Naftowa dyplomacja kanonierek

myslpolska.info 8 часы назад

Amerykańskie helikoptery nadleciały nad tankowiec z wenezuelską ropą MT Skipper i Navy SEALs na linach desantowali się na pokład, przebiegli z automatami do mostku kapitańskiego i opanowali statek.

Ciężko nie było, nieliczne (20-25 osób) załogi takich tankowców nie są uzbrojone i od razu się poddają – czy to somalijskim piratom, czy amerykańskim siłom specjalnym. To było 10 grudnia, później podobny los spotkał kilka innych tankowców. Z Marinerą (wcześniej Bella 1 – ta flota cienia zmienia nazwy jak rękawiczki) było trochę zabawy. Gdy w grudniu płynęła do Wenezueli po ropę, nie podporządkowała się żądaniom straży granicznej USA i uciekła na otwarty ocean. Zmieniła flagę na rosyjską, gdyż wydawało się iż uchroni ją to przed długą ręką amerykańskiej jurysdykcji.

Jednak po dwóch tygodniach ten ścigany, pomimo zimowych burz i sztormów, przez amerykański okręt na otwartych wodach Atlantyku, pusty tankowiec opanowany został przez Morskie, Powietrzne i Lądowe Siły Specjalne Marynarki Wojennej USA. Bohaterska akcja „fok” – desant z użyciem licznych helikopterów przeciwko nieuzbrojonym marynarzom zakończyła się sukcesem dopiero u wybrzeży brytyjskich. I to przy wydatnej pomocy dawnej władczyni mórz i oceanów (Rule, Britannia! rule the waves!). Ale dzisiaj kto inny rządzi na morzu, a to piractwo oficjalnie określa hasłem „America first at sea”.

Na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt dyplomacji kanonierek w wydaniu naftowym. Oficjalnie prezydent Trump na własnym, prywatnym Twitterze (Truth Social) ogłosił „totalną blokadę morską dla wszystkich tankowców objętych sankcjami” dopiero 16 grudnia, gdy już gdy rozmieszczono okręty US Navy u wybrzeży Wenezueli. Blokada morska jest uznawana przez prawo międzynarodowe za akt wojny. Ale co tam jakieś prawo, sypie się ono w gruzy, gdyż potęgi, które kiedyś je stworzyły, dążą do zmiany układu sił. Tak jak Rosja nie chce już być pokonanym w Zimnej Wojnie mocarstwem, spychanym wciąż dalej na wschód, tak i Ameryka, rezygnując z ustanawiania globalnego ładu liberalnego, uważa zachodnią półkulę nie tylko za swoją strefę bezpieczeństwa, ale za swoją własność.

Ta naftowa wersja ma swoje korzenie w XIX-wiecznych praktykach Europy i Ameryki. Używały one swojej morskiej potęgi, by samą jej demonstracją zmusić ofiarę do przyjęcia warunków silniejszego, a jednocześnie nie wywołać wojny. Amerykanie stosowali tę metodę wielokrotnie, żeby wymienić choćby przymuszenie Japonii w 1853 r. przez komandora Perry’ego do otwarcia rynku czy „dyplomację grubego kija” Teodora Roosevelta (prezydent USA 1901 – 1909), którego dewizą było „mów łagodnie, ale trzymaj w ręku gruby kij, daleko zajdziesz”. Dzięki temu wybudował Kanał Panamski, a strefa wokół niego była pozatyrytorialnym obszarem USA, łącznie z amerykańskimi policją, sądami, szkołami i systemem pocztowym.

Przymuszenie do posłuszeństwa jest wstępem do zagrabienia cudzej własności. Kiedyś to było otwarcie rynków, władza nad terytorium, teraz jest ropa naftowa. Sekretarz stanu USA ogłosił, iż „weźmiemy między 30 a 50 milionów baryłek ropy, której Wenezuela nie może wywieźć. Sprzedamy ją na rynku międzynarodowym, po rynkowych cenach, bez dyskonta. Pieniądze z niej będziemy kontrolować i wydawać my – dla dobra narodu Wenezueli”. Na „pozytywne efekty dla narodu Wenezueli” Marco Rubio ma jedynie „nadzieję”, ale jest absolutnie pewien, iż „będzie to w interesie narodowym Stanów Zjednoczonych, co jest najważniejsze”.

Te drobne 2 – 3 miliardy dolarów to na początek. Oficjalnie przez Biały Dom ogłoszona doktryna Trumpa koncentruje się na ropie naftowej, która „należy się amerykańskim koncernom”, a którą niesprawiedliwie im „odebrano”, a to one przecież „rozwinęły przemysł naftowy Wenezueli”. Donald Trump twierdzi też, iż ropę wydobywać tam będą amerykańskie koncerny, sprzedawać amerykańskie instytucje, zaś o wszystkim decydował będzie on, prezydent USA. Pieniądze będą w kontrolowanych przez Waszyngton bankach, a Wenezuela może za nie co najwyżej kupić jakieś towary, pod warunkiem, iż będą one wyprodukowane w USA. To dzisiejsza geopolityczna wersja dawnego powiedzenia Forda o kolorze samochodu.

Stany właśnie podporządkowują sobie największe zasoby ropy na świecie, by na nich zarabiać, ale też odciąć od nich wrogów. Jednym z pierwszych bowiem warunków dla Caracas było zerwanie współpracy z Chinami i Rosją. Już nie mówiąc o Kubie czy Iranie. Wiele lat wcześniej Waszyngton trochę łagodniej żądał od Europy zerwania więzi energetycznych z Rosją, teraz już robi to znacznie brutalniej.

No… a potem rozegrał się spektakularny akt drugi tej „dyplomacji grubego kija” – porwanie prezydenta Maduro i jego żony z Wenezueli i postawienie go w kajdankach przed sądem w Nowym Jorku. Więc sprawy będą się rozwijać…

Andrzej Szczęśniak

Myśl Polska, nr 3-4 (18-25.01.2026)

Читать всю статью