NATO w dniach ostatnich

liberte.pl 2 дни назад

Jest wysoce wątpliwe, czy Stany Zjednoczone osiągną wskutek wojny z Iranem jakiekolwiek realne cele. O to trudno, zwłaszcza jeżeli w zasadzie nie posiada się żadnych konkretnych celów, a zbrojna interwencja jest podjętą dość spontanicznie operacją bez oparcia w postaci choćby zarysów myśli strategicznej. W sensie czysto politycznym i na zupełnie innym „froncie” prezydent USA Donald Trump rzeczywiście może jednak liczyć na konkretny uzysk z ataku na Iran. Otóż coraz więcej wskazuje na to, iż zdystansowanie się państw Europy wobec tych działań zbrojnych oraz ich odmowa wypicia nawarzonego w Białym Domu piwa w postaci wzięcia na siebie militarnej operacji odblokowania cieśniny Ormuz (która nigdy nie byłaby zablokowana, gdyby nie eskapada Trumpa i jego izraelskiego przewodnika po manowcach regionu) staną się wygodnym uzasadnieniem dla końcowego etapu zrywania przez USA sojuszu NATO.

Trump już w trakcie pierwszej kadencji chciał wyjść z NATO, co w swoich tekstach jasno potwierdził jego ówczesny doradca i reprezentant „starej szkoły” Partii Republikańskiej, John Bolton. Był wtedy, także w tym kontekście, pacyfikowany przez „dorosłych” w jego administracji, a więc ludzi takich jak właśnie Bolton, H.R. McMaster czy James Mattis. Doświadczenie z tym parciem do pogrzebania NATO posłużyło jako impuls, aby wobec jego spodziewanego powrotu do władzy w 2025 r. uchwalić ustawę uniemożliwiającą prezydentowi USA samodzielną decyzję w sprawie NATO bez zgody Senatu lub ustawy. To zabezpieczenie weszło w życie w okresie prezydentury Joego Bidena, ale może w praktyce okazać się papierowe.

Od kilkunastu dni Trump jasno i często mówi o pragnieniu wyjścia z NATO. Tym filipikom towarzyszą zresztą sformułowania, które – gdy padają z ust głównodowodzącego armii USA – już same w sobie poddają faktyczne istnienie NATO w wątpliwość. Gdy bowiem Trump oświadcza raz po raz w wywiadach prasowych czy w postach w swoich mediach społecznościowych, iż NATO jest „i zawsze było” „papierowym tygrysem”, to cała idea istnienia Sojuszu, zasadzająca się przecież na skuteczności jego potencjału odstraszania, musi lec w gruzach. Przyczyną tego wzmożenia jest wspomniana odmowa włączenia się partnerów europejskich w ataki na Iran. Prezydent USA najwyraźniej uważa, iż traktat o NATO nas do tego zobowiązuje.

Być może powinno więc być mocniej powiedziane, iż art. 5 o kolektywnej i solidarnej obronie sojuszników dotyczy wojen, w których członek NATO jest stroną zaatakowaną, a konkretnie zostaje zaatakowany w Europie lub w Ameryce Północnej, czyli zasadniczo na własnym terytorium. To właśnie USA w latach 40-tych domagały się tego zapisu, aby nie być zobowiązane do reakcji militarnych w toku ewentualnych kolonialnych konfliktów Francuzów czy Brytyjczyków. Tak więc, gdyby art. 5 uruchomiła teraz Turcja lub Cypr, które to oba państwa stały się przedmiotem ataków irańskich dronów, to rzeczywiście zaistniałyby okoliczności z traktatu o NATO. Natomiast nie ma o nich mowy w sytuacji, gdy państwo członkowskie NATO jest stroną atakującą, a działania wojenne są w Azji. A właśnie w takim położeniu są USA w związku z Iranem, wobec czego żadne zobowiązania z traktatu o NATO wobec Ameryki nie zachodzą i Trump nie ma powodu dziwić się czy utyskiwać, iż Europa nie rusza na Iran z bombami.

Dziwić się nie powinien tym bardziej, iż w przypadku państw Europy ma przecież do czynienia z tymi samymi krajami, które od grubo ponad roku antagonizuje, czy to grożąc zbrojnym przejęciem duńskiej Grenlandii, czy to poddając druzgocącej krytyce wartości europejskie, europejski styl życia i nasze wybory integracyjne w ramach Unii Europejskiej, czy to wspierając skrajnie prawicowe partie w Europie, które zagrażają stabilności politycznej kontynentu a dodatkowo często kolaborują z Rosją, czy to uchylając się od wspierania europejskich wysiłków na rzecz obrony Ukrainy przed rosyjską agresją, czy w końcu poprzez narzędzia chaotycznej i niezmiernie surowej polityki celnej. Zwłaszcza ostatnie dni przynoszą wieści dobitnie potwierdzające nikłą troskę Trumpa o bezpieczeństwo środkowej i wschodniej Europy: prezydent USA ma szantażować nasz kontynent pozbawieniem Ukrainy resztek wsparcia, choćby w postaci możliwości zakupu amerykańskiej broni dla Kijowa przez Europejczyków na komercyjnych zasadach, a także ma domagać się przesunięcia broniących nieba nad Polską baterii Patriot na Bliski Wschód, gdzie miałyby bronić Izraela, Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty, a więc partnerów, których prezydent USA ceni naprawdę.

Tak, formalnie Trump nie może wyprowadzić USA bez ustawy Kongresu lub zgody Senatu, a na obie te rzeczy nie ma większości wśród amerykańskich parlamentarzystów. Jednak to nie izby parlamentu faktycznie realizują działania sojusznicze na jakiejkolwiek z natowskich płaszczyzn. Wszelkie instytucje oraz ludzie tym się trudniący podlegają tym czy innym departamentom władzy wykonawczej, a więc administracji Trumpa. Zanim więc spory kompetencyjne o prawo decyzji o wyjściu z NATO rozstrzygnęłyby amerykańskie sądy, arbitralne działania egzekutywy mogą w pełni przeprowadzić faktyczne, nieformalne wyjście z NATO. A, bądźmy szczerzy, obecność w sojuszu militarnym, zwłaszcza w epoce prawdopodobnego konfliktu na polskich granicach w ciągu najbliższych 50 miesięcy, to nie kwestia, której formalna strona ma znaczenie. Tutaj liczą się tylko konkrety i realia, a nad nimi kontrolę sprawuje Trump, nie Kongres. Pytanie jest więc zasadne: czy wchodzimy w końcowy etap istnienia NATO? I co w Polsce poczniemy, gdy NATO przejdzie do historii, choćby i nieformalnie?

Читать всю статью