Moralność, której jestem w stanie spojrzeć w oczy

liberte.pl 1 день назад

Etyka rządzenia brzmi dumnie, poważnie, odpowiedzialnie i wręcz światowo. Nie będzie więc zaskoczeniem, iż nasze pierwsze skojarzenie z tym hasłem biegnie w stronę polityków i osób odpowiedzialnych za prawo w różnych krajach. Ja jednak chcę przyjrzeć się temu tematowi z zupełnie innej strony. A może nie aż tak innej? Bo czym można jeszcze rządzić? I kto może? No właśnie…

I tu robi się naprawdę ciekawie. Kusi mnie, by stwierdzić, iż to temat niewyczerpany. Bo każdy z nas czymś, a choćby kimś rządzi. Zaczynając od tego, na co zwracamy uwagę, w co chcemy wierzyć i jak zarządzamy własnym czasem, a kończąc na tym, iż oprócz siebie, niejednokrotnie „rządzimy” też innymi. Nauczyciele rządzą sposobem edukacji i podejściem młodzieży do przedmiotu. Policja stara się rządzić porządkiem na ulicy – a przynajmniej takie ma założenie. Rektorzy rządzą uniwersytetami (i oczywiście godzinami rektorskimi, ku wielkiej euforii studentów).

Każdy z nas ma swoją władzę. Oczywiście nie jest to tak spektakularne, jak telewizyjne debaty o ustawach. Ale czy to znaczy, iż nasza mikrowładza ma mniejszą moc? Grzechem byłoby tak uznać. To przecież my tworzymy ten świat, społeczeństwo i nastrój wiszący w powietrzu. Nasze codzienne wybory to, czy uśmiechniemy się przy „dzień dobry” do ekspedientki w sklepie, czy choćby na nią nie spojrzymy, rzucając beznamiętne „kartą”, budują rzeczywistość, w której żyjemy. A to już nie jest takie marginalne. Bo nasza rzeczywistość to nasz świat, a nie jakieś byle co, prawda?

I właśnie tu, w tych najdrobniejszych momentach, zaczyna się nasza osobista etyka rządzenia… Tylko iż we współczesnym świecie potwornie pociągająca jest próba zapomnienia o niej, która bywa udana. Z każdej strony karmimy się przecież nawzajem opowieściami o sukcesie, efektywności i braniu życia szturmem. Żyjemy w kulturze, która podświadomie uczy nas wyrachowania. Słowa takie jak „lojalność”, „wrażliwość” czy „empatia” zaczynają brzmieć jakoś niemodnie, niemal naiwnie. A choćby jeżeli nie, to zwykle w trakcie wchodzenia w dorosłość i tak tracimy w nie powoli wiarę. Pojawiają się pytania: „Dlaczego świat tak wygląda?”, „Dlaczego jako ludzie robimy sobie nawzajem takie świństwa?”. No właśnie, przecież to nie jest tak, iż robimy drugiej osobie krzywdę, nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy. Wtedy byłoby to pół biedy… Zaczynamy wyceniać wszystko: czas, relacje, drugiego człowieka. Zysk materialny albo ten mierzony jeszcze większą władzą stał się jedną z ważniejszych walut, która zdaje się przyćmiewać ludzkie sumienia.


Czasami mam wrażenie, iż niepostrzeżenie daliśmy się wciągnąć w jakąś bezwzględną grę. Tak naprawdę to sami się w nią codziennie wciągamy. To, co zrobisz i jaką postawę obierzesz, to właśnie twój wybór. Twoja odpowiedzialność i to, jak dbasz o poziom swojego sumienia. A w grze, jak wiadomo, liczą się ruchy, strategia i lodowata kalkulacja. Przestajemy widzieć ludzi, a zaczynamy widzieć funkcje. Kurier staje się tylko kimś, kto ma dostarczyć paczkę, znajomy kimś, kogo „warto mieć w sieci kontaktów” i który może się nam do czegoś przydać. Zaczynamy traktować rzeczywistość jak szachownicę, a innych jak pionki, które trzeba odpowiednio rozstawić, by osiągnąć cel. Przeradzające i jakże przytłaczające… Wybory, rozgrywki, może i strategie. Być miłym czy oziębłym, wręcz aroganckim? Warto być ludzkim czy nieczułym człowiekiem idącym do celu „po trupach”? A choćby jeżeli ludzkim, to czy będzie to tak samo proste jak znieczulenie się na drugiego człowieka? Co boli nas jako ludzi bardziej?


Cynizm kusi, bo wydaje się bezpiecznym pancerzem. Chodzenie po trupach i skupienie wyłącznie na sobie daje iluzję szybkości i zdobywania większej liczby sukcesów. Można by rzec – gwarant zostania człowiekiem sukcesu. Pojawia się jednak krótkie i powierzchownie proste pytanie – „Ale jakim kosztem chcesz i decydujesz się tym „człowiekiem sukcesu” stać? Idziesz prosto przed siebie, nie tracąc czasu w cudze rozterki i problemy. Po co komu współczucie i empatia? Na końcu tej drogi człowiek zostaje przerażająco sam. Można zdobyć upragnione szczyty, zrealizować najbardziej ambitne cele, a potem zorientować się, iż w tym idealnie urządzonym świecie nie ma z kim szczerze porozmawiać. Sukces wydarty światu siłą, bez oglądania się na koszty emocjonalne innych, ma ostatecznie posmak bardzo gorzki… A przynajmniej tak idealiści lubią sobie powtarzać, by nie zwątpić w ten świat jeszcze bardziej niż obecnie. Jakoś trzeba się pocieszać.

