Luma: O kształt obecnej Polski.

konserwatyzm.pl 1 день назад

Zewsząd słyszę narzekania na położenie Polski (geografia, geopolityka) oraz na kształt obecnych granic, który (ten kształt) nie zapewnia nam bezpieczeństwa. Wszak od Warszawy do granicy Polski w okolicach Terespola jest niecałe 180 km. Cały czas straszy się nas zagrożeniem ze strony Białorusi czy Rosji. To nic, iż mamy od północy Bałtyk, od południa góry, a od zachodu Odrę. Wschód Polski, zdaniem niektórych, pozostaje takim miękkim podbrzuszem, takim łatwym celem w przyszłym konflikcie zbrojnym z powodu chociażby braku naturalnych przeszkód w postaci wielkich rzek.

I kolejna fatalna wiadomość, podawana nam ze strony mediów i ekspertów: leżymy w takiej geopolitycznej części świata, która jest przekleństwem praktycznie już od czasów mieszkowych, z nasileniem się zagrożeń w ostatnich wiekach. Chodzi tu szczególnie o Rosję i Niemcy, które to państwa, mimo ewolucji, zmiany nazw i systemów politycznych stale czyhają na naszą niepodległość. Wielka równina środkowo-europejska to teren wręcz zachęcający do prowadzenia działań wojennych, to styk, ,,przedmurze” cywilizowanej Europy (podkreślmy, iż już nie łacińskiej) z imperializmem wschodnim. Oczywiście Niemcy nie są już imperialistyczne. W trybie przyspieszonym stały się ostoją cywilizacji i państwem miłującym pokój ale to temat chyba na inny artykuł.

Koronnym dowodem fatalnego układu granic pojałtańskiej Polski jest wojna rosyjsko-ukraińska, po zakończeniu której możemy oczekiwać wojsk rosyjskich na Marszałkowskiej w Warszawie. Przecież to tylko ok. 200 km, z dobrymi drogami i nizinami, zachęcającymi do ataku.

Pojawiają się też takie kuriozalne argumenty: granice Polski i jej obszar są jakieś takie niepasujące do bycia krajem wielkim, znaczącym a zarazem dostatnim. I Rzeczpospolita to miała i obszar i granice, które sprzyjały utrzymaniu pozycji mocarstwowej. Teraz, co najwyżej, możemy pełnić rolę średniaka, średnio bogatego, będącego pod wpływem tych państw, które akurat w danym momencie stanowią o losach nasze części Europy. I co najgorsze: nie obronimy się sami, musimy liczyć (bezwarunkowo) na USA lub Niemcy a i tak pewnie staniemy się łupem kolejnej mutacji Rosji. Winien naszej trudnej sytuacji jest ten przeklęty Stalin, który na swojej wielkiej mapie, rozłożonej na starym, kremlowskim stole, tak bezdusznie i niesprawiedliwie poprowadził jakimś flamastrem linie naszych granic, które do dzisiaj przynoszą nam tylko same troski. Bo jak można nasze ukochane Kresy (to jednak Polska przecież – przyznaję) łapskiem dyktatora odciąć od ciała naszej Ojczyzny? Jak można było ,,wykroić” sobie taki Obwód Kaliningradzki, który zagraża nam bezpośrednio od północy?

Ciężko jest żyć w takim kraju. Najchętniej to byśmy zamienili się chociażby z taką Portugalią. Oni to mają położenie: obok tylko przyjazna Hiszpania i wody oceanu.

