Niedawna afera w warszawskim Szpitalu Południowym wskazuje, iż warto przyjrzeć się osobie prezydenta Warszawy. Po raz kolejny jest uczestnikiem wydarzeń, które u kogoś innego na jego miejscu spowodowałyby szybką dymisję i koniec kariery. Tymczasem teflonowy Rafał Trzaskowski robi minkę typu „ja jestem niewinny, a tu i teraz właśnie robię porządki” i być może przetrwa kolejną burzę, mimo iż jest ewidentnie współwinny. Media o nim milczą lub go bronią. Podobnie politycy z macierzystej partii, dla których jest to walka o życie.
Nawet Adam Zandberg grzmiąc z trybuny sejmowej oskarżał ministra Kierwińskiego jakby Trzaskowskiego nie było, a przecież przynajmniej teoretycznie minister spraw wewnętrznych i administracji (nawet nie minister zdrowia) jest od miejskiego szpitala dalej niż prezydent miasta bezpośrednio odpowiedzialny za funkcjonowanie podległych mu jednostek.
Do Trzaskowskiego poseł Zandberg zwrócił się dopiero podczas sesji rady Warszawy, czyli na imprezie zamkniętej dla mediów. Mamy więc tylko krótkie kawałki nagrane telefonem. Co interesujące Trzaskowski właśnie uzyskał absolutorium rady. Jakże mogłoby być inaczej, skoro członkowie rady Warszawy są równocześnie członkami rad nadzorczych spółek miejskich.
Prezydent Warszawy jest odpowiedzialny co najmniej za zaniedbania i brak nadzoru nad szpitalem miejskim, ale w rzeczywistości wiedział o wszystkim, tylko uparcie wiedzę tę od siebie odpychał. W radzie nadzorczej szpitala zasiadała wiceprezydent Warszawy Aldona Machnowska-Góra, a on o niczym nie wiedział? choćby wtedy, gdy zgłosił się do niego ówczesny ordynator chirurgii [2]. Czy ktoś w to uwierzy?
Teraz Trzaskowski bajdurzy, iż nie otrzymał formalnego zgłoszenia oficjalnym kanałem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Nie wyjaśnił, jaki to ten oficjalny kanał jest, a on sam jako bardzo zapracowany prezydent miasta tak wiele różnych wiadomości otrzymuje, iż po prostu nie jest w stanie ich wszystkich przeczytać. Powinniśmy mu współczuć, a nie go oskarżać.
Nie będę teraz więcej pisał szpitalu, gdyż sprawa się rozwija, my wiemy niewiele, a rządzący oraz uległe wobec nich media robią wszystko, aby ją zaciemnić. Zainteresowanych odsyłam do niezależnych mediów, a tutaj chcę zbadać problem ogólniejszej natury.
Co sprawia, iż ktoś taki jak Rafał Trzaskowski, człowiek całkiem pozbawiony umiejętności społecznych, zdolności przywódczych i bez cienia charyzmy oraz wiedzy merytorycznej w jakiejkolwiek dziedzinie zajmuje kolejne wysokie stanowiska i pozostaje nietknięty mimo różnych wpadek.
Kto go namaścił, iż zostaje ponownie wybrany na prezydenta Warszawy i choćby powtórnie, pomimo wcześniejszej zawinionej porażki, wystawiony do wyścigu o urząd prezydenta państwa jako najlepszy kandydat dużej ogólnokrajowej partii, której do dzisiaj mimo wszystko ciągle pozostaje wiceprzewodniczącym.
Formacja
Swoją drogę Rafał Trzaskowski zaczął w 1989 roku, zgłaszając się jako wolontariusz do kawiarni Niespodzianka przy Placu Konstytucji w Warszawie. Mieściło się tam wtedy biuro wyborcze Solidarności, w szczególności jej skrzydła związanego z Janem Lityńskim i późniejszą Unią Demokratyczną. Losy Niespodzianki proroczo wykazały umiejętności członków Solidarności, zwłaszcza Unii Demokratycznej do zarządzania czymkolwiek, gdyż w krótkim czasie udało im się doprowadzić do upadku lokal gastronomiczny świetnie funkcjonujący od lat 1950 we wspaniałym lokalu w centralnym punkcie miasta.
Unia Demokratyczna oprócz umiejętności miała szereg znakomitych, pięknie brzmiących pomysłów. Na przykład wymyślili korpus służby cywilnej. Urzędnicy służby cywilnej mieliby być chronieni przy zmianach rządów tak, aby pomimo politycznych zawirowań administracją zajmowali się nieusuwalni fachowcy. Miało to być, a jakże, bardzo europejskie, zapewnić fachowość i ciągłość administracji oraz uchronić przed politycznym podziałem stanowisk w ministerstwach. O czym już głośno nie mówiono, także uchronić wiecznych urzędników przed odpowiedzialnością.
Pomysł brzmi pięknie, ale na tym się nie kończy, bo tymi bezpartyjnymi fachowcami mieli być wyłącznie absolwenci elitarnej szkoły administracji publicznej, specjalnie powołanej w tym celu i tutaj niespodzianka przez Unię Demokratyczną. Czyli niezależnie od wyników wyborów po wsze czasy faktycznie rządziłaby Unia Demokratyczna. Misterny plan odrzucono, nie dlatego, iż został przejrzany. Po prostu powyborczy podział łupów jest dla wszystkich partii zbyt cenny, by z niego zrezygnować, więc szatański pomysł zainstalowania w Polsce głębokiego państwa nie wypalił.
Pomysłem UD, który wypalił, jest Kolegium Europejskie w Natolinie. Warszawiacy mający nadzieję, iż po przemianach 1989 roku wreszcie zobaczą park i pałac w Natolinie, srodze się zawiedli. Nowa władza błyskawicznie zawłaszczyła obiekt i ulokowała w nim kuźnię kadr mających w przyszłości realizować „projekt europejski” zastąpienia tożsamości i tradycji narodów europejskich nową świecką tradycją paneuropejskiego konsumeryzmu [3]. Park i pałac nie są dostępne dla zwykłych ludzi, ewentualne zwiedzanie jest teoretycznie możliwe od wielkiego dzwonu po przejściu biurokratycznej ścieżki.