Przerażające jest to, iż to znieczulenie i wyrachowanie nosimy w sobie codziennie. Raz głębiej, innym razem mniej. Nie potrzebujemy do tego wielkiego, odległego świata – robimy to w naszych domach, szkołach, a potem na studiach. Jesteśmy do tego trenowani od najmłodszych lat. Pamiętasz podstawówkę? Ten wieczny, niby niewinny szum rodziców w tle: „A co dostałeś z kartkówki? Franek na pewno dostał z tego piątkę… Stać cię na więcej. Musisz być najlepszy, mogłeś przecież wygrać te zawody”. Od dziecka uczy się nas, iż nasza wartość zależy od tego, czy ktoś jest pod nami. Dziewczyna czy chłopak z ławki obok rzadko bywają po prostu kolegami, stają się punktem odniesienia, kimś, kogo trzeba za wszelką cenę przegonić. W mniejszym lub większym stopniu, ale wątpię, by ktoś mógł w pełni zaprzeczyć takiemu uczuciu w swoim wypadku.

I z tym całym bagażem wchodzimy w zwykły dzień. Stajemy się takimi „potworkami” w najprostszych, najbardziej niewinnych sytuacjach. Przestaje nas obchodzić druga strona – zwłaszcza jeżeli uznamy, iż jest według nas z „niższego sortu”. Bo kim dla wielu jest dziewczyna za kasą w markecie albo kelnerka w kawiarni, która podaje nam jedynie kawę? Czy widzimy w niej człowieka? Kogoś, kto może od rana stoi na nogach, ma swoje problemy, lęki, a choćby marzenia? Nie. Bardzo często to po prostu przezroczysta funkcja. Narzędzie do podania talerza. Można na nią nie spojrzeć, można rzucić to nieszczęsne, lodowate „kartą”, pokazując jej, iż dla nas nie istnieje. Dlaczego? Bo z tej relacji nie mamy żadnego zysku. Ona nie załatwi nam lepszego stanowiska, nie sprawi, iż zyskamy pozycję w grupie. Nie opłaca się być dla niej miłym.


Ta sama cicha bezwzględność niszczy nas od środka, kiedy jesteśmy ze sobą na co dzień. Ot, zwykła sytuacja: ktoś z pracy pisze, iż źle się czuje i prosi o zastępstwo. I BUM! W głowie natychmiast odpala się ten mały, egoistyczny kalkulator: „Mi się po prostu nie chce. Po co mam tracić czas?”. To by było zbyt proste, żeby tak bezinteresownie pomóc. Zamykamy laptopa, odwracamy wzrok. Co ciekawe, później ten sam człowiek, kiedy to on będzie w podbramkowej sytuacji, bez mrugnięcia oka napisze: „Pomożesz mi?”. Bo wtedy nagle inni stają się potrzebni.


Tylko… czy ten czarny scenariusz to rzeczywiście cała prawda o nas? Zdarza nam się też dotykać normalności. Nie wiem, czy to cud, czy resztka nadziei, iż jako społeczeństwo nie zwariowaliśmy jeszcze do końca na punkcie pieniądza i władzy. Kiedy tak o tym myślę, dochodzę do wniosku, iż to zbyt pesymistyczny obraz. Przecież to nie jest tak, iż idziemy przez życie jak sfora bezwzględnych wilków. Rozejrzyjmy się wokół. Większość z nas wita się z kelnerką czy ekspedientką, uśmiecha się przy kasie i nie mówi znajomym ze studiów, iż nie podzieli się swoimi notatkami, bo są jego przyszłą konkurencją na rynku pracy. Część z nas choćby zagada, zapyta, jak mija dzień, autentycznie interesująca drugiego człowieka. Ci stale lekceważący, wiecznie nadęci i patrzący na innych z góry to na szczęście wciąż mniejszość – nie wliczając w to nas, popełniających raz na jakiś czas błędy raniące innych.

Z czego to wynika? Dlaczego, mimo tej całej tresury, wciąż wybieramy bycie miłymi?