A teraz co do pozytywów. Mamy, dzięki temuż Stalinowi (nie zrobił tego oczywiście z miłości do Polaków), szeroki dostęp do morza, mamy góry, trochę żyznych ziem, jeziora, miasta portowe. Mamy też masę bogactw naturalnych (kłaniamy się tutaj w stronę takich pasjonatów jak inż. Tytko, który niestrudzenie mówi o bogactwach naturalnych Polski). Tylko jakoś tego nie zauważamy i tęsknimy za jakąś mityczną wielką Polską. Marzą nam się kresy: Lwów, Wilno, Brześć. De facto marzy nam się pierwsza Rzeczpospolita, kraj wielonarodowy, z wieloma wyznaniami, rozległy i, co najważniejsze sięgający swymi granicami od morza do morza. W swych wyobrażeniach odpływamy czasem tak daleko, iż chcemy tworzyć większe struktury (patrz: Międzymorze), oczywiście pod naszym przewodem ale i pod czujnym okiem naszego największego sojusznika i w swoim założeniu mają one być (te struktury) antyrosyjskie. Ziemie zachodnie (odzyskane) natomiast to trochę taki gorący kartofel, który Stalin nam złośliwie podrzucił, by nas na stałe skłócić z Niemcami, a przy tej okazji mieliśmy być jego zakładnikami w ewentualnych sporach z naszym agresywnym sąsiadem zza Odry.

Tymczasem jak dokonamy bilansu, posiłkując się wiedzą historyków, geografów, geologów, ekonomistów, to mamy dość atrakcyjny kraj, z wieloma atutami, bez zagrożeń ze strony natury (wulkany, trzęsienia ziemi), kraj praktycznie jednonarodowy (z małym tsunami w ostatnich latach), z położeniem sprzyjającym wykorzystaniu handlu międzynarodowego. Bo przecież po lewej mamy Europę Zachodnią z Niemcami (wciąż jeszcze rozwinięte gospodarczo tereny), po prawej Rosję z jej zasobami i dalej, ale jednak w dzisiejszym świecie odległość nie ma znaczenia, mamy Chiny – giganta, który chce rozbudować swoje szlaki handlowe na całym świecie. Brana jest tu pod uwagę oczywiście Polska.

A jak rozumiem hasło Wielkiej Polski? Mam tutaj realne podejście i zdaję sobie sprawę, iż zmiany obecnych granic Polski, choćby na naszą korzyść, byłyby błędem ocierającym się o zbrodnię. Już Dmowski wskazywał na rodzące się wtedy nacjonalizmy u naszych wschodnich sąsiadów. Jak wyobrażamy sobie powrót do Lwowa, Brześcia, Wilna? W wyniku wojny? A gdyby jakieś mocarstwo chciało nam, w wyniku układów, ,,sprezentować” nasze dawne Kresy, to grzecznie powinniśmy podziękować. To już są istniejące, okrzepłe państwa, mające swoje cele i przywiązanie do własnych ojczyzn. To nic, iż w tej chwili są rozgrywane na arenie międzynarodowej, bo takie są fakty, ale zawsze na zagrożenie ze strony polskiej zareagują prawdopodobnie nerwowo. Jest tylko jeden wyjątek od tej mojej reguły: państwo białoruskie, litewski czy ukraińskie przestaje istnieć, a dawne Kresy się całkowicie wyludniają lub zanika tam świadomość narodowa. To jednak nigdy nie nastąpi więc wracamy do powyższego.

Jako naród mamy podstawy do stania się Wielką Polską w obecnych granicach, z obecną generacją narodu, z sąsiadami, których dał nam Bóg (albo Historia – jak wolą niewierzący). Nie możemy uporać się z obecnymi narzuconymi nam elitami, działającymi w obcym interesie. Mamy problem z zagospodarowaniem tych 312 tys. km2, a snujemy projekty Wielkiej Polski od Bałtyku do Morza Czarnego czyli mocarstwa, które zaprowadzi swój porządek w tej części Europy.

Amittit merito proprium, qui alienum appetit – Słusznie traci swoje, kto sięga po cudze. Dobrze tu pasuje ta sentencja łacińska. Nie powielajmy błędu sanacji z 1938 roku dotyczącego Zaolzia. Kresy już nie są nasze choć sentyment pozostaje i to oczywiście rozumiem.

Jarosław Luma

Читать всю статью