Przed wojną też były „ruskie onuce” oraz słudzy narodu ukraińskiego
Kiedy człowiek obserwuje poczynania szeroko pojętych środowisk kierujących państwem polskim w temacie ukraińskim, łapie się za głowę z niedowierzaniem. Wydaje mu się bowiem, iż kolejne posunięcia dwóch kolejnych rządów oraz tworzącym im podglebie mediów i medialnych ekspertów, są formą koszmaru sennego lub czarnego humoru typowego dla czeskich komedii. Idealizując czasy minione myślimy sobie, iż przed II wojną światową w II Rzeczypospolitej, tak kuriozalna sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Czy oby na pewno?
Nasza wiedza o tym jak kształtowała się myśl polityczna w Polsce jest niestety powierzchowna, okazuje się bowiem, iż to czego doświadczamy dziś i wówczas, w II RP stawało się przykrym doświadczeniem naszych przodków. Doskonałym przykładem dla zobrazowania tej schematy były dla autora niniejszego artykułu owoce kwerendy periodyku „Biuletyn Polsko-Ukraiński.
Kiedy blisko sto lat temu puczyści pod wodzą Józefa Piłsudskiego obalili rządy ludowo-narodowe, niemal natychmiast rozpoczęli proces reorientacji polskiej polityki zagranicznej oraz polityki względem mniejszości narodowych. Propagowano koncepcję budowy niepodległej Ukrainy i Białorusi, potrzebę realizacji idei federacyjnych oraz jagiellońskich. Wspierano również gruzińskich i azerskich opozycjonistów Wszystko to oczywiście celem osłabienia i rozbicia ZSRR. Narzędziami realizacji tej polityki były takie instytucje jak Instytut Wschodni (1926-1939), Klub Prometeusz (1928-1939) Instytut Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej (1930-1939) oraz czasopisma „Wschód-Orient” (1930-1939) oraz wspomniany wyżej tygodnik „Biuletyn Polsko-Ukraiński” (1932-1938).
„Biuletyn Polsko-Ukraiński”
Powstanie „Biuletynu” stanowiło kontynuację działań podjętych przez część środowisk sanacyjnych na rzecz realizacji ambitnego planu utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. Państwo to powstać miało z ziem uznawanych za ukraińskie a należących do ZSRR. Lwów miał pozostać przy Polsce, ale co ziem uznawanych przez Ukraińców za ukraińskie, a należące wówczas do II RP położonych na wschód od Lwowa nie wypowiadano się na łamach tego periodyku wprost. Czasopismo ukazywało się w Warszawie początkowo jako miesięcznik, aby z czasem ukazywać się z częstotliwością co tygodniową. Wydawanie „Biuletynu” wspierał polski wywiad wojskowy.
Redaktorem naczelnym periodyku był Włodzimierz Bączkowski (1905-2000), który wcześniej był redaktorem kwartalnika „Wschód-Orient”. Bączkowski był książkowym wręcz przykładem przedstawiciela ruchu prometejskiego zakładającego potrzebę zniszczenia Związku Radzieckiego i utworzenia na jego gruzach państwa narodowych. Choć Bączkowski ukazywany jest współcześnie jako wróg Rosji komunistycznej, to w rzeczywistości nienawidził on tak samo Związku Radzieckiego jak i Rosji jako takiej. Spiritus movens ruchu prometejskiego byli emigracyjni działacze ukraińscy. To przede wszystkim z myślą o nich i o niepodległej Ukrainie prowadzono w Polsce szeroko zakrojone działania propagandowe wymierzone w Związek Radziecki, a wszystko pod parasolem polskich służb specjalnych.
