Akt na Antka
Są w Polsce – jak zresztą wszędzie – politycy kontrowersyjni. Są politycy nieskuteczni. Są też politycy, którzy popełniają błędy kosztujące państwo miliony. Ale przypadek Antoniego Macierewicza wydaje się osobną kategorią – bo tu od dawna nie chodzi już tylko o politykę. Chodzi o fundamentalne pytanie: jak to możliwe, iż człowiek, wokół którego narosło tyle decyzji budzących prawne wątpliwości, przez lata pozostaje praktycznie nietykalny? W dodatku pytany o cokolwiek próbuje robić idiotów z pytających.
Przecież mówimy o ministrze obrony, który zerwał strategiczne negocjacje dotyczące śmigłowców Caracal, pozostawiając polską armię bez następców dla wyeksploatowanego sprzętu. Z czasów jego ministrowania pamiętamy głównie Bartłomieja M. – asystenta, który ponoć czasami był groźniejszy od samego ministra i który – na szczęście – siedzi już na twardej ławie sądowej. Nad Bartłomiejem parasol trzymali żołnierze, a ten w przenośni trzymał sam Macierewicz – człowiek, który przez lata budował atmosferę narodowej psychozy wokół katastrofy smoleńskiej, sugerując zamach, zdradę i ukrywanie „prawdy”, choć kolejne ekspertyzy i oficjalne raporty nie potwierdzały tych tez. Polityk, którego podkomisja smoleńska, według raportu MON, miała kosztować podatników ponad 81 milionów złotych, wliczając zniszczenie samolotu Tu-154 nr 102.
I co? I nic.
Raport resortu obrony z 2024 roku zawierał katalog zarzutów natury organizacyjnej i finansowej: omijanie procedur, gigantyczne wynagrodzenia, umowy zawierane z osobami bez odpowiednich kompetencji, miliony wydawane na ekspertyzy i „eksperymenty”, których wartość naukowa była później publicznie kwestionowana, a w społeczeństwie te parówkowe pokazy wywoływały śmiech. Zapowiedziano zawiadomienia do prokuratury. Minęły miesiące. I cisza. Wiem, iż winien jest immunitet, ale czy tylko? W normalnym państwie demokratycznym polityk z takim bilansem dokonań tłumaczyłby się przed sądem, komisjami śledczymi i opinią publiczną.
W Polsce natomiast Macierewicz przez cały czas funkcjonuje jak polityczny duch: jedni widzą w nim bohatera walki z „układem”, inni człowieka, który przez dekadę zatruwał życie publiczne teoriami spiskowymi. Ale niezależnie od ocen politycznych pozostaje pytanie o odpowiedzialność państwa. Bo państwo, które nie potrafi rozliczyć własnych funkcjonariuszy, wysyła obywatelom prosty komunikat: są równi i równiejsi. Gdyby Macierewicz okradł sklep, poszedłby siedzieć już dawno. choćby z immunitetem, jeżeli byłby złapany na gorącym uczynku. A przecież on to wszystko robi na oczach całego społeczeństwa! W Polsce obywatel może mieć problemy za źle wystawioną fakturę, spóźniony PIT lub przelew do ZUS albo za jazdę o 30 kilometrów za szybko.
Tymczasem wokół człowieka odpowiedzialnego za nietrafione wielomilionowe decyzje państwowe wszystko grzęźnie w wiecznym „badaniu sprawy”, „analizie materiału” i „trwających czynnościach”. Być może właśnie dlatego sprawa Macierewicza budzi dziś już nie tylko polityczne emocje, ale zwyczajne społeczne znużenie. Bo obywatele patrzą i pytają: skoro choćby tutaj nic się nie dzieje, to gdzie adekwatnie przebiega granica odpowiedzialności w III Rzeczypospolitej? Akt na Antka jest pilnie potrzebny. ELA
„Dodatkowe”?
Znak zapytania nie jest przypadkowy, ponieważ odnosi się do słowa, którego użył Trump w swoim kolejnym wpisie w serwisie społecznościowym, zapewniając nas, Polaków, iż będziemy mieli „dodatkowe” pięć tysięcy wojaków z USA. Ja w to nie wierzę nie dlatego, iż nie chciałbym większej liczby wojsk USA w kraju, ale dlatego, iż zapisy umów międzynarodowych, w tym traktat waszyngtoński (NATO), wymagają być może rewizji lub poprawek.
