Stracone złudzenia
Wywiad, którego udzieliła Marta Nawrocka jednej z telewizji, miał być – przynajmniej dla pomysłodawców wydarzenia – momentem przełomu. Żona rezydenta – w świecie wciąż zdominowanym przez mężczyzn – miała wnieść nową jakość. Ci, którzy liczyli na wrażliwość na sprawy kobiet, postęp w sporach obyczajowych, może choć cień zrozumienia dla tematów reprodukcyjnych, które od lat dzielą Polskę, srodze się zawiedli. Zamiast przełomu dostaliśmy chłodny komunikat: Nawrocka nie będzie rzecznikiem kobiecych spraw, nie będzie postępu, nie będzie choćby symbolicznego gestu. Występ telewizyjny poszedł bardziej w kierunku ustawki w lesie (też miała broń, kajdanki) niż manifestacji w obronie kobiet.
To boli bardzo. Bo przecież historia kobiet w Polsce to historia wytrwałości manifestujących, ale i wpływu jednej kobiety, konkretnie żony Piłsudskiego, która wywarła na mężu tak silną presję, by stosowny dokument podpisał. Nadzieja, iż „jedna z nas” w kluczowym momencie pomoże przesunąć akcenty choć o milimetr, jest może naiwna, ale też ludzka. W tym kontekście przypomina się postawa żony Andrzeja Dudy. Przez lata krytykowana za milczenie, potrafiła jednak – zakulisowo czy nie – wpłynąć na decyzję o wecie wobec reformy edukacji firmowanej przez Przemysława Czarnka.
Można spierać się o zakres i znaczenie tego gestu, ale był to sygnał, iż choćby mając ograniczone pole manewru, można próbować coś „załatwić”, wyhamować, złagodzić kurs. W wywiadzie Marty Nawrockiej nie było choćby tego. Była za to wyraźna deklaracja lojalności wobec status quo. Równie nieudana okazała się próba ocieplenia wizerunku politycznego zaplecza. Telewizyjna opowieść miała – jak sądzę – odczarować postać budzącą silne emocje, pokazać ludzką twarz, odsunąć skojarzenia z agresywnym stylem uprawiania polityki i dawnymi kontrowersjami. Zdaję sobie sprawę z tego, iż poprawa wizerunku bohatera ustawek nie jest łatwa. Może zatem lepiej było już milczeć. Efekt? Kompletna klapa – dla tych, którzy liczyli na realną zmianę, i dla tych, którzy chcieli sprzedać jej namiastkę.
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim jest to, iż złudzenia nie były abstrakcyjne. Były zakorzenione w pamięci o kobietach, które naprawdę coś wywalczyły. O tych, które nie bały się ryzykować pozycji, reputacji, komfortu. Okazuje się, iż sama obecność kobiety w przestrzeni władzy nie jest gwarancją zmiany. Płeć nie zastępuje odwagi, a symbol nie zastępuje działania. W tym miejscu chcę przypomnieć chociażby postać Jolanty Kwaśniewskiej, która przez wielu była wskazywana jako mająca duże szanse na objęcie urzędu prezydenta po dwóch kadencjach męża. Kobiety, która w czasach prezydentury męża – poza stylem i szykiem – miała również energię do działania, intelekt i odwagę. Nasze stracone złudzenia bolą, ale mają jedną zaletę: uczą realizmu. I może właśnie to – paradoksalnie – będzie najtrwalszym wnioskiem z wywiadu sublokatorki Pałacu Prezydenckiego. ELA
Nietykalni
Niektórzy chcieliby, żeby w polityce istniał pewien osobliwy parasol ochronny. I żeby rozciągał się on nie nad ministrami, posłami czy kandydatami na prezydenta, ale nad ich współmałżonkami. „Zostawcie rodziny w spokoju” – słyszymy, gdy tylko pojawi się cień krytyki. Ostatnio taki krzyk podniósł Szymon Hołownia. Tyle iż sprawa wcale nie jest według mnie tak prosta. jeżeli ktoś świadomie wchodzi do pierwszego rzędu życia publicznego – choćby jako „osoba towarzysząca” czy „ocieplająca wizerunek” – przestaje być wyłącznie prywatny. Małżonki polityków – bo to głównie o nie chodzi – pojawiają się na konwencjach, w kampaniach, w mediach społecznościowych, podczas zagranicznych wizyt. Towarzyszą w chwilach triumfu, korzystają z prestiżu urzędu, nierzadko z ochrony, podróżują. Trudno więc utrzymywać, iż ich rola jest całkowicie poza debatą publiczną.