Rafał Trzaskowski oczywiście trafił do tego elitarnego Kolegium, ale nie od razu i nie bez przygotowania. W czasach Niespodzianki i przemian politycznych wzmożoną aktywność w Polsce wykazywali amerykańscy urzędnicy i politycy, którym młody wolontariusz służył jako tłumacz i przewodnik [1].
Ciekawe, iż w tamtych burzliwych czasach politycy USA często poruszali się po Warszawie bez obstawy. Spróbowaliby dzisiaj. W Warszawie jeszcze może by się udało, ale w Berlinie, Paryżu, Sztokholmie czy Londynie już niekoniecznie.
Dzięki nabytym wtedy kontaktom zaproponowano Trzaskowskiemu stypendium w Cranbrook-Kingswood High School, gdzie w 1991 roku napisał egzamin maturalny. Ciekawe, iż Wikipedia nie mówi, czy go zdał. Może wydawać się to nic nieznaczącym epizodem, zwyczajnie chłopak miał fart, załapał się na kilkanaście miesięcy do amerykańskiego liceum i może choćby nie zdał egzaminu. Jednakże ta edukacja wywarła decydujący wpływ na drogę 18-letniego Trzaskowskiego i aby to zrozumieć powinniśmy przyjrzeć się bliżej szkole, która rozpoczęła jego formację.
W tym celu musimy przekopać się nie tylko przez obfitą stronę szkoły, ale także przez wszechobecną na niej nowomowę. Nowomowa ta jest charakterystyczna nie tylko dla tej szkoły. Spotykamy ją na stronach kolejnych placówek, które ukształtowały Trzaskowskiego. To ich cecha wspólna i znak rozpoznawczy.
Elitarna prywatna szkoła Cranbrook-Kingswood wdraża u uczniów klasyczny liberalno-postępowy model intelektualny, opakowany w ładne słowa o „krytycznym myśleniu”. Na przykład, gdy misja szkoły mówi o „społeczności ceniącej różnorodność i inkluzję”, w rzeczywistości oznacza to standardowy pakiet ideologiczny znany z jeszcze niedawnej praktyki za prezydentury Bidena: tożsamość grupowa przed indywidualną, przywilej przed zasługą.
W myśleniu absolwenci powinni przyjmować globalistyczną perspektywę. Kurs historii uczy „globalnych procesów i kontaktów między społeczeństwami”, czyli standardowego uniwersalistycznego ujęcia, gdzie wszystkie kultury są równie wartościowe, a Zachód to tylko jedna z wielu opowieści, nie ma żadnej szczególnej roli cywilizacji zachodniej. W misji szkoły piszą: przygotowujemy uczniów do rozwoju i kształtowania złożonego świata. W praktyce oznacza to wychowanie przyszłych menedżerów globalnego porządku.
Cranbrook produkuje lojalnych, wykwalifikowanych technokratów – ludzi, którzy świetnie piszą eseje, robią research i dostają się na uczelnie Ivy League, ale profil rzekomo krytycznego myślenia to klasyczna mieszanka: postępowy liberalizm, globalizm, powierzchowny krytycyzm w granicach wyznaczonych przez establishment. Prawdziwie niezależne myślenie – kwestionowanie ortodoksji politycznej, medycznej, finansowej czy medialnej – nie jest tu mile widziane, bo to nie mieści się w social accountability, które szkoła tak chętnie wymienia w swojej misji.
Po uzyskaniu matury w XI LO im Mikołaja Reja Rafał Trzaskowski studiował na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych oraz anglistykę. Wtedy równolegle trafił do Kolegium Europejskiego w Natolinie.
Symbolem Kolegium jest kampus, zamknięty teren obejmujący pałac i 120 hektarów dawnych królewskich terenów łowieckich, zielona wyspa w Warszawie. Fizyczna izolacja od zwykłych ludzi studentów żyjących w pałacach to dosłownie i metaforycznie elita zamknięta w parku, szkolona do rządzenia tymi na zewnątrz.
Kolegium nie ukrywa, iż kluczową wartością jest sieć kontaktów. Absolwenci trafiają stąd prosto do instytucji UE, FRONTEX-u, OSCE, think-tanków. To jest miejsce, gdzie zdobywa się nie tyle wiedzę, ile odpowiednie poglądy, odpowiedni adres, listę kontaktów i certyfikat prawomyślności.
Integracja europejska to religia obywatelska, której celem jest wymazanie nacjonalizmów i stworzenie nowego Europejczyka. Misja Kolegium mówi wprost: studenci mają myśleć poza granicami dyscyplin, poza uprzedzeniami. W praktyce oznacza to poza tożsamością narodową, poza suwerennością, poza jakimkolwiek sceptycyzmem wobec projektu federalnego. „Uprzedzenie” to cokolwiek, co nie jest unijną ortodoksją. Ponownie rekomenduję książkę Philippe de Villiersa [3].
Program Kolegium podobno jest „wolny od podejścia silosowego”. Brzmi ładnie, ale w praktyce oznacza to, iż nie uczą ekonomii jako ekonomii ani prawa jako prawa. Wszystko jest podporządkowane integracji europejskiej, na przykład studenci nie patrzą, czy jakaś polityka UE ma sens ekonomiczny, tylko analizują ją przez pryzmat nadrzędnego celu pogłębiania integracji.
To nie jest edukacja, ale formacja kadr dla imperium. Natolin specjalizuje się w Europie Wschodniej, Bałkanach, Kaukazie, czyli w szkoleniu kadr, które będą zarządzać strefami wpływów UE na wschodzie. Gdy piszą complex neighbourhoods, to słowo sąsiedztwo jest eufemizmem na kolonialną strefę buforową.