Oprócz Bączkowskiego do „Biuletynu” pisali Adolf Maria Bocheński, Leon Wasilewski, Stanisław Łoś czy Józef Łobodowski. Stronę ukraińską reprezentowali Pawło Szandruk, Iwan Kedryn-Rudnycki, Roman Smal-Stocki, Stepan Baran. Z wymienionej czwórki Ukraińców Baran i Kedryn-Rudnicki w czasie wojny pisali do ukraińskiego czasopisma ukazując się w Krakowie pod patronatem niemieckich władz okupacyjnych „Krakivskich Visti” a Pawło Szandruk choć był oficerem Wojska Polskiego, który w trakcie wojny obronnej 1939 roku wyróżnił się jako dowódca pod Tomaszowem Lubelskim, to w trackie wojny poszedł na współpracę z Niemcami. W ramach współpracy z Niemcami w 1944 r. został przewodniczącym Ukraińskiego Komitetu Narodowego, a w ostatnich dniach wojny dowodził 14 Dywizją Grenadierów SS. Przed wydaniem go w ręce Armii Czerwonej uratował go gen. Władysław Andres. W 1961 roku zarządzeniem kabaretowego prezydenta Rządu RP na uchodźstwie Augusta Zaleskiego Szandruk otrzymał Srebrny Krzyż Virtutti Militari. Tak więc profanowanie najwyższych polskich odznaczeń państwowych nie jest domeną jedynie ostatnich dekad.
Słudzy narodu ukraińskiego
W 2023 r. rzecznik prasowy MSZ Łukasz Jasina stwierdził w imieniu państwa polskiego, iż „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Ta wypowiedź wywołała u wielu Polaków wstrząs i oburzenie. Gdybyśmy jednak zapoznali się z publicystyką Włodzimierza Bączkowskiego oraz jego redakcyjnych kolegów, do doszlibyśmy do wniosku, iż Jasina nie był pierwszy ze swoją deklaracją skrajnej służalczości względem Ukrainy. Bączkowski, 90 lat wcześniej był również sługą narodu ukraińskiego. Dla powstania niepodległej Ukrainy gotowy był doprowadzić do wojny między Polską a ZSRR. Dla jej powstania gotowy był manipulować faktami historycznymi, obniżać rolę i znaczenie Polaków i Polski na rzecz wywyższania miejsca roli Ukraińców. Zbulwersowała nas informacja z ostatnich dni o tym, iż Ukraińcy przepisują sobie zdobicie Monte Cassino, ale na łamach „Biuletynu” moglibyście Państwo przeczytać artykuł o tym jak to Ukraińcy odegrali kluczową rolę w pokonaniu Turków pod Wiedniem w roku 1683. Również w 1920 r., to walczące pod Zamościem oddziały ukraińskie walnie przyczyniły rzekomo się do naszego „Cudu na Wisłą”.
W ostatnich czasie Jarosław Kurski z „Gazety Wyborczej” wypomniał Polakom traktat ryski, twierdząc, iż podpisując pokój ze Związkiem Radzieckim zdradziliśmy Ukrainę i powinno być nam z tego powodu wstyd. Wypowiedź na zbulwersowała polską opinię publiczną, ale okazuje się, iż artykuł w podobnym tonie został również zamieszczony w „Biuletynie” a jego autorem był wspomniany Iwan Kedryn-Rudnycki. Wówczas, w kontrze do tej tezy na łamach jednego z kolejnych numerów pisma, Adolf Maria Bocheński, stwierdził, iż zarówno od strony prawnej jak i moralnej Polska nie złamała żadnych zobowiązań, które miała względem strony ukraińskiej.
Kiedy po ataku ukraińskich terrorystów na pocztę w Gródku Jagiellońskim w 1932 r., dwóm sprawcom zasadzono karę śmierci, redaktor Bączkowski stanął w ich obronie usprawiedliwiając ich czyny i przyrównując ich działalność do bojówkarskiej działalności Józefa Piłsudskiego. Uznał, iż nie zasłużyli na karę śmierci. Z czasem okazało się, iż sprawcy byli zamieszani w organizację kolejnego zamachu, ale wówczas już nikt z członków redakcji nie opublikował komentarza, w którym przepraszałby czytelników za swoją naiwność względem ukraińskich terrorystów.
W 1938 r. władze Rumunii zawiesiły wydawanie prasy ukraińskiej na swoim terytorium „Biuletyn” apelował – Przywrócić prasę ukraińską w Rumunii. W gronie naszych sąsiadów Rumunia była jednym przyjaznym nam państwem, gazeta Bączkowskiego gotowa była konfliktować się z tym sojuszniczym państwem, w interesie nielojalnej ukraińskiej mniejszości narodowej.
