Megaloman

myslpolska.info 9 часы назад

„Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, iż pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu. o ile Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i wyłączyć drugą połowę” – powiedział 11 września, w trakcie spotkania YES (Yalta European Strategy) w Kijowie Radosław Sikorski.

Sikorski nie jest publicystą czy politykiem z drugiego garnituru. To Minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Choćby z tego powodu każda z jego wypowiedzi ma swój ciężar gatunkowy. Nic więc dziwnego, iż nie trzeba było długo czkać na reakcje. „Jeśli chodzi o ocenę własnych sił zbrojnych przez Warszawę, szef polskiej dyplomacji wyraźnie ma amatorski pogląd na potęgę militarną naszego kraju, nie rozumiejąc, iż podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne są dalekie od wykorzystania pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, iż gdyby Polska przystąpiła do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzystałby cały arsenał dostępnych sił i zasobów, a polska państwowość przestałaby istnieć w ciągu dwóch, trzech dni” – odpowiedział w rekcji na słowa szefa polskiego MSZ sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew. Patruszew to postać znacząca. W przeszłości był dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (1999–2008). Uznawany jest za jednego z tzw. siłowików i człowieka z bliskiego otoczenia Władimira Putina.

„Dziś Sikorski i inni członkowie polskich elit twierdzą, iż przywracają Polsce wielkość. W rzeczywistości jednak rozbudzają niezdrowe ambicje, ogłaszając plany odbudowy „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji i ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Sikorski, opętany militaryzmem, odmawia słuchania słów prezydenta Rosji, iż Rosja nikomu nie zagraża i iż nasz kraj nie ma podstaw do działań militarnych przeciwko Europie” – dodał Patruszew. W język nie gryzła się także Maria Zacharowa. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ określiłam wypowiedź Sikorskiego jako objaw „rusofobii mózgu”.

Paradoksalnie, z czysto wojskowego punktu widzenia Sikorski ma rację. Przewaga NATO, a choćby wyłącznie jego europejskiego komponentu, w zakresie lotnictwa i środków napadu powietrznego jest znacząca. W istocie NATO jest w stanie całkowicie zaburzyć rytmikę gospodarki Rosji, a choćby prawdopodobnie zdekapitować jej elitę polityczną i wojskową. To jedna strona medalu.

Druga strona medalu jest jednak taka, iż nie da się wygrać wojny wyłącznie w powietrzu. Kalkulacja, iż pozbycie się Władimira Putina i jego politycznego zaplecza doprowadzi do przejęcia władzy w Rosji przez siły prozachodnie, jest przejawem politycznego chciejstwa. Nietrafność tej kalkulacji oznacza co najmniej długotrwałą konwencjonalną wojnę. Brudną i mało chwalebną, pełną błota, krwi i śmierci, na którą Europejczycy będą musieli wysłać swoje dzieci. Czy Francuzi, Włosi, Hiszpanie, a w szczególności Brytyjczycy, będą mieli ochotę wykrwawiać się? Czy też po raz kolejny „nie będą ginąć za Gdańsk”?

Wojna konwencjonalna nie jest jednak scenariuszem najgorszym. Pamiętajmy, iż Federacja Rosyjska wciąż dysponuje znaczącym arsenałem jądrowym i posiada skuteczną możliwość jego użycia. Postawiona przed alternatywą własnej klęski lub użycia broni ostatecznej, z dużym prawdopodobieństwem wybierze to drugie.

Jednak choćby jeżeli broń jądrowa pozostanie w arsenałach, potencjalny scenariusz dla Polski przez cały czas jest tragiczny. Sikorski ma rację, wskazując na niedoskonałość rosyjskiej obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Jednak arsenał ofensywny Federacji Rosyjskiej jest nienaruszony. W przypadku wojny z NATO zostanie on użyty bez najmniejszych zahamowań. Polska i kraje nadbałtyckie będą w oczywisty sposób pierwszymi celami.

O ile z punktu widzenia interesu całego Sojuszu Północnoatlantyckiego mogłaby być to akceptowalna cena za osiągnięcie strategicznego sukcesu, o tyle dla nas jest to cena całkowicie nieakceptowalna. Oznacza nie tylko straty ludzkie i materialne, ale stwarza realne zagrożenie dla dalszego biologicznego przeżycia narodu. Dlatego polski minister spraw zagranicznych, który w pierwszej kolejności winien troszczyć się o dobro własnego narodu i państwa, nigdy nie powinien wypowiadać takich słów.

Warto jednak postawić sobie pytanie, czy Radosław Sikorski w istocie realizuje interesy państwa polskiego? Cały jego życiorys sprawia, iż jest to pytanie nie tylko zasadne, ale wręcz oczywiste.

W roku 1981 Sikorski, w wieku zaledwie 18 lat, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał na Wyspach, a w 1982 r. otrzymał tam azyl polityczny. Oficjalne biogramy MSZ podają, iż w latach 1981–1989 był uchodźcą politycznym w Wielkiej Brytanii. W czasie swojego pobytu za granicą studiował w Pembroke College w Oksfordzie, kończąc studia w 1986 r. Był aktywny w Oxford Union, kierował Oxford University Polish Society i należał do Bullingdon Club. W tym środowisku poznał m.in. Borisa Johnsona, a brytyjska prasa później pisała również o jego kontaktach ze środowiskiem Davida Camerona i George’a Osborne’a. „The Guardian” określał go wręcz jako polityka blisko znającego wielu czołowych konserwatystów.

Sikorski w 1987 r. przyjął brytyjski paszport. Według dostępnych biografii obywatelstwa brytyjskiego zrzekł się w 2006 r. Sam Sikorski wspominał też, iż pojawiały się w Polsce sugestie, jakoby jego studia finansował brytyjski wywiad; zaprzeczał temu, twierdząc, iż otrzymywał zwykły grant ILEA.

