Upadek państwa zaczyna się od ludzi
Tak czy siak, będzie źle
Opozycja wraz z otoczeniem (p)rezydenta robi, co może, aby obrzydzić nam rząd, a zwłaszcza premiera, tylko po to, aby wywoływać niezadowolenie ludzi, destabilizację i, niestety, przygotować grunt pod zawieruchę w celu ułatwienia Putinowi bądź jego następcy zajęcia Polski bez specjalnego wysiłku militarnego. Pomaga im w tym dziele Trump, bo wojną na Ukrainie przestał się już interesować.
Co w praktyce opozycja robi? „Walczy” z rządem o to, kto załatwił „dodatkowe” 5 tys. wojaków z USA – choć może to być tylko tysiąc więcej – oraz wini rząd za fałszywe alarmy, stawiające na nogi strażaków, lekarzy i policjantów angażowanych w domach ich pisowskich kolegów, podające, iż tam u nich niby pożar czy ktoś zemdlał. A Putin się cieszy, bo to dla niego git jest osłabienie w Polsce, więc może sobie choćby na Białorusi robić manewry wojskowe.
Rosyjskie siły strategiczne 19 i 20 maja ćwiczyły nuklearny odwet po ataku państwa atomowego na Rosję. Dzień wcześniej, 18 maja, wywiad zagraniczny Rosji ogłosił, iż Ukraina na Łotwie rozmieściła w tamtejszych bazach swoje siły dronowe i zamierza uderzyć na tyły i infrastrukturę krytyczną, więc w ramach ćwiczenia zamierzają uderzyć w te miejsca na Łotwie. To brzmi już naprawdę groźnie. A jak dodamy do tego, iż w czasie ćwiczeń Rosji we wtorek 19 maja myśliwiec NATO z misji Baltic Air Policing zestrzelił ukraińskiego drona, który przelatywał nad Łotwą w drodze do Rosji – to mamy już zapowiedź ataku Rosji na państwo NATO. Dla mnie, byłego żołnierza, wcześniejsze, bo 14 maja, podanie się do dymisji premier Łotwy Eviki Siliny może mieć związek z tym zestrzeleniem podczas ćwiczeń, bo sama zezwoliła Ukrainie na przelot dronów nad Łotwą, które nie tak dawno niszczyły skutecznie infrastrukturę portową Rosji nad Bałtykiem. Po co Ukraińcy puścili drona akurat wtedy, gdy były ćwiczenia Rosji? Nie wiem – choć mógł to być dron trofiejny, czyli zdobyty na linii frontu.
Nie obchodzi mnie, iż Rosja z zaplanowanych 90 tys. żołnierzy skierowała na front mniej, bo 70,5 tys., jak i to, iż chcą uniknąć ogłoszenia częściowej mobilizacji. Ale obchodzi mnie duża liczba wojska po obu stronach w rejonie Konstantynówki i Czasiw Jaru, co oznacza, iż będzie to decydująca w tym roku bitwa. A skoro tak, to co będzie, jak Ukraina padnie? Po pierwsze – i to najmniejszy problem – wydłuży się o kilkaset kilometrów, aż do Słowacji, granica Polski z imperium budowanym przez Rosję. Po drugie – do Polski i innych państw UE trafią uchodźcy, a wśród nich weterani wojenni z zaburzeniami psychicznymi na skutek traumy, jak i ci doświadczeni, odporni na stres i trudne warunki bytowania. Będą rozczarowani Zachodem i wrogo do niego nastawieni. Po trzecie – duża część wojsk Ukrainy zostanie zaprzęgnięta w rosyjską machinę wojenną wpuszczoną w ruch przeciw Polsce.
Jednak, paradoksalnie, zwycięstwo Ukrainy i niezdobycie do września przez Rosję Kramatorska i Słowiańska może oznaczać dla nas kłopoty, ale już na skalę większą niż telewizyjne pyskówki posłów o ilości wojska zza oceanu. W październiku zacznie się słynna rastupica, czyli błoto, deszcze i unieruchomienie ruchów wojska. A jak opadną liście, to będzie już żniwo i raj dla dronów. Co zrobią orkowie Putina? Skupią się na przerywaniu dostaw zachodniej pomocy dla Ukrainy. Celem będzie Polska i Rumunia, z której Trump już swoje wojsko zabrał. Rosja rozpocznie drugi etap hybrydowej konfrontacji, czyli będzie wywoływać taki chaos, jakiego świat jeszcze nie oglądał. Wyrzucany z wagonów ładunek dla Ukrainy po zatrzymaniu pociągu, wybuchające tramwaje, wypadek cysterny z chlorem lub amoniakiem, pożary w fabrykach i centrach handlowych z podrzucanymi częściami dronów z ukraińskimi napisami staną się (oby nie!) codziennością.