Oczywiste jest, iż Kolegium w Natolinie jest faktyczną kontynuacją formacji rozpoczętej w Cranbrook-Kingswood High School w Bloomfield Hills, a być może jeszcze w Marcellin College Randwick w Australii [1].
Należy tu jeszcze wspomnieć o niezwykle istotnym stypendium Open Society Foundations (OSF) na Uniwersytecie Oxfordzkim (1995-96). Otwarte Społeczeństwo to ładnie brzmiąca nazwa, ale za nią kryje się fundacja miliardera Georga Sorosa z jawnie wyrażaną misją otwierania zamkniętych społeczeństw i promowanie (znowu) krytycznego myślenia.
Krytyczne myślenie w wydaniu OSF oznacza krytykę tradycji, religii, suwerenności narodowej, ale nie samego projektu otwartego społeczeństwa, bo społeczeństwo jest tym bardziej otwarte, im bardziej odrzuca swoje korzenie i organiczne struktury.
Społeczeństwo otwarte oznacza w rzeczywistości rozbicie struktur pośredniczących między jednostką a globalnym rynkiem i instytucjami: rodziny, narodu, Kościoła, lokalnej wspólnoty, klasy. To inżynieria demograficzna, czyli masowa imigracja jako narzędzie osłabiania spójności społecznej i rozbijania rdzennego elektoratu.
Społeczeństwo otwarte nie może mieć demokratycznej większości zdolnej do samostanowienia. Kolejnym celem jest zastąpienie wybieralnych rządów siecią społeczeństwa obywatelskiego, czyli fundacji, aktywistów, think-tanków, które kształtują państwa i życie ludzi, ale nie odpowiadają przed wyborcami, tylko przed grantodawcami.
Otwarte społeczeństwo to społeczeństwo bezbronne. Otwarte na eksploatację, niezdolne do zbiorowego działania, pozbawione instytucji, które mogłyby powiedzieć nie. Otwarte na globalne przepływy kapitału spekulacyjnego, który niszczy lokalną przedsiębiorczość i uzależnia kraj od zewnętrznych wierzycieli. Pozbawione każdej tożsamości, która mogłaby stanowić opór wobec globalnego projektu.
Przypomnijmy ekonomiczne otwieranie Polski po 1989 roku przez Leszka Balcerowicza bez względu na koszty społeczne, co było rzekomo jedyną słuszną drogą. Jednakże kraje, które nią nie poszły wypadły dużo lepiej, a i ludzie w nich nie ucierpieli aż tak bardzo.
OSF finansuje stypendystów w celu rewitalizacji i reformy nauczania nauk społecznych w ich krajach pochodzenia. Czyli stypendyści wracają na uniwersytety w Europie Wschodniej, Azji, Afryce i uczą nowej ortodoksji: gender studies, postkolonializmu, krytycznej teorii rasy. Tak jak wcześniej marksizmu-leninizmu, zmiana treści, ta sama metoda.
Stypendium OSF na Oxfordzie to nie tylko pieniądze, to wejściówka do globalnej sieci wpływów. Absolwent wraca do kraju nie jako niezależny intelektualista, tylko jako certyfikowany agent „otwartego społeczeństwa” z pieczątką jednej z najstarszych instytucji establishmentu. Oxford dostaje pieniądze, OSF dostaje prestiż szacownej uczelni i legitymizację akademicką, więc jest to obopólnie korzystny układ.
Podsumowując, można stwierdzić, iż instytucje formujące Rafała Trzaskowskiego mają podstawowe wspólne cechy. Wszystkie te jednostki edukacyjne uczą, iż lojalność wobec narodu, religii, rodziny czy lokalnej kultury to uprzedzenie. adekwatną ramą jest zawsze szersza, abstrakcyjna struktura: Europa, otwarte społeczeństwo, ludzkość.
Formują wąską kastę zarządzającą, która ma rządzić masami, ale sprzedają to jako rozwój, inkluzję, wyrównywanie szans. Produktem edukacji jest jednostka przekonana o własnej wyższości nad tymi, którymi zarządza.
Absolwenci nie wracają, aby służyć istniejącym strukturom jak państwo, Kościół, lokalna społeczność, ale by je zmieniać na ideologiczną modłę. Ich zadaniem nie jest służenie społeczeństwom, z których się wywodzą, ale wdrażanie projektu europejskiego, społeczeństwa otwartego lub agendy klimatycznej. Natomiast wsłuchiwanie się w głos wyborców, odpowiadanie na ich potrzeby i odpowiedzialność przed wyborcami to jest populizm, zagrożenie, coś bardzo złego, z czym należy za wszelką cenę walczyć.
Prezydentura Warszawy
Początkowo Rafał Trzaskowski pracował jako tłumacz i nauczyciel angielskiego i te parę lat były prawdopodobnie jedynym okresem w jego życiu, gdy wykonywał pracę społecznie użyteczną. Od 2009 roku zaczęła się karuzela stanowisk, był europosłem, ministrem, posłem na Sejm RP, znowu ministrem. O jego dokonaniach na tych stanowiskach cicho.
Można doszukać się związku z jego wykształceniem, gdy był doradcą w sprawach europejskich lub szefem komisji sejmowej do spraw europejskich. Jednakże, na jakiej podstawie zostawał ministrem administracji i cyfryzacji lub agentem w sprawie klimatu? Niewątpliwie brak mu merytorycznej wiedzy, za to odbył ideologiczne szkolenia na temat źródła i wagi problemu, czyli się zna.
Podobnie bez merytorycznej wiedzy oraz jakiejkolwiek praktyki w kierowaniu dużymi organizmami i zespołami ludzkimi wystawiony został na funkcję prezydenta Warszawy. Ktoś może wskazać, iż prezydentem zostaje się w wyniku wyborów, więc skoro został wybrany, Rafał Trzaskowski musiał czymś ująć wyborców. Niekoniecznie. Powody jego wyboru są dwa.
