Sześćdziesiąt procent od nadzwyczajnych zysków, około 4 miliardów złotych dla budżetu i naliczanie od marca. Tak wyglądała danina od koncernów paliwowych, której prezydent Karol Nawrocki nie podpisał i skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Rząd nie składa broni. Zamiast jednorazowego podatku myśli już o rozwiązaniu trwałym, wzorowanym na daninie bankowej.
Danina, która nie zdążyła wejść w życie
Ustawa uchwalona na początku lipca zakładała podatek w wysokości 60 procent od nadzwyczajnych zysków ze sprzedaży paliw ciekłych. Punktem odniesienia miała być średnia marża z 2025 roku powiększona o jedną piątą. Wszystko powyżej tego progu państwo chciało zabrać. Przepisy dotyczyły dwudziestu kilku podmiotów produkujących, importujących lub handlujących paliwem, z krajowym koncernem na czele. Danina obejmowała okres od marca do grudnia 2026 roku, a wejść w życie miała w sierpniu. Budżet spodziewał się z niej około 4 miliardów złotych, z czego większości jeszcze w tym roku. Pieniądze miały łatać ubytek po obniżkach VAT i akcyzy na paliwo.
Prezydent stawia na konstytucję
Karol Nawrocki podpisu odmówił w piątek 24 lipca i odesłał ustawę do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Zarzuty są proceduralne i ustrojowe. Najważniejszy dotyczy prawa działającego wstecz: przepisy z sierpnia sięgałyby po zyski liczone od marca. Prezydent wskazał też na tryb uchwalania i na nierówne traktowanie, bo danina obciąża wyłącznie jedną branżę. „Nowy podatek nie obniża cen paliwa. Ma przede wszystkim dostarczyć pieniędzy do budżetu", stwierdził. W jego ocenie kierowca na tej konstrukcji nie zyska.
Rząd zmienia plan, ale nie cel
Decyzja z Pałacu nie zakończyła sprawy, tylko przesunęła ją na inne tory. Wiceminister energii Wojciech Wrochna przyznał w poniedziałek, iż pojawiła się przestrzeń do prac nad rozwiązaniem o charakterze bardziej systemowym. Chodzi o stałą, a nie jednorazową daninę od firm z sektora gazowego i rafineryjnego, których zyski, jak mówił, nie zawsze wynikają z samej efektywności biznesu. Jako wzór wskazał podatek bankowy. Zastrzegł zarazem, iż to domena ministra finansów. Z jednorazowej łaty rząd chce więc zrobić trwały element systemu.
Orlen i realna skala zysków
Spór toczy się o „nadzwyczajne zyski", więc warto spojrzeć na liczby. Grupa Orlen zamknęła 2025 rok zyskiem netto na poziomie 2,648 miliarda złotych, o niespełna 100 milionów mniej niż rok wcześniej. To wynik daleki od rekordu. Znacznie okazalej wygląda EBITDA LIFO, sięgająca 41,5 miliarda złotych, ale do zysku netto droga daleka, bo obraz zaburzają odpisy i przeszacowania zapasów. Danina uderzyłaby przede wszystkim w spółkę kontrolowaną przez państwo, a więc pośrednio w majątek narodowy. Retoryka o „nadzwyczajnych" profitach zderza się z rachunkiem wyników, który wcale nie jest jednoznaczny.
Kto zapłaci przy dystrybutorze
Kluczowe pytanie brzmi, gdzie na końcu ląduje taki podatek. Rząd przekonuje, iż danina od koncernów pozwoli utrzymać niższe ceny na stacjach. Prezydent odpowiada, iż jest odwrotnie i iż koszt i tak trafi do kierowcy. Resort energii sygnalizował też inny, doraźny ruch: możliwą obniżkę VAT na paliwo na ostatnie tygodnie wakacji, jako namiastkę wygaszanego programu wsparcia. Żadna z tych ścieżek nie została jeszcze przesądzona.
Improwizacja zamiast strategii
Obraz, który się wyłania, to fiskalne łatanie dziury pod presją czasu. Najpierw jednorazowa danina z mocą wsteczną, po jej zatrzymaniu pomysł na podatek trwały, obok tego rozważana obniżka VAT. Państwo szuka pieniędzy w sektorze, który w dużej mierze samo kontroluje, i robi to w tempie dyktowanym kalendarzem wakacji oraz stanem budżetu. Przewidywalność prawa podatkowego i stabilność narodowej spółki energetycznej schodzą przy tym na dalszy plan. Trybunał oceni legalność pierwszej daniny. Pytanie o sens całej tej fiskalnej improwizacji pozostaje otwarte.
Źródło: Money.pl