Czy tak, czy siak, będzie źle. Musimy być na to przygotowani, bo upadek państwa zaczyna się od ludzi. To my, przeciętni zjadacze chleba, nie politycy, stoimy na pierwszej linii obrony. Domagajmy się od rządzących prawdy, nie oceniajmy pochopnie i nie dajmy się ponieść emocjom. Bo nic już nie będzie takie, jakie nam się wydaje. BYŁY ŻOŁNIERZ
Nieuczciwe działania opozycji
Psy szczekają, a karawana idzie dalej…
Ostatnio opozycja zgłasza obawy, iż postępowanie rządzących zagraża naszym stosunkom z USA. Mam w związku z tym kilka pytań do pisowskich geniuszy:
– Czy szacunkiem jest, gdy za biurkiem siedzi Trump, a obok trochę stoi, a trochę kuca prezydent Polski Duda, podpisując dokumenty? Widział to cały świat!
– Czy szacunkiem jest, gdy uśmiechnięci (szczery ten uśmiech…?) Trump i Nawrocki poklepują się po ramionach, a za chwilę Trump oświadcza, iż nigdy na misjach wojskowych nie potrzebował pomocy, a ci, co się tam przyplątali, chowali się na tyłach, za plecami amerykańskich żołnierzy. Reakcja naszego zwierzchnika sił zbrojnych – żadna?!
– Czy szacunkiem jest, gdy ambasador USA w Polsce nakazuje marszałkowi polskiego Sejmu, aby poparł kandydaturę Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, bo jak nie, to on zabiera wiaderko, łopatkę i grabki i nie będzie się już z marszałkiem bawił?
Reakcja naszej dyplomacji w sprawie relokacji wojsk USA w Polsce była zdecydowana. Doprowadziła do tego, iż w Kongresie Stanów Zjednoczonych senatorowie, tak demokraci, jak i republikanie, dali popalić najwyższym rangą wojskowym. Słuchając ich kategorycznych stwierdzeń, iż Polska jest najpewniejszym sojusznikiem USA, którego należy szanować, czułem dumę z tego, jak skuteczna okazała się nasza dyplomacja. Karol Nawrocki też otrzymał obietnicę wysłania do Polski dodatkowego kontyngentu wojsk, za co dostał pochwałę od rządu.
Nieuczciwe postępowanie przedstawicieli PiS-u zobrazuję jednym choćby przykładem. Dotyczy on pana, który był premierem i tak napaskudził z Zielonym Ładem, iż głowa boli! Zielony Ład chwalili Morawiecki, komisarz Wojciechowski i choćby Kaczyński, choć bez entuzjazmu. Rząd premiera Donalda Tuska wiele tych knotów już ponaprawiał i naprawia dalej. Nie przeszkadza to tym pisowskim szkodnikom iść razem z protestującymi przeciwko Zielonemu Ładowi i szkalować obecny rząd.
Jak nazwać takie postępowanie, niech czytający mój list wybierze sam: niewiedzą, hipokryzją, głupotą, brakiem patriotyzmu czy zwykłą niekompetencją, a może jeszcze inaczej? Panie Premierze Tusku, kibicuję obecnemu rządowi, bo mimo przeszkód radzicie sobie nieźle. W tryby sypie piach ekipa Karola Nawrockiego, kłody pod nogi rzuca opozycja. Prawo mamy zdewastowane i, by coś osiągnąć, trzeba czasu i niezłej gimnastyki. Udaje się to Pańskiej ekipie – gospodarka ma się coraz lepiej, wojsko jest dozbrajane (ale za mało schronów i innych zabezpieczeń dla ludności cywilnej!), poparcie dla koalicji wzrasta, dla PiS-u maleje, bo coraz więcej ludzi widzi, ile są oni warci. A na głośne pohukiwanie opozycji niech Pan odpowiada porzekadłem, które PiS często powtarzał, gdy był u władzy: „Psy szczekają, a karawana idzie dalej”. Panie Karolu Nawrocki, o ile Pan ze swoją ekipą naprawdę dobrze życzy Polsce, to przestańcie „pomagać” i nie przeszkadzajcie. Wasze działania są destrukcyjne i niebezpieczne. Putin jest blisko i coraz częściej puka do drzwi NATO. JAN P.
Błaszczak i Czarnek przedmuchują uszy
Za PiS i Jarosława!