Nie, to wcale nie jest tak, iż jakoś dumnie buntujemy się przeciwko systemowi. Bądźmy ze sobą szczerzy: przecież my ten system sami współtworzymy i dokarmiamy każdego dnia. Wrzucamy do sieci idealnie wykadrowane zdjęcia z wakacji w tropikach, a na LinkedIn-ie ubieramy każde swoje potknięcie w słowa o „wspaniałym wyzwaniu” i chwalimy się sukcesami. Lubimy pokazać, iż wygrywamy. Też dajemy się ponieść tej fali. Rzecz w tym, iż ten obłęd już dawno uciekł z ekranów naszych telefonów. Tę samą, wyreżyserowaną iluzję bezwiednie przenieśliśmy w przestrzeń realnego życia, wprost w interakcje twarzą w twarz. Kreujemy fałszywy obraz rzeczywistości. Pokazujemy ją piękniejszą, niż jest w istocie, filtrujemy porażki i ubieramy codzienność w maski sukcesu, myśląc, iż nikt tego nie widzi. A może my nie chcemy jej po prostu widzieć i w reakcji innych szukamy potwierdzenia naszego sukcesu, a przynajmniej braku porażki? Wszystko po to, by pokazać się w lepszym świetle, ogrzać w blasku cudzego podziwu lub uzyskać jakąś towarzyską czy zawodową korzyść. Czy my naprawdę nie widzimy zagrożenia, jakie to za sobą niesie? Na ile w tym wszystkim jesteśmy jeszcze autentycznymi osobami, a na ile stajemy się kimś, w kim z człowieka zostają już tylko pozory? Kimś, kto nie ma już choćby własnego, autonomicznego zdania, a jedynie takie, które w danej sekundzie jest wygodne dla odbioru przez konkretną grupę czy rozmówcę.

I najgorsze jest to, iż ta gra nas znieczula. Kiedy całe życie zamienia się w casting do roli „człowieka sukcesu”, drugiego człowieka zaczynamy traktować jak rekwizyt, czasem choćby kukiełkę. Bo ile można żyć w świecie, w którym liczą się jedynie pozory? W świecie, gdzie spotkanie z przyjacielem staje się bezwiednym audytem korzyści, a udawany zachwyt nad cudzym życiem – walutą wymienną za to, by ktoś za chwilę zachwycił się nami. To potworne zmęczenie materiału. Architektura pozorów, która rano wymaga od nas tytanicznej pracy przy nakładaniu maski – lub nie, jeżeli robimy to już automatycznie. Wieczór zaś otulony jest poczuciem potężnego, egzystencjalnego kaca. Czyżbyśmy jednak doszli do momentu, w którym z przerażeniem otwieramy oczy? Jak często i u jak wielu taki przełom następuje?

Kiedy tak o tym myślę, pojawia się we mnie bunt. Tak, jeszcze taki młodzieńczy, z pewnością trochę naiwny. Bo nie chcę wierzyć, iż ten czarny scenariusz to cała prawda o nas i iż idziemy przez życie jak sfora bezwzględnych wydmuszek. Jasne, wiem, iż nie wszyscy tacy jesteśmy. Przeraża mnie jednak to, iż widzimy wielość zachowań, które trochę przerażają, czasem żenują, a czasami sprawiają, iż zastanawiamy się nad tym, czy to z nami jest coś nie tak, bo zupełnie inaczej coś odbieramy, czy ze światem?

Każdy z nas wpadł kiedyś na ludzi, którzy nas zranili, wykorzystali nasze zaufanie albo potraktowali jak pionka. Wiemy, jak to rani i zostawia blizny. I może właśnie dlatego, na przekór tym wszystkim ranom, wciąż są wśród nas ludzie, którzy chcą wierzyć w ideały. A choćby pomimo to. Są ludzie, którzy chcą wierzyć w moralność i po prostu być wierni wartościom, które wyznają, choćby jeżeli nikt na nich wtedy nie patrzy i nikt nie daje za to lajków. choćby jeżeli pokutują za to później jeszcze większą liczbą zawodów i ran.


Głęboko wierzę, iż wcale nie musimy wybierać między własnym spełnieniem a byciem dobrym człowiekiem. Etyka wcale nie oznacza słabości ani rezygnacji z marzeń. Wręcz przeciwnie, to odwaga, by pośród powszechnego pędu zatrzymać się i dostrzec w drugim człowieku jego samego. Z jego zmęczeniem, historią, marzeniami.


Bo czym jest prawdziwa władza nad własnym życiem? To nie umiejętność dominowania nad innymi. To zdolność do decydowania, jakim powietrzem chcemy oddychać, jaką energią chcemy wypełniać nasze społeczeństwo. Jad, a może jednak odrobina optymizmu? To nasza cicha, intymna walka o samych siebie. O to, by mimo otaczającej nas papki sukcesu (nieważne czy sztucznego jak silikon, czy nie), to, co najcenniejsze w naszym sercu, nasza empatia i dobro, nie zgniło.

Możemy wybrać chłód i pęd, a możemy wybrać to jedno szczere spojrzenie w oczy. Bo ostatecznie to te małe, etyczne rządy nad sobą sprawiają, iż świat wokół nas staje się odrobinę bardziej ludzki. I my sami, kiedy pod koniec dnia zdejmiemy wszystkie przebrane przez nas wcześniej pozy, zamkniemy za sobą drzwi do domu, będziemy w stanie patrzyć na swoje odbicie w lustrze i się nie wzdrygnąć. To pewnego rodzaju przywilej – móc patrzeć sobie w oczy bez rozczarowania.

Читать всю статью