Po pierwsze podziały, a raczej zaślepienie partyjne wśród wyborców, sprawiające, iż dużo bardziej liczy się przynależność partyjna kandydata niż to, co on sobą reprezentuje, jego kwalifikacje i wcześniejsze dokonania. Z definicji ten nasz ma rację i jest dobry, a jego przeciwnik nie ma racji i jest z piekła rodem. Niezależnie od tego, co kto zrobił i jakim jest człowiekiem. Względy merytoryczne i ludzkie są bez znaczenia. Większość wyborców w Warszawie to od lat są sympatycy Platformy Obywatelskiej, więc mamy wynik.
Po drugie dobrze umocowany kandydat ma poparcie dużych mediów, które ciągle jeszcze potrafią czynić cuda. Nie bez powodu pierwszą akcją po ponownym zdobyciu władzy przez PO było przejęcie mediów publicznych. Mając je, można było skutecznie zatrzeć niemiłe wrażenia spowodowane ich siłowym przejęciem i dalej już z górki.
Do tych powodów należy dodać brak silnego kontrkandydata, więc Rafał Trzaskowski bez problemu zostaje prezydentem miasta. Dla kogoś z poczuciem odpowiedzialności tak poważne stanowisko byłoby źródłem stresu i motywacją do ciężkiej pracy, ale nie dla Trzaskowskiego, który nieprzesadnie poświęca swój czas pracy [4]. Nie zajmuje się sprawami miasta i potrzebami jego mieszkańców, ograniczając do ideologicznego nadzoru i narzucania rozwiązań wymyślonych w innych celach i gdzie indziej. Zatem może byłoby lepiej, gdyby zapomniał o Warszawie i tylko pobierał pensję?
Jeśliby ktoś pomyślał, iż w momencie przyjęcia prezydentury Warszawy ustały kontakty Trzaskowskiego z globalistycznymi strukturami, to bardzo by się pomylił. Prawdopodobnie już jego poprzedniczka HGW zgłosiła akces Warszawy do organizacji C40. Jest to globalna sieć prawie 100 metropolii, która formalnie zajmuje się walką ze zmianami klimatu. Skupia miasta reprezentujące łącznie około 920 milionów ludzi i 23% światowej gospodarki.
Założona została w 2005 roku, finansowana jest głównie przez prywatną fundację Bloomberg Family Foundation. W praktyce C40 jest platformą, przez którą globalistyczne elity i wielki kapitał narzucają miejskim agendom radykalne polityki bez demokratycznego mandatu i wbrew interesom mieszkańców. Rekomendacje C40 mówią same za siebie:
Radykalne ograniczenie ruchu samochodowego w miastach — zwężanie dróg, strefy Tempo 30, strefy czystego transportu.
Ograniczenie konsumpcji — zmniejszenie liczby kupowanych ubrań, sprzętów domowych itp., kontrola stylu życia obywateli.
Zmiana nawyków żywieniowych — redukcja spożycia nabiału i mięsa, docelowo do zera, zastąpienie białka zwierzęcego roślinnym lub z owadów.
Miasta 15-minutowe jako cel dalekosiężny — ograniczanie możliwości przemieszczania się mieszkańców do wydzielonych stref.


To nie są luźne sugestie. To scentralizowane sterowanie każdym aspektem życia miejskiego pod przykrywką ratowania klimatu. Mechanizm klasyczny: globalne elity ustalają cele, a lokalni politycy wdrażają je metodami nakazowo-przymusowymi.
Trzaskowski aktywnie uczestniczy w działaniach C40, mimo iż to nie on spowodował akcesję Warszawy. I tu zaczynają się tajemnice. Według strony C40 Warszawa jest członkiem od 2007 roku. W tamtym czasie prezydentem miasta była Hanna Gronkiewicz-Waltz (rządziła od 2006 do 2018). Logicznym domysłem byłoby, iż to ona podjęła decyzję o przystąpieniu.
Jednakże w 2023 roku, podczas posiedzenia komisji samorządowej Rady Warszawy, wyszło na jaw, iż nie istnieje żadna uchwała Rady Warszawy w sprawie wstąpienia do C40. Miejscy urzędnicy nie potrafili odnaleźć żadnego dokumentu, na podstawie którego Warszawa jest członkiem tej organizacji. W związku z tym nie wiadomo, czy to była decyzja prezydenta, czy może jakieś ciche porozumienie administracyjne. Podobnie wiadomo, iż Warszawa ponosi koszty członkostwa, ale brak przejrzystości co do ich wysokości.
Warszawa od dwóch dekad jest członkiem międzynarodowej organizacji narzucającej radykalne polityki miejskie, ponosi z tego tytułu koszty (składki, delegacje), a nikt nie jest w stanie wskazać aktu prawnego, który by to legitymizował. Mamy do czynienia z klasycznym przykładem działania administracji poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą.
Trzaskowski kontynuuje i pogłębia ten stan, lata na koszt C40, wdraża ich agendę, a warszawiacy choćby nie wiedzą, na jakiej podstawie prawnej ich miasto w tym wszystkim tkwi. Bez demokratycznego mandatu, bez przejrzystości, za to z pełnym entuzjazmem do ograniczania wolności pod szyldem zielonej transformacji.
Przykładów działania przeciwko interesom Warszawy i jej mieszkańców jest tak wiele, iż nie sposób je wszystkie wymienić i opisać, tym bardziej iż często sprzedawane są w propagandowej otoczce jako coś, czego są przeciwieństwem, więc każdy przypadek wymaga dokładnej i krytycznej analizy.
Tramwaje warszawskie jako broń urbanistyczna
Przyjrzyjmy się zatem dokładniej tylko niezwykle kosztownej i utrudniającej życie warszawiakom rozbudowie sieci tramwajowej. W propagandzie robionej za nasze pieniądze pokazują kolorowe obrazki i przekonują nas o wspaniałości tego XIX wiecznego rozwiązania. Jednak prawda jest inna. Oto skrócona lista wad tramwaju jako środka komunikacji miejskiej, o których boleśnie zdążyli przekonać się mieszkańcy Warszawy.