Do napisania tego listu skłonił mnie przedstawiany niemal codziennie w mediach widok sali obrad Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, eksponujący ławę przywódców Prawa i Sprawiedliwości. Zasiadają w niej Jego Wysokość Jarosław Wspaniały oraz pozostałe Ekscelencje, osobistości wybitnie odporne na inteligencję Błaszczak i Czarnek. Do niedawna był na tym miejscu Terlecki.
Moim zdaniem obrazek ten powinien być natchnieniem dla poetów, pisarzy, filozofów. Powinien on również znaleźć się w podręcznikach szkolnych.
Widząc, jak ci dwaj panowie, siedząc bokiem przez długie godziny obrad Sejmu, wpatrują się wnikliwie w urokliwe oblicze Prezesa, jednocześnie przedmuchując jego uszy, doznaję wręcz ekstazy. Podobnych olśnień nie dostarczają nam choćby reportaże z Korei Północnej czy archiwa z dokumentacją opisującą mroczną epokę kultu jednostki.
Ci dwaj posłowie poświęcają swoje zdrowie (kręgosłup, płuca) dla Ojczyzny. Jarosław Wspaniały jest przecież najdoskonalszą postacią w historii. Zwracam się więc do marszałka Sejmu RP o pilne przyznanie im specjalnych dodatków do diet – uposażeń polskich parlamentarzystów.
Natomiast miłościwie nam panujący Prezydent miałby rozważyć nadanie tym najwybitniejszym patriotom najwyższych odznaczeń państwowych. Głęboko wierzę, iż w 2027 roku, po wygranych przez ultrakonserwatywną prawicę wyborach, nowy Sejm zadecyduje o wzniesieniu w godnym miejscu złotej wieży ku chwale Jarosława Wspaniałego, pamiętając o niezwykłej osobowości i geniuszu tego człowieka. Wieża powinna przewyższać Burdż Chalifa w Dubaju, jak dotąd najwyższą tego typu budowlę na świecie. I to tyle moich przemyśleń…
A teraz proszę o powstanie z miejsc i gromkie zawołanie: „Za PiS i Jarosława – huraaaaa”!
Kochani! To jest tylko takie minimum, które możemy uczynić w dziele pomnożenia wielkości tak wybitnej osobowości. MAREK z WARSZAWY
Apeluję do młodych wyborców
My a wy
W roku 1871 – dwudziestodwuletni wówczas – Aleksander Świętochowski opublikował na łamach „Przeglądu Tygodniowego” tekst zatytułowany „My i wy”. Tekst ten stał się z czasem manifestem pozytywizmu. Tytułowi „my” to byli właśnie młodzi pozytywiści, a „wy” to starsze pokolenie romantyków.
Zawsze są jacyś „oni” i jesteśmy też zawsze „my”.
Mój tekst jest w pewnym sensie odwróceniem ról, ale tylko jeżeli chodzi o wiek. Oto ja, stary pozytywista, zwracam się do was, młodych „romantyków”, z apelem o chwilę zastanowienia. A powodem jest przeczytany przeze mnie raport o wiekowych preferencjach politycznych Polaków, z którego wynika, iż wśród wyborców Konfederacji dominują wyborcy poniżej 45. roku życia, głównie mężczyźni aktywni zawodowo. To elektorat ludzi ponoć zmęczonych wysokimi kosztami życia, podatkami, kredytami i państwową biurokracją. Ale także pokolenie wychowane w kulturze internetowego sprzeciwu wobec „systemu”. Dawniej młodzi buntowali się gitarą i manifestacją uliczną. Dziś buntują się memem, kanałem na YouTubie i – ponieważ mogą – głosem oddanym na ugrupowanie, które obiecuje „rozmontowanie układu”. jeżeli wy jesteście zmęczeni ciężarem życia, to co mamy powiedzieć my, którzy pamiętamy biedę lat 90.? Rodziny często z kilkorgiem dzieci. Zamykane zakłady pracy i towarzyszący temu dosłowny strach o jutro. Wielu ludzi wyjeżdżało za granicę nie po przygodę, ale dlatego, iż tu nie było pracy. Polska, w której dziś żyjecie, powstała dzięki ogromnemu wysiłkowi milionów ludzi. W jakiś sposób także dzięki błędom, sporom i kompromisom.
My pamiętamy kolejki po paszport, kontrole graniczne i celników zaglądających do każdego bagażu. Wy dziś możecie wsiąść do samolotu i polecieć do Barcelony na weekend. Możecie studiować za granicą, pracować w różnych krajach Europy, poznawać świat bez pytania kogokolwiek o zgodę. To nie jest rzecz oczywista ani dana na zawsze. To wielkie osiągnięcie Polski ostatnich dekad.
