Prezydent Karol Nawrocki wręczył akty powołania czterem nowym sędziom Sądu Najwyższego. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek jeszcze przed nominacjami mówił o „nowych neosędziach” i pogłębianiu kryzysu. Spór znów pokazuje, iż walka o sądy nie jest akademicką debatą prawników, ale starciem o ciągłość państwa i pewność prawa dla obywateli.
Cztery nominacje w Sądzie Najwyższym
Kancelaria Prezydenta poinformowała 28 lipca, iż Karol Nawrocki wręczył akty powołania do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Najwyższego. Nowo powołani sędziowie złożyli wobec prezydenta ślubowanie. Do SN trafili Paweł Bucoń, Paweł Chmielnicki, Andrzej Michałowicz i Tomasz Szczurowski.
Sam fakt nominacji nie powinien w normalnym państwie wywoływać politycznej burzy. Prezydent wykonuje konstytucyjną kompetencję, państwo uzupełnia skład najważniejszego sądu, a obywatele oczekują, iż instytucje będą działały. Tyle teorii. Polska od lat płaci jednak cenę za spór o Krajową Radę Sądownictwa i status sędziów powoływanych po reformach z czasów rządów PiS.
Rzeczpospolita przypomniała, iż od zmian z 2017 roku utrzymuje się nieformalny podział na sędziów Sądu Najwyższego powołanych przed 2018 rokiem i tych powołanych później. Obecna władza oraz część środowiska prawniczego kwestionują procedurę z udziałem KRS w obecnym kształcie. Padają przy tym określenia, które mają delegitymizować osoby powołane do sądów.
Minister idzie na zwarcie
Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek skomentował zapowiedź nominacji jeszcze przed uroczystością. Według relacji Rzeczpospolitej pisał o „4 nowych neosędziach” i pytał, kto zapłaci za ewentualne odszkodowania zasądzane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawach z udziałem nieprawidłowo powołanych sędziów Sądu Najwyższego.
To język politycznej wojny. Można spierać się o model KRS, o standardy nominacji i o wykonanie orzeczeń europejskich trybunałów. Ale państwo nie może trwać w stanie, w którym jeden segment władzy publicznej nazywa urzędowych sędziów nie-sędziami, a obywatel ma zgadywać, czy wyrok istnieje, czy zostanie za kilka lat uznany za wadliwy.
Taka metoda nie uzdrawia wymiaru sprawiedliwości. Ona zamienia go w pole minowe. Kto zapłaci za chaos? Nie minister w telewizyjnym studiu i nie politycy budujący własne narracje. Zapłaci obywatel, który czeka na rozstrzygnięcie sprawy, przedsiębiorca niepewny skutków wyroku, rodzina przeciągana przez kolejne instancje i podatnik finansujący odszkodowania.
Ciągłość państwa jest wartością
Narodowo-konserwatywna miara jest tu prosta: państwo polskie musi być ciągłe, sprawcze i przewidywalne. Reformy sądów można oceniać krytycznie lub pozytywnie, ale nie wolno robić z Rzeczypospolitej organizmu, w którym każda zmiana większości parlamentarnej oznacza próbę unieważnienia poprzedniej epoki.
Prezydent nie jest notariuszem rządu. Ma własny mandat i własne kompetencje. o ile wykonuje prerogatywę powoływania sędziów, to minister sprawiedliwości może formułować zastrzeżenia, ale powinien pamiętać o skutkach słów. Podważanie całych kategorii sędziów uderza w politycznych przeciwników, ale jeszcze mocniej w zaufanie Polaków do wyroków wydawanych w imieniu Rzeczypospolitej.
Nie znaczy to, iż problem KRS można zamieść pod dywan. Nie można. Polska potrzebuje rozwiązania, które przywróci spokój instytucjonalny i zabezpieczy prawa obywateli. Tyle iż rozwiązanie musi być ustawowe, zgodne z konstytucją i odporne na kolejną zmianę władzy. Inaczej będzie tylko następną rundą tej samej wojny.
Stawka dla obywateli
Najgroźniejsze w sporze o sądy jest to, iż politycy przyzwyczaili opinię publiczną do chaosu. Jedni mówią o naprawie praworządności, drudzy o obronie prerogatyw. Obywatel słyszy zaś, iż wyrok może być podważony, sędzia może być nazwany „neo”, a instytucja ma zależeć od bieżącej większości.
To nie jest normalność. Polska potrzebuje sądów, które działają szybko, uczciwie i w sposób niebudzący wątpliwości. Potrzebuje też prezydenta, który pilnuje ciągłości państwa, oraz rządu, który nie podpala instytucji w imię własnej opowieści o naprawie.
Nominacje Nawrockiego są więc czymś więcej niż personalną decyzją w Sądzie Najwyższym. To test, czy państwo będzie trwało mimo politycznego konfliktu, czy znów pozwoli, by wojna elit prawnych została przerzucona na portfele, sprawy i bezpieczeństwo prawne zwykłych Polaków.
Źródło: Kancelaria Prezydenta RP






