Marcin Bogdan: Model ustrojowy Polski

solidarni2010.pl 1 день назад
Felietony
Marcin Bogdan: Model ustrojowy Polski
data:04 lutego 2026 Redaktor: GKut

Od dwóch lat rządząca w Polsce koalicja 13 grudnia z Donaldem Tuskiem na czele prowadzi metodyczną destrukcję państwa. Nie chodzi tu ani o katastrofalne wyniki gospodarcze ani o decyzje polityczne sprowadzające się do wendety na członkach i sympatykach rządów Zjednoczonej Prawicy. Destrukcja państwa dotyczy demontażu wymiaru sprawiedliwości i niszczenia fundamentów prawnych, na których oparta była struktura polskiego państwa.

Stopień destrukcji jest tak duży, iż wiele propaństwowych i pro-niepodległościowych środowisk podnosi temat przyszłego modelu ustrojowego Polski. Jest to rzeczywiście adekwatny moment na tego typu dyskusje, gdyż powszechnie wiadomo, iż łatwiej jest budować niż przebudowywać. Reforma funkcjonującego państwa bywa trudna, a odbudowa po zniszczeniach daje paradoksalnie możliwość nowego otwarcia, zaplanowania kształtu i modelu ustrojowego niejako od nowa, od fundamentów.

Dotychczasowy model ustrojowy Polski to była republika parlamentarno-gabinetowa, czyli forma rządów, w której wprawdzie władza wykonawcza pochodzi z parlamentu i jest przed nim odpowiedzialna, ale jest też prezydent z silną pozycją, posiadający istotne uprawnienia, takie jak prawo weta czy prawo do inicjatyw ustawodawczych, który też reprezentuje państwo na arenie międzynarodowej. Dlatego taki model ustrojowy bywa też nazywany półprezydenckim. Półprezydenckim, czyli klasyfikowanym pomiędzy systemem parlamentarnym a prezydenckim. Podejmując ten temat stajemy przed kluczowym pytaniem, pytaniem o przyszły model ustrojowy Polski. Czy w Polsce powinien być system rządów parlamentarnych, czy system prezydencki, czy może jednak zmodyfikowana i ulepszona forma hybrydowa łącząca te dwa systemy.

Podejmując ten temat komentatorzy i analitycy skupiają się na tym, która forma rządów będzie skuteczniejsza, efektywniejsza, która będzie sprzyjać śmiałym prorozwojowym pomysłom, a jednocześnie zabezpieczy nas przed błędami czy wręcz szkodliwymi decyzjami rządzących. Która forma władzy będzie silniejsza, będzie na miarę potrzeb silnej Polski. Ja jednak uważam, iż decydujące powinno być zupełnie inne kryterium, kryterium reprezentatywności. Decydujące powinno być to, która forma rządów będzie bardziej reprezentatywna dla ogółu polskiego społeczeństwa, reprezentatywna dla faktycznej większości wyborców. A na to wpływ mają nie tylko oddane głosy, ale także ordynacja wyborcza, czyli sposób wyłaniania rządzących. Przyjrzyjmy się pokrótce obowiązującym w tej chwili w Polsce ordynacjom wyborczym na urząd prezydenta i do parlamentu.

W wyborach prezydenckich nie ma podziału na okręgi, w całym kraju głosujemy na jednego kandydata wybranego przez nas z ogólnopolskiej listy zgłoszonych kandydatów. Każdy głos, niezależnie od regionu kraju, ma identyczną wagę. jeżeli w pierwszej turze żaden z kandydatów nie uzyska poparcia przekraczającego 50% oddanych głosów następuje druga tura, w której dokonujemy wyboru spośród dwóch kandydatów, którzy uzyskali najwięcej głosów w I turze. Druga tura wyborów prezydenckich jest kwintesencją zasady reprezentatywności. Każdy wyborca ma prawo wskazać swojego kandydata a prezydentem zostaje ten, który w skali całego kraju uzyska więcej głosów niż jego konkurent. To nie politycy czy kandydaci zawiązują koalicje, tylko każdy z wyborców w swoim sumieniu i swojej ocenie decyduje, który z kandydatów jest bliższy jego wizji rządzenia. W przypadku braku idealnego kandydata, o kompromisie decydują sami wyborcy, a nie kandydaci w ich imieniu.