Nie ma idealnego systemu. Nigdy nie było i nie będzie. Każde państwo pobiera podatki. Każde wymaga pracy, odpowiedzialności i kompromisów. Państwa, w których według rozmaitych badań żyje się najlepiej, to jednocześnie kraje o wysokich podatkach i wręcz ekstremalnie wysokich kosztach życia. To między innymi dlatego mieszkający tam Polacy przyjeżdżają nad Wisłę, by się leczyć. Kiedy słyszę, iż wystarczy „rozbić układ”, zlikwidować połowę instytucji i wszystko stanie się proste, czuję na plecach ciarki. Ciarki przeciwnika rewolucji. Nie piszę tego, żebyście przestali się buntować. Bunt młodych jest potrzebny. Gdyby młodzi się nie buntowali, moi rówieśnicy nigdy nie obaliliby komunizmu. Ale chciałbym, żeby wasz bunt był mądry. Żeby wynikał z myślenia, a nie tylko ze złości.
Mam świadomość tego, iż Tusk to dla was stary człowiek. Mając dwadzieścia kilka lat, tak się przecież myśli choćby o czterdziestolatkach. Jednak Tusk to ktoś, kto ma nie tylko ogromne doświadczenie we wszystkich sprawach, nie tylko ktoś, kto porzucił możliwość wygodnego życia dla ratowania – tak, nie boję się tego patosu – Ojczyzny, ale też ktoś, kto ma niebywałą charyzmę sprawiającą, iż ufają mu miliony waszych rodziców, dziadków. Ufają mu także ci młodzi, którzy wierzą, iż system można zmieniać bez rewolucji. Norman Davies powiedział rzecz prostą: „Przy tak bolesnej polskiej historii lepiej mieć w Europie przyjaciół. Czyli być przy stole, nie za drzwiami. Móc decydować i dostawać, nie pukać po prośbie…”. Doświadczenie Brytyjczyków, jakże świeże, mówi, iż kto dziś walczy o „odzyskanie kontroli”, jutro może siedzieć na jakimś moście z tabliczką: „Głosowałem za polexitem. Przepraszam”. Domyślam się, iż raczej tego nie przeczytacie, bo dziś dla was, co też smuci, przeczytanie tekstu dłuższego niż wpis na X jest niewyobrażalne. Po co więc piszę? Dla spokoju swojego sumienia. ANDRZEJ ZAWADZKI
Nadal reprezentujemy Europę Wschodnią
I po Sopocie…
Postanowiliśmy z rodziną wyruszyć do Sopotu na festiwal muzyczny. Pierwszego dnia, w piątek, już przed hotelem poczułam, iż nie jest to miejsce, w którym będziemy się czuć komfortowo. Wśród kolorowych aut, których nazw choćby nie umiem poprawnie wypowiedzieć, ale które wzbudzały entuzjazm moich synów, próbowaliśmy nieudolnie zaparkować nasze stare audi. Udało się na publicznym, parkometrowym parkingu (…).
Taksówkę do Opery Leśnej złapaliśmy przed samymi drzwiami hotelowymi – taksówkarze niczym sępy krążyli na podjeździe, czując krew. Miły pan podwiózł nas pod Operę za 50 zł (…).
Miejsca na widowni mieliśmy blisko sceny, ale lekko z boku, więc i widoczność występów była nieco ograniczona. Za to mieliśmy świetny widok na życie poza kamerami. Celebrytów. Prowadzących. Gwiazd. I masę trybików w tej ogromnej machinie festiwalowego show. Obserwowanie tego wszystkiego było przez większą część festiwalu bardziej interesujące niż sami występujący…
Artyści pierwszego dnia festiwalu wzbudzali entuzjazm raczej wśród nielicznej młodzieży. My, pokolenie urodzone przed 2000 r., niezgrabnie próbowaliśmy bujać się do rytmu tak, jak nam kazała pani zza wycelowanej w nas wielkiej kamery. Bo przed imprezą my, goście z sektorów pierwszych, zostaliśmy przeszkoleni z okazywania ekscytacji – gdy zobaczymy lufę kamery, mamy machać, uśmiechać się, śpiewać i tańczyć. Pojawiła się nerwowa myśl, iż jeszcze nie jest za późno, obok jest wyjście, jeszcze bez kompromitacji możemy to zakończyć. Wyobrażałam sobie, jak cała Polska ogląda w TV bawiącą się widownię Sopotu oprócz czterech osób… Później okazało się, iż do grona ponuraków dołączyłyby jeszcze dwie osoby – Robert Górski z małżonką, siedzący dwa rzędy przed nami. Chyba był tam, bo być musiał. Ponuro ciamkał gumę przez cały wieczór, co przypomniało mi parodiowaną przez niego postać Kaczyńskiego – z wiecznie zajętą czymś twarzą. Pierwszą część koncertu jakoś znieśliśmy. Czas umilała nam wspomniana obserwacja medialnego otoczenia – bo z pewnością nie występujący, których widziałam i słyszałam po raz pierwszy, i ostatni zapewne, w życiu. OK, Grzegorza Skawińskiego znam. Resztę znały tylko piszczące nastolatki, których nie było już na widowni, gdy zaczęła się część druga, poświęcona Krzysztofowi Krawczykowi (…).