Brak elastyczności trasy. Tramwaj jest przywiązany do szyn, więc nie omija korków, wypadków, protestów ani remontów. Autobus może zmienić trasę, ale tramwaj stoi i blokuje, albo jeździ tam, gdzie zapotrzebowanie jest niewielkie.
Katastrofalna podatność infrastruktury. Wykolejenie, zerwanie trakcji, awaria zwrotnicy — i cały ciąg stoi. Jedna usterka lub wypadek na skrzyżowaniu paraliżuje 3-4 linie naraz, podczas gdy zepsuty autobus po prostu zjeżdża na bok. Znają to dobrze wszyscy regularnie korzystający z tego środka transportu.
Koszt budowy jest absurdalny. Kilometr nowej linii tramwajowej z infrastrukturą to dziesiątki milionów złotych. Za te pieniądze można kupić flotę autobusów, choćby elektrycznych i postawić im zajezdnię. Trzaskowski pompuje miliardy w tory, zamiast w rozwiązania elastyczne i skalowalne mogące służyć w przyszłości zmieniającemu się miastu.
Sztywność urbanistyczna. Brak możliwości aktualizacji. Raz położone tory zamrażają rozwój miasta na dekady. Zmienia się demografia, charakter poszczególnych dzielnic, powstają nowe osiedla, a szyny zostają tam, gdzie były. To betonowanie przestarzałej wizji miasta.
Hałas i drgania. Tramwaje na łukach potrafią wyć tak, iż w promieniu 200 metrów nie da się otworzyć okna. Budynki przy trasach tramwajowych są tańsze nie bez powodu, gdyż drgania niszczą konstrukcje, a hałas dobija mieszkańców. Gdzie tu eko?
Modernizacja to koszmar. Remont torowiska to miesiące wyłączeń, objazdów i chaosu. Przy autobusie wymieniasz asfalt w weekend. Przy tramwaju rozkopujesz pół dzielnicy na 6 miesięcy. Koszty są przeraźliwe. Właśnie dzieje się to teraz w dużej części Warszawy.
Kolizje z pozostałymi uczestnikami ruchu, pieszymi i rowerzystami. Tramwaj nie hamuje jak autobus — droga hamowania przy 40 km/h to kilkadziesiąt metrów. To dlatego pojazd szynowy ma pierwszeństwo, choćby przed rowerzystą, czego niektórzy z nich nie są w stanie zrozumieć.
Efektem jest sztuczne dławienie przepustowości. Tramwaj nie jest wydajniejszy ani wygodniejszy, ale odebranie pasów samochodom i autobusom wymusza przesiadkę. To inżynieria społeczna przebrana za politykę transportową. Ulica staje się wąskim gardłem. Wszędzie tam, gdzie wciśnięto torowisko, samochody duszą się na jednym pasie, a tramwaj wiezie 30 osób.
Po bliższym przyjrzeniu się można dostrzec, iż te negatywne skutki są zamierzone, gdyż tramwaje w istocie są strategiczną bronią w walce z samochodami. Wydzielone torowisko fizycznie odcina dwa pasy ruchu na każdej arterii. Tam, gdzie kiedyś jechały samochody na trzech pasach, teraz sunie jeden tramwaj co 10 minut, a obok stoi korek. W sytuacjach awaryjnych zjazd na przeciwległy pas staje się niemożliwy.
Powinniśmy wiedzieć, iż utrudnianie życia kierowcom jest celowe. Trzaskowski nie ukrywa, iż chce wypchnąć samochody z centrum, a w przyszłości z miasta. Tramwaj to idealne narzędzie, gdyż raz położonych szyn nie ruszy żaden następny prezydent, więc pasy dla aut znikają na zawsze.
Do tego szalona idea obsadzania torowisk drzewami. Bezskutecznie sprzeciwiali się temu tramwajarze, bo w czasie wiatrów lub szadzi gałęzie niszczą trakcję i potem utrudniają jej naprawy. Liście spadające na tory jesienią dramatycznie wydłużają drogę hamowania i mogą spowodować zawieszenie kursowania całych linii, a miejsca na komunikację zastępczą brak.
Obsadzanie torowisk drzewami to w rzeczywistości jeszcze jedna metoda zabetonowania koncepcji realizowanej przez Trzaskowskiego. Oprócz trudności technicznych i kosztów likwidacji raz położonych torowisk powstaje jeszcze jedna bariera w postaci konieczności usunięcia drzew oraz uzyskania na to zgody.
Wszystkie nowe lub niedawno remontowane warszawskie torowiska są podwyższone, z wysokimi krawężnikami oddzielającymi je od jezdni. Do tego dochodzi absurdalny w naszych warunkach klimatycznych pomysł zielonych torowisk. Nie na wiele zdały się postulaty warszawskiej stacji Pogotowia Ratunkowego na Hożej, aby umożliwiono karetkom jazdę po torowisku. Ostatecznie pozostawiono dostępny maleńki kawałek na Marszałkowskiej przy samej Hożej.
Torowisko to broń urbanistyczna, która wpisuje się idealnie w ideologiczną niechęć do samochodu, która od lat dominuje w stołecznym ratuszu. Nie chodzi o transport, chodzi o kontrolę nad tym, jak i gdzie się poruszasz.
Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to powinien zauważyć toczoną równolegle wojnę z miejscami parkingowymi. Każdy remont, najmniejsza choćby modernizacja ulic niesie ze sobą likwidację miejsc parkingowych. Zlikwidowano je choćby w pobliżu Filharmonii Narodowej. Muzycy z instrumentami mają do dyspozycji tramwaje.
Propaganda i aktywiści często twierdzą coś przeciwnego, piszą „przy okazji inwestycji powstanie X miejsc parkingowych”, zapominając, iż przedtem było ich wielokrotnie więcej. Najnowszym przykładem jest „rewitalizacja” bardzo już teraz witalnej ulicy Grzybowskiej.