Hołownia też chętnie pokazywał się z żoną w różnych sytua cjach. Wtedy wszystko było OK – żona mogła opowiadać, jak świetnym facetem jest jej mąż, jak warto na niego zagłosować. Przy okazji on mówił przecież o walorach żony, co miało dać mu te X głosów więcej. Swego czasu, gdy na czele resortu edukacji stał Przemysław Czarnek, głośno było o tym, iż to dla jego żony utworzono na uczelni wydział lekarski. W tym samym czasie jego wypowiedzi o kobietach, młodzieży czy środowiskach mniejszościowych wywoływały ogromne emocje. Czy naprawdę można uznać, iż osoba, która spędzała z nim najwięcej czasu, nie miała żadnego wpływu? Że nie toczyły się w domu żadne rozmowy, iż nie było prób tonowania? Dlaczego więc nie mogę przypuszczać, iż to, co mówił Czarnek, spotykało się z aprobatą jego żony? Niech mówi, co chce, byle tylko załatwił mi stołek! Taka logika nasuwa się sama.
Podobnie w przypadku Karola Nawrockiego – osoby budującej swój wizerunek wokół historii, pamięci i państwowej dumy. jeżeli żona towarzyszy w oficjalnych wydarzeniach, występuje publicznie, wspiera kampanię – staje się częścią przekazu. A przekaz ten podlega ocenie, tak samo jak program. Przecież żona słyszała gwizdy, bo pokazywała się razem z prezydentem, dlaczego zatem nie miałbym oceniać jej medialnych występów? Zupełnie nie rozumiem fali krytyki z powodu oceniania wstecznych i nijak nielicujących z postawą kobiet treści (…). Prostuję, nie chodzi mi o tabloidalne plotki ani o wchodzenie z butami do sypialni. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o odpowiedzialność. Współmałżonkowie polityków często przyczyniają się do tego i korzystają z faktu, iż ich partner „gdzieś został wybrany”. Skoro więc istnieją wymierne korzyści, istnieje też prawo opinii publicznej do zadawania pytań i wydawania sądów w takich sprawach. Żony i mężowie mają największą szansę, by być lustrem dla polityka. To w domu opada przecież maska, tam kończą się przemówienia i konferencje prasowe.
Jeśli polityk radykalizuje język, dzieli społeczeństwo, igra z emocjami – to najpierw powinien usłyszeć opinię najbliższej osoby. Czy słyszy wtedy: „Masz rację, idź dalej tą drogą”, czy może: „Zastanów się, czy nie przesadzasz”?, albo nawet: „Zrobiłeś z siebie głupka”. Mit o nietykalności rodzin polityków bywa wygodny. Chroni przed trudnymi pytaniami o nepotyzm, o korzystanie z publicznych pieniędzy, o moralną odpowiedzialność za słowa i decyzje. Tymczasem demokracja nie polega na tym, iż krytykujemy tylko tych, którzy podpisują ustawy. Polega też na tym, iż analizujemy cały system zależności i wpływów.
Oczywiście granica istnieje. Nikt rozsądny nie powinien atakować dzieci polityków ani wyciągać prywatnych dramatów. Ale dorosły współmałżonek, świadomie obecny w życiu publicznym, korzystający z jego przywilejów, nie może być jednocześnie całkowicie poza oceną. Może więc, zamiast powtarzać mantrę: „rodziny zostawcie w spokoju”, warto powiedzieć uczciwie: jeżeli stajesz na scenie, w pierwszym rzędzie, w świetle kamer, obok kandydata – bierzesz na siebie część odpowiedzialności za to, co potem dzieje się na tej scenie. Tobie choćby łatwiej z tej sceny zejść niż jemu. ALEKSANDER POPOWSKI
Niezłomna demoralizacja
Miasto Jarosław zaprosiło mieszkańców 1 marca do udziału w Biegu Tropem Wilczym, które to wydarzenie było jednym z wielu z okazji obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Biegajcie, biegajcie. Z bieganiem to jak ze śmiechem – samo zdrowie. Ale w politykę nie wchodźcie, bo wciąga i unicestwia. W Polsce nigdy nie było żadnych „żołnierzy wyklętych”. To jest kolejny wynalazek poczyniony jedynie do politycznych celów. Tu nie chodzi o oddawanie czci komukolwiek. Tu chodzi o polityczną atrakcyjność formacji politycznej i przyciągnięcie zwolenników do tej formacji, oczywiście wszystko na bazie niechęci do ZSRR. Podobnie jak było z tragedią smoleńską: „Zabili nam prezydenta”.