Przyjrzyjmy się wynikom wyborów prezydenckich z ostatnich 20 lat. W tabeli zebrałem wyniki drugiej, decydującej tury wyborów w okresie od 2005 do 2025 roku. Kandydat prawicowy przedstawiony jest w kolorze niebieskim, kandydat lewicowo-liberalny w kolorze czerwonym:

Jak widać, od 20 lat wybory praktycznie wygrywają kandydaci prawicowi. Z jednym wyjątkiem, wyborów posmoleńskich z roku 2010, które przeprowadzone były w sytuacji anormalnej. Po śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego obowiązki głowy państwa objął Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, jego kontrkandydatem był brat bliźniak zamordowanego Prezydenta, Jarosław Kaczyński, a społeczeństwo przerażone dokonanym zamachem obawiało się wybuchu wojny z Rosją. Stąd wynik tych wyborów można uznać za zrozumiałe odstępstwo od reguły, iż wybory prezydenckie w Polsce wygrywa kandydat prawicowy. Wygrywa z malejącą przewagą, ale przy rosnącej frekwencji, kiedy to mniej zaangażowani w politykę wyborcy łatwiej ulegają sloganom i hasłom bez pokrycia. W liczbach bezwzględnych w wyborach z roku 2025 Karol Nawrocki uzyskał poparcie najwyższe w historii. Wyobraźmy sobie, jakie byłyby wyniki wyborów parlamentarnych, gdyby odbywały się one według zasady, iż do II tury przechodzą dwie partie z najlepszym wynikiem z I tury a rząd formuje partia, która w II turze uzyska więcej głosów wyborców. Można domniemywać, iż od 20 lat rządziłyby w Polsce ugrupowania prawicowe. Dlaczego tak się nie stało? Dlatego, iż o wyniku wyborów parlamentarnych w Polsce w większym stopniu decyduje ordynacja wyborcza niż preferencje osób głosujących. Ordynacja, która nie jest reprezentatywna dla stopnia i struktury podziału polskiego społeczeństwa.

Przytoczę tu kilka zagadnień, które o tym decydują. Pominę wybory do Senatu, które też mają swoją specyfikę w postaci ordynacji większościowej w jednomandatowych okręgach wyborczych, ale Senat w Polsce jest czysto fasadowy, decyzje Senatu mogą być odrzucane przez Sejm zwykłą większością głosów, więc nie mają realnego wpływy na proces legislacyjny. W wyborach do Sejmu obowiązuje ordynacja proporcjonalna, w której istotne są trzy najważniejsze zagadnienia.

Zagadnienie 1

W Polsce posłów do Sejmu wybiera się w 41 okręgach wyborczych ze sztywno określoną liczbą mandatów przypadającą na dany okręg wyborczy. Liczba mandatów z danego okręgu nie może być mniejsza od 7 ani większa od 20. Rzeczywiste liczby mandatów przypadających na dany okręg teoretycznie zależą od liczby mieszkańców. Ale okręgi wyborcze mają sztywne granice, a podział mandatów przypadających na te okręgi nie jest wyliczany automatycznie przed każdymi wyborami, tylko zapisany jest „raz na zawsze” w ustawie. Zmiana zarówno granic okręgów jak i liczby mandatów wymaga więc uchwalenia przez Sejm nowej ustawy, co w praktyce jest szalenie trudne. Może to wprawdzie przeforsować zwykła większość sejmowa, ale mniejszość może oponować, iż jest to działanie koniunkturalne, gdyż zwiększenie liczby mandatów w danym okręgu musi się odbyć kosztem innego okręgu. Wszak sumaryczna liczba posłów musi zawsze wynosić 460. I tu rodzą się pytania, dlaczego przykładowo 13. okręg wyborczy w Krakowie ma 14 mandatów a nie 13 lub 15, dlaczego 39. okręg w Poznaniu ma 10 mandatów a nie 9 lub 11. Dlaczego okolice Warszawy (tzw. obwarzanek) stanowią odrębny okręg wyborczy, a okolice Łodzi (podobnie i Wrocławia) są wraz z miastem jednym okręgiem wyborczym. Jedni mogą twierdzić, iż Warszawa powinna mieć więcej mandatów poselskich, gdyż rozrasta się liczebnie, inni zaś, iż mniej, gdyż coraz więcej Warszawiaków przeprowadza się na obrzeża do tzw. obwarzanka. Nie jest moim celem rozstrzyganie tu tego sporu, tylko pokazanie jak niereprezentatywnym jest istniejący, sztywny podział na okręgi i przypadające im liczby mandatów.