Parkingi likwidowane są nie tylko w centrum Warszawy. Akcja dotyczy również dzielnic i osiedli peryferyjnych, gdzie opróżniające się w ciągu dnia parkingi umożliwiały przesiadkę na komunikację miejską osobom dojeżdżającym z okolic Warszawy. Obiecane parkingi P+R jakoś nie powstają.
Do tego dochodzi kompulsywne zwężanie ulic. Bez powodu, po prostu taki kaprys. Kolejną ofiarą ma być ulica Krucza, bo tak się władcy spodobało, a historyczny charakter tej ulicy nie ma tu nic do rzeczy. Tak samo bez znaczenia są protesty mieszkańców i przedsiębiorców. Według Trzaskowskiego, o ile na ulicy są po dwa pasy ruchu w jedną stronę, to jest autostrada i należy ją zwęzić. Tymczasem na ulicy przelotowej te dwa pasy to jest absolutne minimum zapewniające możliwość dojazdu służb w razie awarii itd.
Oczywiście tramwaje mają swoje miejsce w systemie komunikacji miejskiej, ale tu chodzi o przymusowe wprowadzanie wszędzie, bez analiz sensowności, bez debaty i konsultacji społecznych oraz rozważenia alternatyw.
Warszawiacy i niezależni eksperci nie mają nic do powiedzenia w sprawach miasta i forsowane są jedynie słuszne wizje Trzaskowskiego, a raczej jego mocodawców. W sprawie tramwajów ani budowy konkretnych linii nie było żadnej debaty. Natomiast rozwiązań alternatywnych jest kilka. Po pierwsze autobusy. Mogą być na gaz lub prąd, więc argumenty o zatruwaniu nie mają już podstaw.
Możliwe są inne znane od lat i sprawdzone rozwiązania, których nikt nie rozważa. Na przykład trolejbusy. Nowoczesny trolejbus łączy zalety tramwaju i autobusu, eliminując wiele wad tramwajów. Został systemowo wypchnięty z myślenia urbanistycznego głównie dlatego, iż nie daje okazji do wielomiliardowych kontraktów na szyny i torowiska.
Przewagi trolejbusu nad tramwajem:
Tańsza infrastruktura o rząd wielkości. Trakcja na słupach to ułamek kosztu torowiska. Żadnych wykopów, żadnego utwardzania podłoża pod torowiska, żadnych zwrotnic. Kilometr linii trolejbusowej kosztuje kilkanaście procent kosztów linii tramwajowej.
Omija przeszkody. Dzięki uchylnym pantografom i akumulatorom trakcyjnym trolejbus może zjechać z sieci i ominąć wypadek, remont czy protest. Tam, gdzie tramwaj stoi, trolejbus jedzie.
Cichy i płynny. Napęd elektryczny bez metalowego kontaktu koła z szyną. Zero wycia na łukach, zero drgań przenoszonych na budynki. Elektryk na gumowych kołach.
Szybszy montaż lub demontaż. Sieć trakcyjną rozwiesza się lub zdejmuje w tygodnie, a nie w miesiące. Nie rozkopuje się ulic na lata.
Elastyczność. Dzięki akumulatorom trakcyjnym trolejbusy mogą w tej chwili znaczną część trasy pokonywać jako autobusy elektryczne. Tam, gdzie jest trakcja, są z niej zasilane i doładowywane podczas jazdy. To znacznie zwiększa zasięg i odporność na niskie temperatury w porównaniu do autobusów elektrycznych. Eliminuje również część wad trolejbusów jak na przykład trudności z krzyżująca się trakcją (trolejbus wymaga dwóch przewodów).
Co najważniejsze, trolejbusy mogą współistnieć z innym transportem drogowym, nie wymagają wydzielonej niedostępnej dla innych części drogi.
Wyobraźmy sobie budowę linii trolejbusowej do Wilanowa zamiast tramwajów. Brak rozkopanego na prawie 3 lata miasta, korków, pozwężanych ulic. W wielu miejscach po prostu z dnia na dzień pojawiłaby się trakcja, a trolejbusy mogłyby kursować jeszcze przed zakończeniem całości. Zamiast 790 mln złotych kosztowałoby to tyle, co trakcja, czyli 100-150 mln, a cała inwestycja trwałaby kilka miesięcy.
Trolejbusy mają też wielkie wady. Nie zarobi na nich wielkie lobby od budowy torowisk i przebudowy całych ulic. Trzaskowski nie przetnie wstęgi z takim rozmachem jak na nowej linii tramwajowej za 200 baniek.
W tak istotnej sprawie wpływającej na rozwój miasta przez kolejne dekady i potężnie obciążającej budżet miasta na długie lata warszawiacy nie mają nic do powiedzenia. Nie było wątpliwości, analiz ani debaty. Po prostu tak zdecydował jaśnie pan i tak ma być. Taki jest styl rządzenia Warszawą.
Trzaskowski bardzo lubi wielkie widoczne inwestycje, gdzie ekologicznie leje się tysiące ton betonu. Stąd jego upodobanie do tramwajów, ale nie tylko. Można w ten sam sposób budować parki, nie zważając na protesty i opinie, za to dając zarobić wybranym.


Parki i skwery są w istocie kolejną bronią urbanistyczną, a ich realizacja odbywa się często wbrew protestom mieszkańców. Propaganda powtarza: Warszawa miastem zieleni, miastem wolnego czasu, Warszawa miastem wypoczynku. Czy daje się z tego żyć? pozostało kilkaset tysięcy warszawiaków pracujących tutaj i płacących podatki. To oni utrzymują miasto, urzędników i samego Trzaskowskiego, ale nie mają głosu.