Jeszcze w latach 80. wszedł do brytyjskiego środowiska medialnego. Pracował jako freelancer m.in. dla „The Spectator” i „The Observer”, a jako korespondent wojenny „The Sunday Telegraph” relacjonował wojnę w Afganistanie. Zresztą Afganistan jest istotnym punktem przedmiotowego życiorysu. To tutaj doszło do styku ze Stanami Zjednoczonymi i ich służbami. Sikorski przebywał wśród mudżahedinów w okresie, gdy byli oni intensywnie wspierani przez USA przeciwko ZSRR. Jako reporter opisywał m.in. użycie amerykańskich Stingerów.

Pod koniec lat 80. Sikorski związał się zawodowo z USA. Został korespondentem amerykańskiego konserwatywnego magazynu „National Review”, relacjonując m.in. walki w Afganistanie i Angoli. To wprowadziło go w krąg amerykańskiej prawicy antykomunistycznej i było fundamentem jego późniejszej kariery politycznej w Polsce. Na początku obecnego stulecia Sikorski objął stanowisko resident fellow w American Enterprise Institute, został też dyrektorem wykonawczym New Atlantic Initiative. AEI było dla niego czymś więcej niż zwykłym miejscem zatrudnienia. Sikorski kierował programem zajmującym się relacjami transatlantyckimi, Rosją, NATO i demokratyzacją państw postsowieckich. Raport AEI z 2005 r. pokazuje, iż organizował konferencje z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Davida Fruma, Danielle Pletki, Michaela Rubina oraz przedstawicieli administracji i dyplomacji wielu krajów.

Ta relacja nie skończyła się po wejściu Sikorskiego do polskiego rządu. AEI odnotowuje, iż jako minister spraw zagranicznych występował w instytucie, m.in. w sprawach stosunków polsko-amerykańskich i bezpieczeństwa Europy Wschodniej. AEI przypominało przy tym, iż wcześniej kierował New Atlantic Initiative. Po odejściu z wysokich stanowisk państwowych związał się z Center for Strategic and International Studies jako „Distinguished Statesman”. CSIS ogłosiło to oficjalnie w 2016 r. Instytucja należy do najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem i polityką zagraniczną.

Żona Sikorskiego, Anne Applebaum, jest wpływową amerykańską dziennikarką, od dziesięcioleci obecną w amerykańskim środowisku medialnym i eksperckim. Tajemnicą Poliszynela są jej powiązania z amerykańskim deep state. Jeden z synów Radosława Sikorskiego i Applebaum, Tadeusz Sikorski, został podporucznikiem US Army w Cyber Corps, czyli formacji armii amerykańskiej zajmującej się działaniami i bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni.

Czy polityk o takich powiązaniach, nie tylko politycznych, ale i rodzinnych, z obcym mocarstwem powinien kierować polską polityką zagraniczną? – na to pytanie kolejne koalicje rządzące odpowiadają twierdząco. Wydaje się jednak, iż w przypadku wystąpienia poważnej sprzeczności interesów pomiędzy Ameryką a Polską Sikorski zostanie postawiony co najmniej w sytuacji konfliktu lojalności. To wielkie ryzyko. Tym większe, iż potęgowane cechami osobowościowymi samego Sikorskiego.

Nie jest żadnym sekretem, iż Sikorski jest przeczulonym na własnym punkcie megalomanem, z obsesją posuniętą do granic narcyzmu. Najlepszą ilustracją jest tutaj anegdotyczna już historia malowniczego dworku Chobielin. W 2014 r. Sikorski, wtedy minister spraw zagranicznych, zabiegał (skutecznie) o formalne wydzielenie swojej posiadłości z miejscowości Chobielin. W oficjalnym uzasadnieniu czytaliśmy, iż MSZ tłumaczyło, iż „często ważni goście zagraniczni, mają duże trudności z dotarciem na miejsce, częstokroć błądząc po lokalnych, trudno przejezdnych drogach”. Tak oto Sikorski został „sołtysem na Chobielinie” i nie musiał już dłużej pospolitować się z ludem. Ta dykteryjka byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby nie fakt, iż dotyczy polskiego ministra spraw zagranicznych. Człowieka, który z formalnego punktu widzenia jest szefem naszej dyplomacji, choć dyplomacji w jego wypowiedziach próżno szukać.

W przełomowym czasie globalnego kryzysu, gdy z ruin świata jednobiegunowego wyłoni się nowa globalna konstrukcja, polityką zagraniczną Polski kieruje człowiek nieposiadający do tego osobistych predyspozycji, cechujący się za to co najmniej zastanawiającymi powiązaniami zagranicznymi. jeżeli porównalibyśmy go do nawigatora, a nasz kraj do okrętu, musielibyśmy dojść do wniosku, iż Sikorski od dłuższego czasu wyraźnie naprowadza nas na rafy. Jest w tym zdeterminowany i konsekwentny. Nie powstrzyma go premier zaczytany w urojone raporty CIA. Nie powstrzyma go prezydent reprezentujący w obszarze polityki zagranicznej styl jednocześnie troglodycki i fiksacyjnie antyrosyjski. Nie powstrzyma go nikt w Polsce, bo nie ma tu nikogo, kto dysponowałby jednocześnie siłą, determinacją i perspektywą intelektualną, by to uczynić.

Pozostaje nam liczyć na cud. Nie przesadnie wielki, taki w sam raz na naszą skalę. Ot, choćby taki, iż wielcy tego świata zdecydują, iż to jeszcze nie moment na wojnę. Po czym przywołają swoich podwykonawców do porządku.

Przemysław Piasta

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

Читать всю статью