I tu uwaga – taka zagrywka rodzi u młodzieży prosty wniosek: skoro tu sztucznie kreują bohaterów, to prawdopodobnie te wszystkie inne uroczystości oddające cześć poległym w obronie ojczyzny, te wszystkie podobne parady, przemówienia i salwy, to również wielki, mówiąc kolokwialnie, pic na wodę i fotomontaż. A zatem współczesne manifestacje poparcia „niezłomnych” to przede wszystkim demoralizacja młodzieży. A pamiętajmy, iż autentyczna potrzeba pamiętania i refleksji o naszych przodkach to delikatna tkanka. Natomiast polityka, szczególnie uprawiana bezkompromisowo, zainfekować potrafi najszlachetniejsze pobudki.
W Polsce kultura oddawania czci prawdziwym bohaterom jest rozwinięta, ugruntowana i bogata. I nie ma potrzeby dorabiania jej piątego koła, w dodatku denerwująco skrzypiącego. Wśród ludzi, którzy nie oddali broni po zakończeniu ostatniej wojny, prawdopodobnie były osoby szlachetne i zagubione. Ale było też za wiele band i kryminalistów, by dziś ich wszystkich wynosić na ołtarze. Po wyzwoleniu Polska dalej krwawiła, choć nie musiała. Niedawno została wydana potężna (niemal 900 stron) książka autorstwa prof. R. Wnuka i dr. S. Poleszaka „Niezłomni czy realiści?”. Książka właśnie o powojennej partyzantce. Bez fabuły, jedynie udokumentowane fakty, a czyta się jak „Potop” Sienkiewicza. Książka bez stawianych żadnych tez. I uważam, iż (z wyjątkiem historyków) kto tej książki nie zna, nie powinien zabierać głosu na te tematy. ZBIGNIEW POLIT
Polityk czy pajac?
Inteligentny, sympatyczny, kulturalny. To nie ulega wątpliwości, ale niestety – od polityka wymaga się czegoś więcej. Przede wszystkim zdrowego rozsądku. Jednak z tym nasz bohater, Pan Szymon Hołownia, ma poważny problem. O tym, co się dzieje w partii, której długo przewodniczył – Polsce 2050 – pisać nie będę. Szkoda czasu. Ale przypomnijmy niektóre wydarzenia z jego udziałem. Nieoczekiwane spotkania z politykami PiS-u. Po co składał te wizyty? Do dzisiaj nie wiadomo. Ale czy można je potraktować tylko jako zwykłe dzi wactwa? Kandydowanie na urząd prezydenta RP? Jest na tyle inteligentny, iż wiedział o braku jakichkolwiek szans na sukces. Ale co szkodzi spróbować? Gdyby choć trochę ruszył głową, to na 100 proc. wiedziałby, iż odbiera głosy Trzaskowskiemu.
Moim skromnym zdaniem – wiedział. Nic odkrywczego, ale jak to świadczy o naszym bohaterze? Zbyt szybkie zaprzysiężenie Karola Nawrockiego na urząd prezydenta RP. Przypomnijmy – wyniki wyborów nie zostały jeszcze zatwierdzone choćby przez Państwową Komisję Wyborczą, po co więc był ten pośpiech? I skąd te superzagadkowe informacje o czymś tak bulwersującym jak zamach stanu? Za dużo różnych, bardzo trudnych do zrozumienia informacji, za dużo sytuacji, gdzie brakuje jednoznacznej oceny, gdzie trudno doszukać się jakiejkolwiek logiki. I stąd tytuł tekstu. Obraźliwy? Zapewniam – nie miałem złych intencji. Ale fakty mówią same za siebie. Niestety. KRZYSZTOF WAŚNIEWSKI
Uwaga! Wypadek!