Zamiast wsłuchiwania się w głos warszawiaków stosowane są wyrafinowane sposoby jego tłumienia. Po pierwsze nieustanny gwar entuzjastycznych głosów oficjalnych mediów i uprawianej za nasze pieniądze miejskiej propagandy skutecznie zagłusza krytykę. o ile w mediach pojawia się jakakolwiek krytyka Trzaskowskiego, to pochodzi ona ze strony ekstremistycznych grup i bojówek w rodzaju Miasto jest Nasze, które atakują prezydenta miasta za zbyt łagodną ich zdaniem walkę z samochodami.
Drugim sposobem jest finansowanie za pośrednictwem grantów miejskich, ministerialnych czy europejskich różnego rodzaju komórek społeczeństwa obywatelskiego, które w przestrzeni publicznej i mediach społecznościowych gloryfikują działania Trzaskowskiego oraz zagłuszają, wyśmiewają i na różne sposoby torpedują protesty mieszkańców. W związku z tym głos zwykłych mieszkańców miasta zupełnie się nie liczy. Do tego należy dodać odchylenie partyjne, gdzie każdy głos krytyki Trzaskowskiego jest odbierany jako polityczne poparcie politycznych przeciwników PO.
„Konsultacje społeczne” są często tak zaprojektowane, iż biorą w nich udział głównie aktywiści, gdyż zwykły mieszkaniec pracujący na etacie nie ma czasu ani zasobów, żeby śledzić i kontestować każdą uchwałę. W związku z tym o poparcie mieszkańców Warszawy starać się nie potrzeba. Do tego stopnia, iż w mieście z prawie 2 milionami stałych mieszkańców (1,86 mln na koniec 2023 roku) istnieją tylko 4 punkty Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Za pieniądze wydane przez miasto na śmieciową propagandę można by utworzyć kilka kolejnych PSZOKów, ale po co?
Ktoś może uznać moją niechęć do Trzaskowskiego za umotywowaną politycznie. Zatem dokładam opinie innych i garść faktów.
Portal https://demagog.org.pl/osoba/rafal-trzaskowski/ podsumowuje: 39 wypowiedzi prawdziwych, 4 częściowo prawdziwe, 27 fałszów, 15 manipulacji, 4 nieweryfikowalne, czyli fałsz i prawda po równo. choćby wtedy, gdy fakty daje się łatwo zweryfikować, co szkodzi chlapnąć coś ładnie brzmiącego.
Portal Demagog jest formalnie apolityczny. Deklaruje bezstronność, ale jego finansowanie to granty od UE, Fundacji Batorego, Open Society Foundations. jeżeli mają skrzywienie, to raczej w stronę liberalno-globalistyczną, a nie konserwatywną. Czyli bardziej prawdopodobne, iż są po stronie środowiska Trzaskowskiego, niż przeciw niemu, a mimo to tak go wypunktowali.
Marszałkowska 66. Trzaskowski podpisuje zarządzenie o sprzedaży 43 mieszkań komunalnych bez konsultacji, bez zgody rady, po tym, jak lokatorów wysiedlono pod pretekstem rewitalizacji. Gdy aktywiści pokazują dokument z jego podpisem i mówią „skłamał, twierdząc, iż decyzja nie zapadła” — nie odpowiada merytorycznie. Ratusz wydaje komunikat. Mamy łańcuch decyzji, które wymagają podpisów, dokumentów, procedur i które są sprzeczne z publicznymi deklaracjami. https://wiadomosci.onet.pl/wybory/wybory-prezydenckie/marszalkowska-66-problemem-dla-rafala-trzaskowskiego-ratusz-tlumaczy/rv0ejy7
Rodzina z 6-letnim dzieckiem przekroczyła próg dochodowy o 200 zł. Miasto składa pozew o eksmisję. Sprawa staje się publiczna. Podczas debaty prezydenckiej, Trzaskowski oświadcza: Decyzja została wstrzymana. Nie będzie żadnej eksmisji. Tymczasem pozew utrzymano w mocy i rozprawa się odbyła. https://dorzeczy.pl/kraj/733221/trzaskowski-klamal-decyzja-dot-eksmisji-rodziny-z-6-latkiem-nie-zostala-wstrzymana.html
Takich dowodów na to, iż dla Trzaskowskiego zwykli ludzie nic nie znaczą, można zaleźć więcej.
Wybory na Prezydenta RP
To obyczaj dzisiejszych czasów, iż na najważniejsze stanowiska wysuwa się ludzi takich jak Trzaskowski, bez merytorycznej wiedzy z jakiejkolwiek dziedziny i bez praktyki zawodowej. Za to ukształtowanych przez elitarne ośrodki dla namaszczonych liderów i popieranych przez globalną sieć wpływów.
Można zostać prezydentem stołecznego miasta, nie interesując się jego potrzebami i bez doświadczenia w kierowaniu jakimkolwiek większym organizmem. Można też zostać wystawionym przez dużą ogólnopolską partię do kandydowania na urząd Prezydenta RP, będąc niesympatycznym gościem pozbawionym umiejętności społecznych i bez poczucia przynależności do wspólnoty, którą ma się reprezentować, ale za to z wybujałym poczuciem wyższości wobec zwykłych ludzi.
Nie warto się rozwodzić nad przebiegiem wyborów ani niedawnych, gdy Trzaskowski przegrał z mało znanym wcześniej Nawrockim, ani tych z 2020 roku, gdy przegrał z Andrzejem Dudą, który nie był najlepszym prezydentem, delikatnie mówiąc. Za każdym razem zwraca uwagę rozdźwięk pomiędzy zapowiedziami, analizami ekspertów i ostatecznym wynikiem. Za każdym razem mamy doraźne kłamstwa Trzaskowskiego bez przejmowania się faktami.
Wzorzec jest jasny: im bliżej kampanii prezydenckiej, tym bardziej Trzaskowski chowa swoje globalistyczne zaangażowanie pod dywan, podobnie jak robi to Tusk w sprawach europejskich. Na szczytach popierają radykalną agendę klimatyczną, masową imigrację, traktat pandemiczny itp. a w kraju udają, iż C40, Komisja Europejska, ONZ nic nikomu nie mogą kazać. Klasyczna dwulicowość polityków, którzy mówią swoim wyborcom to, co chcą usłyszeć, a na międzynarodowych salonach podpisują się pod czymś zupełnie innym.
