We wtorek w Pałacu Prezydenckim Karol Nawrocki wręczył akty powołania czterem nowym sędziom Sądu Najwyższego. Jeszcze przed ceremonią decyzja wywołała ostry sprzeciw ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, który nazwał nominowanych „neosędziami". Za tym sporem kryje się fundamentalne pytanie: kto ma prawo obsadzać najważniejsze stanowiska w polskim wymiarze sprawiedliwości?
Cztery nominacje pod prezydencką pieczęcią
Akty powołania odebrali Paweł Bucoń, Paweł Chmielnicki, Andrzej Michałowicz i Tomasz Szczurowski. Cała czwórka złożyła ślubowanie przed głową państwa. Nominacje wręczono w dniu jednej z najliczniejszych uroczystości sędziowskich tej kadencji. Obok czterech sędziów Sądu Najwyższego prezydent powołał tego samego dnia ponad dwustu asesorów sądów rejonowych i administracyjnych. To właśnie jednak nominacje do najwyższej instancji okazały się najbardziej zapalnym punktem całego dnia.
Kim są nowi sędziowie
Grono powołanych tworzą prawnicy z dorobkiem orzeczniczym i akademickim. Paweł Bucoń orzekał w Sądzie Okręgowym w Lublinie i naukowo zajmuje się prawem cywilnym. Andrzej Michałowicz był sędzią, a wcześniej prezesem Sądu Okręgowego w Słupsku. Tomasz Szczurowski łączył pracę w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie z profesurą w dziedzinie prawa gospodarczego. Paweł Chmielnicki to profesor nauk prawnych, specjalista prawa administracyjnego. Trudno sprowadzić te sylwetki do politycznej etykiety, a mimo to spór dotyczy nie ich kompetencji, ale trybu, w jakim znaleźli się na liście do nominacji.
Ostry sprzeciw resortu sprawiedliwości
Jeszcze zanim doszło do wręczenia aktów, minister sprawiedliwości Waldemar Żurek uznał całą decyzję za groźną dla państwa. Ocenił, iż „cel jest jasny – pogłębienie kryzysu", a powołanych określił mianem „neosędziów". Minister podniósł również wątek finansowy. Pytał, kto pokryje odszkodowania, którymi Europejski Trybunał Praw Człowieka obciąża Skarb Państwa, gdy w sprawach obywateli orzekają, jego zdaniem, nieprawidłowo powołani sędziowie. W tej narracji każda kolejna nominacja to następny rachunek wystawiony podatnikowi.
Spór o Krajową Radę Sądownictwa
Sedno konfliktu leży w statusie Krajowej Rady Sądownictwa. Po zmianie z 2017 roku część jej członków wybiera Sejm, a nie samo środowisko sędziowskie, i to na wniosek tak ukształtowanej Rady prezydent powołuje sędziów. Rząd Donalda Tuska uznaje ten mechanizm za wadliwy, a dokonane w jego ramach powołania za obarczone wadą prawną. Na nieprawidłowości w procedurze wskazywały także wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Dla obozu rządzącego to argument, by podważać status nowych sędziów. Dla Pałacu Prezydenckiego to próba zakwestionowania konstytucyjnej prerogatywy głowy państwa.
Prerogatywa prezydenta i cena instytucjonalnej wojny
Nawrocki konsekwentnie traktuje powoływanie sędziów jako uprawnienie wynikające wprost z konstytucji, niezależne od bieżącego sporu politycznego. Wielokrotnie podkreślał, iż sędzia orzeka w imieniu Rzeczypospolitej, a nie aktualnej większości parlamentarnej. Kłopot w tym, iż dwa ośrodki władzy, prezydent i rząd, mówią dziś o polskich sądach dwoma różnymi językami prawa. Skutki tego stanu odczują nie politycy, ale obywatele, których prawomocność wyroków może być przez lata podważana w Strasburgu. Jak długo jeszcze legalność własnego sądu ma pozostawać przedmiotem partyjnego przeciągania liny, i kto ostatecznie zapłaci za ten spór?
Źródło: Kancelaria Prezydenta RP