Członkowie redakcji przekonywali Polaków, iż wystarczy pójść w relacjach z Ukraińcami na znaczące ustępstwa, żeby tym samym zadowolić Ukraińców i przekonać ich, iż warto być integralną częścią II RP zamiast podejmować działania odśrodkowe zmierzające do oderwania się od Polski. W rzeczywistości podejście Ukraińców było zero jedynkowe, ich nie mógł zadowolić ani ukraiński uniwersytet, ani większy udział Ukraińców w administracji państwowej. Ich bowiem interesowało tylko niepodległe państwo ukraińskie, w skład które wejść miały ziemie należące do ZSRR, Polski, Czechosłowacji czy Rumunii.
Ruskie onuce rodem z Narodowej Demokracji
Środowiska kontestujące w tej chwili w naszym kraju skalę i sensowność wsparcia udzielanego przez Polskę Ukrainie dorobiły się wśród swoich oponentów obelżywe łatki „ruskich onuc”. Redakcja „Biuletynu” choć nie używała tego zwrotu, to również obelżywie komentowała krytyków porozumienia z Ukraińcami kosztem konfrontacji ze Związkiem Radzieckim czy utraty wpływów państwa polskiego swoich południowo-wschodnich rubieżach. Wrogiem numer jeden dla sanacyjnego tygodnika była Narodowa Demokracja. Uważano, iż polski ruch narodowy torpeduje porozumienie polsko-ukraińskie, a tym samym działa na rzecz interesów radzieckich. Endecja w artykułach określana była mianem „kołtunerii”. Początkowo najczęściej i najzajadlej atakowany był sam Roman Dmowski, któremu Bączkowski nie mógł wybaczyć słów określających Ukrainę mianem „międzynarodowego domu publicznego”. O Dmowskim krytycznie na łamach periodyku pisano wielokrotnie zwykle były to artykuły anonimowe. Jeden z ukraińskich publicystów atakował Dmowskiego za to, iż ten doprowadził do uznania w Polsce do uznania Ukraińców za „ukraiński trąd”. W jednym za artykułów Bączkowski uznał Dmowskiego za radzieckiego agenta argumentując swoją opinię, tym, iż w 1931 r. jedna z sowieckich gazet opublikowała kilka artykułów Dmowskiego. Określał go również mianem „neofity euroazjactwa” i opisywał jako człowieka posiadającego „mongoidalne rysy twarzy”. Z czasem coraz częściej za antyukraińską retorykę atakowany był Stanisław Grabski, Roman Rybarski, a w ostatnich latach ukazywania się pisma endeckim wrogiem numer jeden został Jędrzej Giertych, którego uznawano za najbardziej nieprzejednanego wroga sprawy ukraińskiej. Redakcja uważała, iż na zły stan relacji polsko-ukraińskich na Kresach odpowiadają działacze Narodowej Demokracji, którzy choć odsunięci od wysokich stanowisk państwowych w stolicy, dalej sprawują liczne stanowiska w kresowej administracji państwowej, torpedując celowo możliwość porozumienia polsko-ukraińskiego.
Sienkiewicz i Kossak-Szczucka szkodzą sprawie ukraińskiej
Kilka pierwszych numerów pisma poświęcono wykazaniu czytelnikom jak szkodliwa jest dla relacji polsko-ukraińskich pisarstwo Henryka Sienkiewicza. Oczywiście głównym celem ataku była powieść Ogniem i mieczem, której już sam tytuł uznano za „krwiożerczy” którą dotkliwie sponiewierano wytykając jej tendencyjność i histeryczną miałkość. Uważano, iż młodzież polska ukraińskiego pochodzenia powinna być wyłączona z konieczności zapoznawania się z tą lekturą. Z impetem atakowano również powieści Zofii Kossak Pożoga oraz Marii Dunin-Kozickiej Burza od Wschodu. Obie polskie pisarki zostały uznane jako gardzące Ukraińcami i tendencyjnie ukazujące ich na kartach swoich powieści.
Strona ukraińska na łamach czasopisma wielokrotnie podkreślała, iż Ukraińcy nie mają żadnego interesu w kreowaniu współpracy ukraińsko-niemieckiej wymierzonej w Polskę, ponieważ efektem takiej współpracy byłoby otwarcie Polski na współpracę ze Związkiem Radzieckim a tego Ukraińcy dążący do powstania państwa ukraińskiego kosztem ZSRR z pewnością by nie chcieli. Jak fałszywe były to zapewnienia pokazała wojna obronna Polski w roku 1939. Najlepszy okres do „wychowania Polaków” w duchu ukraińskim, to okres od zamachu majowego do śmierci „Wielkiego Marszałka” w 1935 roku.