I wcale nie chodzi mi o kolejny wypadek drogowy, o czym ostrzega stosowny znak. Chodzi mi o wypadek, który może się wydarzyć na terenie dowolnego kraju, który zechce sobie zrobić (jeśli potrafi), albo kupić bombę atomową. Czy będzie on możliwy przy całodobowym monitorowaniu? Czy możliwe będą próby kradzieży? Jak najbardziej, bo takowe już były zarówno w USA, jak i w ZSRR. Dzień 5 lutego tego roku jest dniem, w którym przestał obowiązywać, bo wygasł po ponad 60 latach, ostatni traktat dotyczący kontroli zbrojeń nuklearnych na świecie New START. Ograniczał on liczbę bomb atomowych USA i ZSRR (teraz Rosji) do 1550 po każdej ze stron, w 800 systemach przenoszenia. Wynegocjowany w 2010 r. przez Miedwiediewa (ówczesny prezydent) i Obamę wszedł w życie rok później na 10 lat, przedłużony został na kolejne 5. Jesteśmy w sytuacji, jak podczas kryzysu kubańskiego w 1962 r., kiedy to generałowie powiedzieli Kennedy’emu, iż ZSRR ma 500 pocisków nuklearnych (USA miały ich 65). Kennedy dekretem kazał zrobić ich 1000. Ale kiedy sprostowali, iż Chruszczow ma tylko 4 rakiety zdolne dolecieć do USA, było już za późno, by to wycofać. Dekret działał, produkcja ruszyła. A jak ruszyła w USA, to również w ZSRR. Były kolejne traktaty rozbrojeniowe, ale już dawno wygasły. Żadna ze stron nie bardzo chciała tworzyć nowych, bo do gry wchodziły… Chiny. Dzisiaj mają one ponad 600, a do 2030 r. chcą mieć 1000 pocisków nuklearnych. USA swego czasu weszły w tzw. gwiezdne wojny, ale ZSRR poszedł w kierunku miniaturyzacji ładunków jądrowych. Takich małych, od 3 do 10 kiloton, wystrzeliwanych z armat lub umieszczanych w hipersonicznych rakietach. Były choćby wzajemne (USA i ZSRR) kontrole, wcześniej uprzedzane, ale pandemia w 2020 r. je wstrzymała i… się zakończyły.
Przeczytałem na pasku TVN24, iż podejmowane są próby przywrócenia sztywnej łączności wojskowych USA i Rosji. Chyba po to, aby informować o „wypadkach” związanych z bronią nuklearną. A co na to Trump? Jeszcze w kampanii wyborczej mówił, iż „lubi denuklearyzację”. Teraz zmienił zdanie, choć nie ręczę, iż tak zostanie, bo gdy ANGORA to wydrukuje, a ktoś w Chicago przeczyta i mu doniesie, nie zmieni go ponownie. Nie tak dawno w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział o tym traktacie: „Jak wygaśnie, to wygaśnie. Zawrzemy lepsze porozumienia” (…). A co z kolei to oznacza dla świata, w tym i dla nas? Dla świata oznacza, iż nie obowiązują już porozumienia ograniczające systemy obrony przeciwrakietowej, siły średniego zasięgu i wzajemne prawa do przelotów. Trump zagroził, iż wznowi próby jądrowe – to po pierwsze. A po drugie New START może zagrozić Układowi, o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej z 1970 r. Układ ten stanowił, iż kraje, które nie mają broni jądrowej (w tym Iran), zobowiązały się do jej nieposiadania – o ile państwa posiadające tę broń podejmą „w dobrej wierze” działania na rzecz rozbrojenia. Ha! Już widzę „dobrą wiarę” w oczach Putina. Przy braku porozumień może się stać tak, iż lista państw aspirujących do posiadania broni jądrowej się wydłuży – np. Arabia Saudyjska, Szwecja a choćby i… Polska. I jeżeli tak się kiedyś stanie, to ponownie może zadziałać logika nuklearna zgodnie z hasłem – im więcej głowic i państw je posiadających, tym łatwiej o wypadek. Czy wywoła on lawinę? Prawdopodobieństwo wtedy wzrośnie ogromnie. KORDIAN
Maczetą w śląską Godkę
– PNWP (Prezydent Nie Wszystkich Polaków) wykazał się wyjątkową konsekwencją – to nie przynosi mu chwały, ale raczej wstyd, iż nie zna historii Polski, bo gdyby taką znał, to by nie machał wetem niczym maczetą w dżungli. Co tym razem zmalował? Ano, po raz drugi nie podpisał ustawy o ustanowieniu śląskiej Godki językiem regionalnym. Jestem chadziajem – Polakiem wyrzuconym przez Sowietów ze Lwowa. Nie jest to może określenie salonowe, ale się nie obrażam.