Zagadnienie 2

Zagadnienie drugie jest swego rodzaju pochodną pierwszego zagadnienia. Chodzi o tzw. turystykę wyborczą. Podział preferencji politycznych w Polsce jest nierównomierny geograficznie. Inne poglądy dominują na wschodzie, inne na zachodzie. Inne poglądy dominują na północy, inne na południu. Wreszcie inne w dużych miastach, a inne w mniejszych ośrodkach. Tworzy to pokusę oddania przez wyborcę głosu w innym okręgu niż macierzysty, wynikający z miejsca zamieszkania. Ktoś może ocenić, iż brak jego głosu np. w Warszawie nie spowoduje utraty mandatu przez preferowane przez niego ugrupowanie, a ten jego głos oddany w innym okręgu, np. świętokrzyskim, może przyczynić się do pozyskania dodatkowego mandatu przez ugrupowanie skazane w tym regionie na porażkę. Ocenia się, iż w ten sposób można choćby czterokrotnie zwiększyć efektywną siłę swojego głosu. Kłóci się to z zasadą równych wyborów, ale pół biedy kiedy są to indywidualne inicjatywy pojedynczych wyborców. Problem pojawia się wtedy, gdy taka turystyka wyborcza jest sterowana i napędzana z jakiegoś źródła. Tak było w roku 2023, gdy w Internecie był rozpowszechniony specjalny program wskazujący wyborcom w jakim okręgu powinni oddać swój głos, by przysporzyć więcej mandatów konkretnemu ugrupowaniu. Program ten był złożonym i silnym narzędziem opracowanym przez duży zespół informatyków, prawdopodobnie ze wsparciem obcych służb specjalnych. Już sam ten fakt powinien być powodem do unieważnienia tych wyborów, ale na potrzeby tego tekstu ograniczmy się do wniosku, iż turystyka wyborcza jest patologiczną konsekwencją wadliwie skonstruowanej ordynacji wyborczej. Ordynacja wyborcza do polskiego Sejmu jest pozornie prosta, ale nie zapewnia równości głosów. Ordynacja niemiecka preferuje równość głosów za wszelką cenę, choćby kosztem skomplikowania systemu wyborczego.

Zagadnienie 3

Zagadnie trzecie to metoda D'Hondta, która faworyzuje większe ugrupowania. Zastosowanie metody D'Hondta miało w zamyśle zapobiec rozdrobnieniu Sejmu, w skrajnym przypadku zapobiec sytuacji, w której Sejm składałby się z 460 jednoosobowych ugrupowań. Ale choćby Sejm złożony z kilkudziesięciu czy tylko kilkunastu ugrupowań prawdopodobnie nie byłby zdolny do wyłonienia koalicji rządzącej. Przyjęto więc próg wyborczy 5% dla partii i 8% dla koalicji. Próg, który trzeba przekroczyć w skali całego kraju. Czyli w przypadku 20 mln oddanych głosów, mała partia, by dostać się do Sejmu, musi uzyskać w całym kraju minimum 1 milion głosów. To bardzo wysoki próg. Dopiero po spełnieniu tego kryterium, po przekroczeniu progu wyborczego liczonego w skali całego kraju, ugrupowanie bierze udział w podziale mandatów w poszczególnych okręgach, gdzie na poziomie każdego okręgu do przydziału mandatów stosowana jest metoda D'Hondta. Przedstawię to na prostym przykładzie, gdzie oddano 200 tys. głosów na 4 ugrupowania a do podziału było 10 mandatów:

Ugrupowanie

Liczba głosów

Procent głosów

Liczba mandatów

A

100 000

50%

5

B

60 000

30%

4

C

30 000

15%

1

D

10 000

5%

0

Ugrupowanie „A” otrzymało 50% głosów i 5 z 10 mandatów, czyli także 50%. Ale ugrupowanie „B”, które otrzymało dwa razy więcej głosów niż ugrupowanie „C”, uzyskało aż czterokrotnie więcej mandatów niż „C”. Najciekawszy jest przypadek ugrupowania „D”. Otrzymało ono 5% głosów w skali całego kraju, dzięki czemu uczestniczyło w podziale mandatów we wszystkich okręgach. Ale w okręgu opisanym w powyższym przykładzie uzyskany wynik 5% po przeliczeniu metodą D'Hondta nie dał ugrupowaniu „D” ani jednego mandatu. 5% poparcia i zero mandatów w danym okręgu.