Koncert jemu zadedykowany był zdecydowanie ciekawszy niż część pierwsza. Stare, znane teksty i melodie. Może i w nowych aranżacjach, ale to przez cały czas TE melodie. Największy entuzjazm widowni wywołała jednak Edyta Górniak. Cokolwiek by o Edzi mówić – jest to Gwiazda. Nie to, co liczne piosenkareczki występujące w pierwszej części, które zabłysną raz i świat o nich zapomni. Stara wyjadaczka Edzia zrobiła prawdziwy Show, ludzi do śpiewu i tańca porwała. Kayah też ma w sobie To Coś. Jej się słucha, na nią się patrzy. Ale nie Steczkowska – samozachwycająca się dzidzia-piernik podczepiająca się pod Skolima będącego akurat na fali. No nie… Trzeba wiedzieć, kiedy nie tyle zejść ze sceny, co pogodzić się z wiekiem. Kayah i Edzia to potrafią. Dzień trzeci. Kabareton. Pamiętając zeszłoroczny, nie miałam wielkich oczekiwań. Nachalne, jednostronne naśmiewanie się z polityki w moim odczuciu jest już passe. I kabareciarze częściowo też to wyczuli. Ale nie wszyscy. Dziadek Kryszak coś tam niewyraźnie mamrotał pod nosem w swoim stylu – nikt nie wiedział, o co chodzi, ale z grzeczności publiczność poklaskiwała i z grzeczności chyba przez cały czas jest tam zapraszany. Może i on kiedyś bawił pokolenia wcześniejsze – ale nas już nie. Jemu peron już odjechał.
Kabaret K2. Rok temu jechali konkretnie po pewnym ugrupowaniu politycznym. Teraz poluzowali nieco, ale przytyki były w dwie strony. Naśmiewanie się z duchownych też… O, jakież to oryginalne. Chociaż prawdę o Poczcie Polskiej objawili – na pocztach do kupienia brakuje jedynie półtusz wieprzowych.
Najśmieszniejsze są właśnie skecze dotyczące społecznych, życiowych spraw. Jak ten zaprezentowany przez kabaret Ani Mru Mru (po co w szkołach nauka gry na flecie?), niesnaski rodzinne (Kabaret Moralnego Niepokoju), uprzedzenia Polaków (Kabaret Młodych Panów), moda na „psiecko” czy butelkomaty – śmialiśmy się wszyscy. Na żywo bawi to prawdopodobnie bardziej niż przed telewizorami.
Prowadzący również byli bardzo udani. Żarty sytuacyjne – wyreżyserowane czy nie – bawiły. Najsłabszym ogniwem był Kabaret Czesuaf… tu już połykałam ziewanie. Było na siłę, monotonnie i przewidywalnie. A potem nastąpił koniec. Pożegnanie przez prowadzących, w czasie którego publiczność tłumnie, mało kulturalnie ruszyła do wyjść. Prowadzący jeszcze mówią, dziękują i żegnają, ale tłum ma ich już gdzieś! Prowadzący muszą odgrywać swoją rolę, bo kamery patrzą, ale ludzi to nie interesuje. Oni już zobaczyli i idą. Wiocha. Tak jak przy każdej przerwie reklamowej (w TV, bo na sali nie było takowych) tłum dorosłych ludzi ruszał po żarcie. Po napoje, do toalet (…).
Ale nie spodziewałam się niczego innego. W końcu reprezentujemy przez cały czas konsekwentnie Europę Wschodnią – zachowaniem, kulturą, sposobem wypowiedzi czy wizerunkiem – czy to na plaży, czy na deptakach, w restauracjach, na koncertach. Już wiem, dlaczego jesteśmy w Europie rozpoznawalni. MAGDALENA KOŁACZEK