Mieszkam na Śląsku, w Opolu, już 80 lat, z tego ponad połowę przepracowałem między Ślązakami i nie mogę powiedzieć złego słowa, bo bym zgrzeszył, o moich śląskich sąsiadach, a PNWP, gdyby znał historię, to by wiedział, iż w największym opolskim kościele co niedziela były msze po polsku (zlikwidowane w 1939 r.), iż to dziadowie i ojcowie obecnych mieszkańców, których tak bezceremonialnie zlekceważył, walczyli o polskość Śląska w czasach, gdy on nie był choćby w projekcie. Wiedziałby, iż Ślązacy doznali wielu krzywd zarówno od Niemców, jak i władzy polsko-sowieckiej komuny, która traktowała ich jak drugi sort.
Co prawda, Bierut wydał dekret dający prawo do uznania obywatelstwa polskiego wszystkim, którzy urodzili się na Śląsku, ale to był tylko taki polityczny chwyt. Równocześnie bowiem wydano przepisy o spolszczeniu z urzędu imion i nazwisk, co czyniono według widzimisię urzędników urzędu stanu cywilnego. I tak np. Jorg stawał się Andrzejem, a Joszko Nowakiem. Przepisy te zmieniono dopiero w 1956 r. i ostatecznie je zlikwidowano w 2008 r., dając możliwość powrotu do dawnych imion i nazwisk. PNWP guzik obchodzi, iż śląska Godka to był łącznik Ślązaków z Polską w czasach germańskiego terroru. Zamiast oprzeć się na faktach, wierzy w bajdy o oderwaniu się Śląska od Polski. A takich projektów nie ma choćby mniejszość niemiecka, która w tej chwili jest w zaniku.
Wstyd, panie PNWP, tak lekceważyć Polaków. A lwowskie batiary z Górnego Łyczakowa tak by to skomentowały: „Ta na cu Szanowny Pan robi take hecy?”. Z pozdrowieniem RYSZARD PORĘBSKI
Pieskie życie
– Chciałbym kilka słów napisać o tym, co się dzieje w tej chwili w schroniskach dla psów, ale i nie tylko. Klimat mamy taki, iż co roku przychodzi zima, raz lżejsza, raz bardziej mroźna, i tak było też w tym roku, z tym iż przyszła ta zimniejsza. Po paru dniach z ujemnymi temperaturami okazało się, iż wiele schronisk dla psów w Polsce nie było dostatecznie przygotowanych do zapewnienia ich lokatorom warunków do przetrwania zimy. Często oglądaliśmy na ekranach telewizorów nieprawdopodobnie tragiczne warunki, w jakich przebywały zwierzęta oddane przecież pod opiekę człowieka. – Ale chcę tutaj poruszyć inną stronę tej tragedii zwierząt. We wszystkich urzędach wojewódzkich, miejskich, powiatowych itp. pracują tysiące urzędników. Sądzę, iż często są tam wydzielone komórki zajmujące się ochroną przyrody, które, moim zdaniem, powinny przyjrzeć się, jak prowadzone są schroniska dla zwierząt. Mamy teraz na ekranach wysyp różnych panów burmistrzów, sołtysów i innych ważniejszych urzędników, a do tego jeszcze przedstawicieli organizacji społecznych zajmujących się ochroną psów i kotów.
Co robiliście jesienią, kiedy trzeba było przyjrzeć się schroniskom, czy są przygotowane do zimy? Dlaczego wtedy nie alarmowaliście o tych patologiach? Dlaczego wtedy, gdy było wiadomo, iż przecież zima – lżejsza czy mroźniejsza – i tak nastąpi, nie pokazywaliście tych schronisk śmierci i nie wyciągaliście konsekwencji w stosunku do ich właścicieli? Może trzeba było pomóc w zdobyciu materiałów ocieplających i innych rzeczy przydatnych, gdy temperatura spada poniżej zera. Teraz występujecie jako wielcy obrońcy zwierząt, ale, niestety, nimi nie jesteście. Wiele osób przed nadejściem zimy robi przegląd samochodów, ubrań, butów, przegląd zapasów opału na zimowe miesiące, a wy co? Obecnie, po czasie, pochylacie się nad zwierzakami żyjącymi często w skrajnych warunkach? Przestańcie w przyszłości gwiazdorzyć na ekranach telewizorów, żeby taka sytuacja więcej się nie powtórzyła, a wy, społecznicy, otwórzcie bardziej serca, a nie usta. ANDRZEJ JANIEC
