Polska nie odrzuca Rady Pokoju, ale nie zamierza przyjmować zaproszenia w trybie przyśpieszonym. Karol Nawrocki po spotkaniu z Donaldem Trumpem w Davos przypomniał, iż jako prezydent jest strażnikiem konstytucji i reprezentuje państwo, ale każda międzynarodowa umowa musi przejść przez polski parlament i zostać zatwierdzona przez Radę Ministrów.
Głos jednego ważniejszy od reszty
Rada Pokoju nie jest kolejną klasyczną organizacją międzynarodową, w której państwa negocjują statuty, a sekretarza generalnego wybiera się w drodze kompromisu. Ma być ciałem zaprojektowanym pod jedną osobę – obecnego prezydenta USA, który jako dożywotni prezes zyskałby prawo weta, wybierania członków i kierowania pracami zarządu. Konstytucja staje się więc wygodnym narzędziem, żeby w tym momencie powiedzieć: interesuje nas ta inicjatywa, ale nie podpiszemy niczego bez pełnej procedury w kraju.
Minister Marcin Przydacz doprecyzował, iż w czwartek polski podpis pod dokumentami się nie pojawi. Polska będzie uczestniczyć w spotkaniu dotyczącym powołania Rady Pokoju, będzie słuchać i rozmawiać, ale decyzję o formalnym przystąpieniu odłoży na później. Ma to być czas na analizy prawne i polityczne, które – jak podkreśla otoczenie prezydenta – są konieczne przy każdej umowie międzynarodowej wiążącej państwo.
Zaproszenie jako wyróżnienie, podpis jako ryzyko
Z oficjalnych wypowiedzi wynika, iż Kancelaria Prezydenta stara się jednocześnie podkreślić rangę zaproszenia i ostrożnie zdystansować od samej architektury projektu. Przydacz mówi o "wyróżnieniu" dla Polski, która ma znaleźć się w gronie kilkudziesięciu państw zaproszonych przez Biały Dom. Nawrocki wprost nazywa Radę Pokoju jednym z najważniejszych tematów politycznych w Davos, obok sporów o Grenlandię.
Jednocześnie prezydent sygnalizuje, iż w państwach, gdzie władza jest skoncentrowana w rękach jednego człowieka, decyzja o przystąpieniu do Rady Pokoju może być po prostu osobistą deklaracją przywódcy. Jak przypomina, w Polsce tak to działać nie może, bo konstytucja rozdziela kompetencje między prezydenta, rząd i parlament. To uprzejmie sformułowana różnica, ale i sugestia, iż projekt Trumpa wyrasta z innej kultury politycznej niż ta, którą Warszawa deklaratywnie uznaje za własną.
Projekty dokumentów dotyczących Rady Pokoju przewidują, iż członkowie byliby wybierani przez Trumpa na trzyletnie kadencje, a państwa gotowe zapłacić ponad 1 mld dol. mogłyby kupić sobie stałe miejsce przy stole. Mamy więc do czynienia z konstrukcją, w której władza i prestiż koncentrują się w rękach autora projektu, a nie w instytucjach opartych na zrównoważonych mechanizmach.
Od Gazy po globalną konkurencję z ONZ
Początkowo Rada Pokoju miała być przedstawiana jako struktura nadzorująca tymczasowe władze w Strefie Gazy. gwałtownie jednak okazało się, iż ambicje są znacznie większe. Dokumenty, które krążą w przestrzeni publicznej, opisują nową organizację międzynarodową z zadaniem "rozwiązywania konfliktów na całym świecie", kierowaną przez Trumpa z bardzo szerokimi osobistymi uprawnieniami.
Nic więc dziwnego, iż w środowiskach dyplomatycznych projekt budzi duże emocje. Część dyplomatów obawia się, iż Rada Pokoju stanie się konkurencyjnym wobec ONZ ośrodkiem legitymizacji decyzji w sprawach wojny i pokoju. Innych niepokoi lista zaproszonych przywódców, na której obok zachodnich liderów znaleźli się Władimir Putin i Alaksandr Łukaszenka.
Z punktu widzenia Polski każda decyzja o przystąpieniu do takiej organizacji oznaczałaby wejście do formatu, w którym agresor wobec Ukrainy i białoruski sojusznik Kremla siedzą przy tym samym stole, z błogosławieństwem amerykańskiego gospodarza. choćby jeżeli formalnie pod parasolem "pokoju", polityczny koszt takiego obrazka mógłby okazać się wysoki.
Polska przy Trumpie, ale nie w jego klubie
Karol Nawrocki stara się jednocześnie wysłać do Waszyngtonu jasny sygnał, iż odmowa podpisu nie oznacza chłodu w relacjach z USA. Po rozmowie w Davos relacjonował, iż Trump potwierdził gwarancje bezpieczeństwa dla Polski oraz brak planów wycofania amerykańskich żołnierzy. Prezydent podkreślał, iż sojusz jest "trwały i stały", a osobista więź z Trumpem ma sprawiać, iż relacje Warszawy z Waszyngtonem są lepsze niż w przypadku wielu innych stolic europejskich.
Nawrocki wyraźnie akcentuje też ekonomiczny wymiar tej współpracy: rozmowy o sytuacji gospodarczej, formacie G20 i przyszłych planach. Wyłania się więc obraz Polski jako lojalnego partnera USA, który korzysta z ochronnego parasola i jednocześnie nie jest dotykany napięciami wokół Grenlandii czy nowych ceł.
To wszystko ma stworzyć tło, w którym odmowa szybkiego podpisu pod Radą Pokoju nie wygląda jak afront wobec Trumpa, ale jak poważne traktowanie własnego porządku prawnego. Prezydent zapewnia o "niezachwianym" poparciu dla amerykańskiego lidera, ale jednocześnie odsuwa w czasie moment, w którym musiałby wyjaśniać opinii publicznej, dlaczego Polska formalnie wiąże się z projektem tak mocno osadzonym w osobistej polityce Trumpa.
Gra na czas zamiast prostego "tak"
Według rozmówców Białego Domu, zaproszenie do Rady Pokoju przyjęło już ponad 30 przywódców. Podpisanie dokumentów założycielskich ma nastąpić w Davos, a przynajmniej w pierwszej fazie lista członków będzie efektem politycznej układanki budowanej wokół Trumpa. Polska znalazła się w wąskim gronie państw, które nie odrzucają zaproszenia, ale też nie chcą dać się wciągnąć w szybki rytm narzucony przez Waszyngton.
Jakby nie patrzeć, to ze strony Nawrockiego jest to klasyczna gra na czas. Obecność przy stole, zainteresowanie dalszymi pracami, podkreślanie wagi projektu dla bezpieczeństwa i rozwiązywania konfliktów, a równocześnie twarde trzymanie się konstytucyjnej procedury jako warunku jakiejkolwiek wiążącej decyzji. jeżeli projekt Rady Pokoju się umocni, Polska będzie mogła wrócić do rozmowy z pozycji państwa, które od początku było w środku procesu. jeżeli natomiast inicjatywa okaże się politycznym ciężarem, brak podpisu da Warszawie wygodne wyjście awaryjne.