Do tego dochodzi całkowity brak poczucia odpowiedzialności za własne działania. Kiedy Trzaskowski przegrał wybory w 2020, ogłosił zwycięstwo, zanim pojawiły się oficjalne wyniki. W 2025 zrobił tak samo. Potem poszedł spać, pozostawiając swój sztab wyborczy z porażką.
Po drugiej prezydenckiej przegranej w 2025 roku Trzaskowski stwierdził publicznie, iż przyczyną porażki była jego zbyt duża elokwencja. Nie zaszkodziły jego zachowania, błędy strategiczne w kampanii, ani choćby nie przekaz, który był zbyt arogancki. On po prostu jest za mądry dla wyborców. Mamy podręcznikowy przykład niezdolności do samokrytyki i przekonania o własnej wyjątkowości. choćby liberalni sympatyzujący z PO-KO dziennikarze jak Agnieszka Woźniak-Starak czy Tomasz Lis skomentowali to bezlitośnie: Przegrał nie dlatego, iż był zbyt elokwentny, tylko dlatego, iż jest zbyt arogancki. [5]
Konkluzja
Przyznaję, iż pomyliłem się, opisując kiedyś Rafała Trzaskowskiego jako absolwenta Szkoły Młodych Globalnych Liderów Światowego Forum Ekonomicznego (YGL WEF). Zmyliły mnie jego kontakty z tą instytucją, udział w C40 oraz poglądy, sposób myślenia i działania. Jak widać, analogiczną formację zapewnia wiele globalistycznych ścieżek, więc z pewnością Rafał Trzaskowski nie jest jedyną osobą na polskiej scenie politycznej wychowaną w tym duchu, niezależnie od konkretnego curriculum. Powinniśmy dobrze o tym pamiętać przy kolejnych wyborach, odsuwając takich ludzi od wpływu na nasz los.

Patrząc na działania Trzaskowskiego, dostrzegamy takie charakterystyczne cechy osobowości jak poczucie wyższości, patologiczne kłamstwo, brak wyrzutów sumienia, instrumentalne traktowanie ludzi i pasożytniczy styl funkcjonowania. Dobrze się więc stało, iż Rafał Trzaskowski nie został Prezydentem RP, niezależnie od naszej oceny jego przeciwnika, który objął tę funkcję.
Ponadto lojalność Trzaskowskiego, o ile istnieje, nie jest związana ani z Warszawą i warszawiakami, ani z Polską i Polakami. Ukształtowany został przez środowiska i instytucje, dla których nasza historia i tradycje są uprzedzeniami, które się zwalcza, natomiast nasze interesy to partykularyzmy mające ustąpić przed wielkim projektem Unii Europejskiej, a potem rządu światowego. Nasz kraj i jego mieszkańcy dla takich ludzi są przeszkodą do pokonania lub zasobem do optymalizacji i wykorzystania, a na pewno nie celem ani wartością wartą ochrony.
Dziękuję za lekturę Substacka Jacka! Subskrybuj za darmo, aby otrzymywać nowe posty i wspierać moją pracę
[1] Angielski Rafała Trzaskowskiego był dobrze wyszlifowany po pobycie w 1987 roku w Australii w Marcellin College Randwick. To katolicka szkoła, która uczy bycia postępowym obywatelem z katolicką estetyką. Esencja katolickiej doktryny, z naciskiem na grzech pierworodny, osobistą odpowiedzialność moralną, hierarchię wartości i niepopularne dziś stanowiska – jest tu rozwodniona do sprawiedliwości społecznej, empatii dla marginalizowanych i tworzenia lepszego świata.
[2] Kalendarium
Czerwiec 2025 – ordynator chirurgii zgłasza nieprawidłowości ówczesnej dyrektor szpitala Annie Łukasik oraz członkowi rady nadzorczej. Bez reakcji.
Czerwiec 2025 – ordynator kontaktuje się z Trzaskowskim przez komunikator internetowy, prosząc o osobiste spotkanie. Trzaskowski odmawia, prosi o informację na piśmie.
19 lipca 2025 – ordynator przekazuje Trzaskowskiemu pisemną informację, w której wskazuje m.in. na to, iż Dawid Kacprzyk – będąc dopiero na pierwszym roku specjalizacji – został faktycznie dopuszczony do zarządzania Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym. W piśmie ordynator przewiduje też, iż niedługo zostanie zwolniony.
22 września 2025 – ordynator zostaje zwolniony z pracy. Oficjalny powód: zaległości w sprawozdaniach do NFZ (część z nich dotyczyła okresu sprzed objęcia przez niego oddziału).
Obecnie ordynator Dr Emil Jędrzejewski jest przesłuchiwany przez prokuraturę, która stara się uczynić go współwinnym. Podobnie działają związane z KO media, na przykład Gazeta Wyborcza zarzucająca mu brak wcześniejszego zgłoszenia i rzekome nieprawidłowości w jego pracy, dążąc do podważenia jego wiarygodności.
[3] Bardzo dobrze opisuje „projekt europejski” i jego źródła książka wieloletniego uczestnika wydarzeń na najwyższych szczeblach Philippe de Villiersa zatytułowana Kiedy opadły maski.
[4] Grzegorz Sroczyński o Trzaskowskim
















![Chełm. W ubiegłym tygodniu odeszli od nas... [5-7-2026]](https://static2.supertydzien.pl/data/articles/xga-4x3-chelm-w-ubieglym-tygodniu-odeszli-od-nas-28-6-2026-1783208342.jpg)

![„Zmarł, bo nikt nie zapukał”. Wałbrzyski MOPS przypomina o bardzo ważnej kampanii! [VIDEO ROZMOWA]](https://dziennik.walbrzych.pl/wp-content/uploads/2026/07/TELEDYSK_29.webp)