Na łamach tytułu pisano o sukcesach ukraińskiej kultury czy ruchu spółdzielczego na Kresach, ale również z zadowoleniem odnotowywano powstanie kolejnych ukraińskich inicjatyw w Stanach zjednoczonych, Kanadzie czy Czechosłowacji pomimo tego, iż znaczna część tych inicjatyw pośrednio lub bezpośrednio wymierzona była w II Rzecząpospolitą. Apelowano, aby Polacy zaprzestali corocznych obchodów rocznicy wyzwolenia Lwowa twierdząc, że: „Twórca Polski niepodległej, Wielki Marszałek nie brał w nich nigdy udziału”! Polska według publicystów „Biuletynu” wygrała wojnę o Lwów i Galicję przede wszystkim dzięki wsparciu Francji i Rumunii.
Pawła Kowala fascynacje Bączkowskim
Chyba nikogo z czytelników „Myśli Polskiej” nie zaskoczy fakt fascynacji spuścizną redaktora Bączkowskiego ze strony Pawła Kowala, kiedyś polityka PiS a dziś PO. Paweł Kowal jest dziś przewodniczącym Rady do spraw Współpracy z Ukrainą. Nim objął to idealnie współgrające z nim stanowisko zajmował się promowaniem dorobku Włodzimierza Bączkowskiego. W 2000 roku był współautorem publikacji Włodzimierz Bączkowski. O wschodnich problemach Polski. Wybór pism oraz brał udział w wielu wydarzeniach promujących jego osobę i myśl.
Epilog
W 1937 r. Bączkowski pisywał coraz bardziej agresywne artykuły uderzające w państwo polskie, kręgi wojskowe skupione wokół Rydza-Śmigłego doszły do wniosku, iż pismo nie spełniło swojej roli, nie przyczyniło się do poprawy relacji polsko-ukraińskich, a agresywne nastawienie strony ukraińskiej systematycznie się nasilało. W 1938 r. zawieszono więc wydawanie Biuletynu. Niestety od stycznia 1939 r. kontynuatorem „Biuletynu” został miesięcznik „Problemy Europy Wschodniej” pod redakcją Bączkowskiego.
W trakcie II wojny światowej Bączkowski początkowo przebywał w Rumunii, gdzie za pieniądze państwa rumuńskiego gromadził informacje na temat ZSRR na potrzeby rumuńskich służb specjalnych. Następnie w Hajfie pomimo niechęci Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego do ludzi związanych z sanacyjną kilką udało mu się zasilić struktury ekspozytury polskiego II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza. Odsunięto go na dalszy plan dopiero w momencie prowadzenia rozmów ze Związkiem Radzieckim obawiając się, iż jego przedwojenne dokonania mogą zaszkodzić relacjom polsko-radzieckim. Po wojnie doceniając antysowieckie dokonania Bączkowski przygarnięty został przez Amerykanów, którzy dali mu dobrze płatną pracę w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.
Historia wydawnicza „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” oraz prezentowane na łamach czasopisma poglądy antypolskie, pokazują nam, iż historia polskiej służalczości względem sprawy ukraińskiej ma swoje już blisko stuletnie tradycje. O ile można jednak szukać jeszcze usprawiedliwienia dla takich poglądów przed wojną, to wobec tego jak zachowali się Ukraińcy względem Polaków w trakcie II wojny światowej, nie wyciagnięcie wniosków z tragicznych wydarzeń jakie stały się udziałem naszego narodu jest przykładem skrajnej głupoty i naiwności. Historia to nauka o przeszłości dla lepszej przyszłości. Nad Wisłą można odnieść wrażenie, iż nauka historii Polski jest zbędna, ponieważ nie ma potrzeby wyciągania wniosków z historii dla tworzenia lepszej przyszłości narodu i państwa.
Arkadiusz Miksa







![Szalona jazda zakończona w rowie! Kierowca zabarykadował się w aucie. Policjanci wyciągnęli go siłą [WIDEO]](http://www.radiowroclaw.pl/img/articles/158019/O178g55m7T.jpg)