Konsekwencje metody D'Hondta warto prześledzić na jeszcze jednym przykładzie. W wyborach biorą udział dwa ugrupowania „X” i „Y” z tej samej strony sceny politycznej. W pierwszym przypadku startują one osobno, każde pod swoim szyldem, i uzyskują odpowiednio: „X” – 30% a „Y” – 10% poparcia. W drugim przypadku startują razem, jako jeden komitet i uzyskują 40% poparcia. Co więcej, suma głosów oddanych na te ugrupowania w pierwszym przypadku jest identyczna jak liczba głosów oddana w drugim przypadku na wspólną listę. Pytanie brzmi, czy w obu wypadkach ugrupowania te uzyskają w sumie tyle samo mandatów poselskich? NIE. Wspólna lista z 40% poparcia zawsze da więcej mandatów niż suma mandatów z dwóch osobnych list z 30% i 10% poparcia. Różnica ta, zależnie od rozkładu głosów w całym kraju, może wynosić kilka lub choćby kilkanaście mandatów. Może tak być, iż liczba mandatów uzyskana przez wspólny komitet ugrupowań „X” i „Y” stanowić będzie większość sejmową (>230) i pozwoli im utworzyć rząd, a suma głosów rozbitych na dwa samodzielnie startujące ugrupowania nie będzie stanowić większości (

Opisane dysfunkcje ordynacji wyborczej do Sejmu nie preferują automatycznie żadnej ze stron sceny politycznej. W roku 2015 dzięki temu, iż zjednoczona wokół SLD Lewica nie przekroczyła wymaganego dla koalicji progu 8%, PiS uzyskał 235 mandatów i mógł rządzić samodzielnie. Gdyby nie metoda D'Hondta, SLD uzyskałoby kilkanaście mandatów a PiS zmuszony byłby tworzyć koalicyjny rząd z ugrupowaniem Kukiza. Z kolei w roku 2023 ugrupowanie PJJ Rafała Piecha nie przekroczyło progu 5% co spowodowało takie zaprzepaszczenie mandatów, iż choćby potencjalna koalicja PiS-u i Konfederacji nie dawała wymaganej większości 231 mandatów. Paradoksalnie, to prawicowi wyborcy, zagorzali katolicy, głosując na PJJ Rafała Piecha, umożliwili Tuskowi przejęcie władzy. Te dwa przykłady, z roku 2015 i 2023 pokazują, iż na podział mandatów i wyłonienie rządu większy wpływ może mieć ordynacja wyborcza niż rzeczywiste preferencje wyborców. Dopóki nie zmienimy modelu ustrojowego Polski (lub przynajmniej ordynacji wyborczej do Sejmu) wszelkie inicjatywy wyborcze takie jak PJJ Piecha czy KKP Brauna, niezależnie od szczerości intencji ich liderów i intencji ich wyborców, działają na szkodę Polski.

Ugrupowania prawe, o prawych, patriotycznych poglądach, muszą się najpierw zjednoczyć, by zmienić model ustrojowy Polski, a dopiero potem, gdy sposób wyboru naszych przedstawicieli będzie reprezentatywny dla struktury naszego społeczeństwa, dopiero potem będą mogły promować swoją indywidualność i swoje koncepcje. Dla dobra Rzeczypospolitej, a nie na jej szkodę.

Marcin Bogdan

***

Od redakcji:
Przypomianmy, iż można nabyć książkę Marcina Bogdana "OSTATNIE LATA POLSKI W FELIETONACH"

Osoby, które są zainteresowane posiadaniem książki, prosimy o dobrowolną wpłatę na cele statutowe Stowarzyszenia Solidarni2010 oraz złożenie zamówienia na adres [email protected], podając jednocześnie informację na jaki adres ma być wysłana przesyłka. W przypadku odbioru w paczkomacie, prosimy o podanie nr telefonu i miejsca odbioru.

Oto nr konta:

67 2490 0005 0000 4520 4582 2486

Książka wydana została staraniem i środkami członków Stowarzyszenia Solidarni 2010 w ramach działań statutowych.

Читать всю статью