Mają być żywym „sensorem”, który dostarczy precyzyjne informacje o celu dla artylerii, myśliwców i śmigłowców. Obserwatorzy ognia, mimo rozwoju rozpoznania dronowego, wciąż pełnią niezwykle istotną funkcję na współczesnym polu walki. W Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej właśnie zakończyła się pierwsza edycja kursu obserwatorów ognia według nowego programu.
Do szkolenia w CSWOT przystąpiło kilkunastu żołnierzy z brygad obrony terytorialnej z całej Polski. Był to pierwszy kurs obserwatorów ognia realizowany według nowej formuły. – Połączyliśmy w jedno elementy dotychczasowych dwóch kursów – dla obserwatorów ognia artylerii oraz na potrzeby bezpośredniego wsparcia lotniczego. Dzięki temu w tej chwili żołnierz, który zaliczy dwutygodniowe szkolenie, zyska lepszą podstawę, by w przyszłości uzyskać dalsze uprawnienia, czyli na tzw. JFO (Joint Fires Observer) – obserwatora ognia połączonego, którego zadaniem jest wyszukiwanie celów oraz wzywanie i koordynowanie wsparcia ogniowego z różnych źródeł platform równolegle – zarówno artylerii lądowej, jak i lotnictwa czy śmigłowców bojowych, we współpracy z tzw. JTAC, czyli wysuniętym nawigatorem naprowadzania lotnictwa – tłumaczy por. Sylwester Pawlak, szef zespołu rozpoznania i wsparcia ogniowego w Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej w Toruniu.
„Sensor” celów
Kim jest obserwator ognia? Mówiąc najprościej: jest to zakamuflowany żołnierz, na ukrytym posterunku obserwacyjnym, który dzięki lornetki wyszukuje cele w zadanym sektorze obserwacji, przy wykorzystaniu dalmierza i mapy określa ich koordynaty, rozpoznaje kategorię sprzętu i jego liczebność, a w zależności od misji również opisuje otoczenie celu. Następnie dane te przekazuje do punktu kierowania ogniem dywizjonu lub – jeżeli chodzi o lotnictwo – do JTAC-a, który z kolei łączy się z pilotem i koordynuje ataki z powietrza. W przypadku użycia śmigłowców bojowych obserwator ognia ma możliwość samodzielnego połączenia bezpośrednio z pilotem śmigłowca i przekazania mu informacji o celu.
– Oczywiście na współczesnym polu walki często tego typu informacje dostarcza dron rozpoznawczy, który w zależności od technologii dokona obliczeń, poda koordynaty celu itp., a obraz ze streamingu jest cały czas przekazywany na stanowisko dowodzenia. Mimo to jednak funkcja obserwatora jest niezbędna, choćby w sytuacji, gdy tego drona zabraknie, np. zostanie on zniszczony wskutek działań bojowych. Wtedy żołnierz sam musi wygenerować koordynaty, obliczyć poprawki czy zameldować o skutkach rażenia – tłumaczy por. Pawlak.
Jak wyjaśnia oficer, kurs, który zakończył się właśnie w CSWOT, nie obejmował takich zagadnień jak planowanie, wybór miejsca i organizacja posterunku obserwacyjnego, maskowanie, wykorzystanie radiostacji itp. – Są to umiejętności, które żołnierz powinien nabyć w trakcie szkolenia w brygadach. Naszym zadaniem jest kształcenie w zakresie nauki procedur, odpowiedniego składania meldunków itp. Kluczowa w funkcji obserwatora ognia jest również komunikacja. Musi on przekazać precyzyjną i zrozumiałą informację o celu – tłumaczy szef zespołu rozpoznania i wsparcia ogniowego w Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej w Toruniu.
Pierwszy tydzień zajęć w CSWOT poświęcony był naprowadzaniu ognia artylerii. W drugim tygodniu terytorialsi szkolili się z procedury wsparcia śmigłowcowego oraz współpracy z JTAC w bezpośrednim wsparciu lotniczym. Zajęcia odbywały się zarówno z wykorzystaniem symulatorów, jak i w terenie – na poligonie w Kijewie pod Toruniem, a także w samym mieście. – Uczestnikom wskazywano cele, następnie przy użyciu mapy, lornetki i dalmierza mieli określić jego koordynaty. W ramach ćwiczeń w terenie miejskim żołnierze wykonywali zadania z budynków. Przyjęliśmy, iż przeciwnik wdarł się do miasta i obserwator musi wezwać wsparcie artylerii. Przy procedurze Call for Fire, zgodnie ze standardem NATO, jeżeli obserwator nie posiada sprzętu odpowiedniej klasy, podaje się koordynaty celu z dokładnością do 100 m. Oczywiście zdarzają się pomyłki. W naszym przypadku na egzaminie końcowym akceptowalną granicą była pomyłka maksymalnie o 250 m – wyjaśnia oficer.
Ogień z ziemi i powietrza
Porucznik Pawlak zwraca uwagę na istotne różnice w specyfice działania obserwatorów ognia dla artylerii i tych, którzy wykonują takie zadania dla lotnictwa. – Artyleria nie musi widzieć i nie widzi celu z odległości kilkunastu czy kilkudziesięciu kilometrów, więc obserwator musi zameldować położenie celu, a opis musi być krótki i konkretny: przede wszystkim z podaniem, co jest celem, jego rozmiar, liczebność czy stopień ukrycia, żeby dobrać odpowiednią trajektorię oraz kombinację zapalnika i amunicji. Natomiast pilot musi ten cel zobaczyć, więc chodzi nie tylko o dokładne współrzędne i opis samego celu, ale także o to, co znajduje się w jego otoczeniu, charakterystyczne elementy, odległości, zorientowanie itp. – wyjaśnia oficer.
Najważniejsza różnica tkwi jednak w procedurze. Obserwator ognia, przy naprowadzaniu samolotów bojowych, przekazuje swój meldunek tzw. JTAC-owi, czyli wysuniętemu nawigatorowi naprowadzania lotnictwa, i dopiero on przekazuje informacje o celu pilotowi maszyny. – JTAC koordynuje całość działań z powietrza i nie tylko, zgrywa to także np. z ogniem artylerii. Jego funkcja jest bardzo ważna, po prostu jest to zbyt cenny żołnierz, by wypuszczać go w teren, on działa bliżej stanowiska dowodzenia, a jego „oczami” jest właśnie obserwator – tłumaczy por. Pawlak.
Od ognia do ognia połączonego
Dwutygodniowy kurs obserwatorów ognia zakończył się egzaminem teoretycznym i praktycznym przeprowadzonym na symulatorach. – W części teoretycznej sprawdzaliśmy wiedzę z trzech procedur: wezwania wsparcia ogniowego artylerii, wsparcia śmigłowcowego i bezpośredniego wsparcia lotniczego. Na egzaminie praktycznym egzaminowany wykonywał natomiast zadania na symulatorze. Miał kilka celów i musiał użyć adekwatnej procedury do odpowiedniego celu – opisuje oficer.