatywnie tanie środki kinetyczne i broń mikrofalową. – W cieniu „dronozy” gwałtownie rozwija się broń antydronowa – potwierdza ppłk Modrzewski. – I ona również będzie produkowana masowo – dodaje. Przede wszystkim jednak zmagania nad Dnieprem nie pokazują modelowej wojny NATO–Rosja, ale konflikt, w którym żadna ze stron nie była w stanie uzyskać trwałej przewagi w powietrzu. – Siły powietrzne Rosjan wywodzą się z filozofii frontowego lotnictwa. Ich samoloty cechują stosunkowo niewielki zasięg i ograniczona świadomość sytuacyjna pilotów – tłumaczy Modrzewski. W praktyce oznacza to konieczność działania blisko własnych baz, radarów i obrony przeciwlotniczej.
To fundamentalna różnica wobec sposobu działania NATO. Zachodnie siły budują przewagę nie tylko wyższą jakością poszczególnych samolotów, ale także całym systemem podtrzymywania operacji. – W NATO dyżurowanie w powietrzu to podstawa – mówi Modrzewski. Samoloty mogą wykonywać wielogodzinne misje, dynamicznie reagować na sytuację i działać setki kilometrów od baz. – W przypadku misji reactive SEAD (Suppression of Enemy Air Defenses) maszyny godzinami czekają w powietrzu na uruchomienie radaru przeciwnika. Gdy ten zaczyna „świecić”, następuje atak na wyrzutnię OPL – wyjaśnia. Zachodnia kampania lotnicza nie ogranicza się też do wysłania eskadry myśliwców nad cel. To skoordynowany system obejmujący satelity, samoloty wczesnego ostrzegania, platformy SIGINT (rozpoznanie radioelektroniczne), walkę radioelektroniczną i precyzyjne uzbrojenie dalekiego zasięgu. Takie działania wymagają jednak ogromnego zaplecza technicznego i organizacyjnego – tankowców, niezawodnej łączności oraz umiejętności bieżącej integracji danych z wielu źródeł. Tego Rosjanom zabrakło w Ukrainie – i raczej tego nie nadrobią.
Nie oznacza to, iż NATO mogłoby się spodziewać łatwego zwycięstwa. Wciąż liczna OPL pozostaje jednym z najgroźniejszych elementów rosyjskiej armii. – Dla Sojuszu wywalczenie przewagi w powietrzu nad Rosją byłoby dużo trudniejsze niż nad Irakiem czy Jugosławią – ocenia mjr Fiszer. Ale nie to powinno nas martwić. Według Fiszera Kreml doskonale rozumie, iż otwarte starcie militarne z NATO byłoby skrajnie ryzykowne. Bardziej opłacalne jest stopniowe osłabianie przeciwnika – podsycanie chaosu informacyjnego, uderzanie w spójność polityczną Zachodu, destabilizowanie procesów demokratycznych czy testowanie odporności państw na presję migracyjną i energetyczną. – jeżeli uda się wcześniej sparaliżować proces decyzyjny albo poróżnić społeczeństwa, to klasyczna wojna może się okazać po prostu niepotrzebna. To jest dla nas większe zagrożenie niż rosyjskie drony, samoloty i wyrzutnie – ocenia Fiszer.