Pytają mnie, czy jest ktoś, kto wymyśla takie głupoty i podpowiada Trumpowi, wprowadzając w zakłopotanie jego otoczenie, kongresmenów, media i w ogóle osoby zdroworozsądkowo myślące – no bo Trump do takich nie należy. Muszą być, a jednym z nich jest nasz człowiek. Ten mechanizm nazywa się „manipulacja motłochem”. Tym razem nie stawiam tezy, ale jestem pewny, iż za tym „politycznym pierdnięciem Trumpa” – jak napisano w sieci – stoi Adam Bielan. Posiada, oprócz podobieństwa do Berii z czasów młodości, jedną cechę, której on, Ławrientij Beria, nie miał. Wie, jakimi słowami dojść do ucha Kaczyńskiego u nas i za pośrednictwem ludzi w USA – do Trumpa.
Tam, w Ameryce, już za pierwszej prezydentury Trumpa Bielan wyrobił dla siebie osobiste dojścia do jego ucha poprzez Susie Wiles, która robi tam za szefową personelu w Białym Domu, Vince’a Haleya, szefa rady ds. polityki wewnętrznej, a ostatnio choćby u rzeczniczki prasowej – a pomaga mu Nikodem Rachoń, brat Michała, gwiazdor TV Republika. To jego, Nikodema Rachonia, Nawrocki chce na ambasadora w Stanach.
Bielan ma i u nas „zasługi” u prezesa PiS. „Ukarał” Michała Kamińskiego za dezercję i cenzurowanie PiS, więc nie widać już Kamińskiego w mediach, oraz pognębił narcyza Hołownię, rozpraszając głosy w wyborach prezydenckich. Teraz wziął się za Trumpa – nie po to, by go pognębić. Przeciwnie – żeby umocnić go jako destruktora państw UE, choć z Orbánem mu się nie udało. Udało się za to z Nawrockim, stąd moje przypuszczenie, iż w treści tego wpisu miał swój niewątpliwy udział. Ba! Potrząsnął choćby Pentagonem i NATO.
Ławrientij Beria miał ludzi do strzelania w tył głowy. Bielan ma siebie strzelającego słowami, które docierają poprzez wymienionych do ucha Trumpa. W mediach dywagują, czy 10+5=15 – a może będzie to nie 15, ale 11 tys. żołnierzy z USA? Ale chyba nie o to tu chodzi. PiS-owi popularność spada i nie lepiej jest w USA z ruchem MAGA Trumpa, więc trzeba coś zrobić. Namieszać, odwrócić uwagę ku uciesze Putina i Xi w Chinach. Przecież ciemny lud wybierający Nawrockiego i Trumpa i tak nie skuma, o co w tym wszystkim biega.
U nas chodzi o to, aby upokorzyć rząd Donalda Tuska i o to, aby pociągnąć i przeciągnąć nasz PSL do takiego poziomu, aby wszedł do Sejmu i razem z Morawieckim stworzył rząd. A tam, w Ameryce? Tam sobie poradzą. Dodrukują dolary, by juan nie stał się główną walutą. Nie wiemy, czy podczas rozmowy Trumpa z Nawrockim 3 maja ten pierwszy powiedział, iż do Polski nie dotrze kolejna 4-tysięczna rotacja z Teksasu? A jeżeli mu mówił, to czemu (p)rezydent nie powiedział o tym rządowi? A jeżeli nie mówił, a wiedział, to ile jest warte to „modelowe sojusznictwo”?
No to wracam do zapisów konstytucji USA i traktatu NATO z 1949 r. Już w 2025 r. ambasador USA w NATO powiedział, iż w 2027 r. stanowisko SACEUR-a – najwyższego dowódcy sił sojuszniczych w Europie – powinien objąć ktoś z Europy. Dotąd zawsze był to Amerykanin, a jego zastępcami zostawali Europejczycy. Na Europę padł blady strach, gdy zaproponował Niemcy. Dlaczego? Bo byłoby to NATO „dwóch prędkości”. Wojsko USA może brać udział w operacjach NATO tylko dlatego, iż prezydent USA na czas takiej operacji deleguje dowództwo nad nimi do struktur NATO.
Wczytując się w art. 2 konstytucji USA – NATO (SOFA) z 1951 r., czyli umowa między państwem wysyłającym wojsko a państwem goszczącym – oraz art. 11 Traktatu, łatwo można stworzyć argument prawny zezwalający prezydentowi USA na wycofanie takiej delegacji. A jak? Konstytucja wskazuje, iż prezydent jest głównodowodzącym sił zbrojnych. jeżeli np. w obronie państw bałtyckich przed inwazją Rosji mieliby brać udział Amerykanie, to Trump musiałby zgodzić się na przekazanie dowództwa do Europy.
Ale problem w tym , iż art. 11 Traktatu sprawia, iż nie jest to proces automatyczny, bo wszelkie zobowiązania sojusznicze muszą być „realizowane przez strony zgodnie z ich odpowiednimi procesami konstytucyjnymi”. Czyli odsyła do konstytucji USA – a według niej wszystko zależy od Trumpa. Prościej – Trump mógłby zgodnie z prawem wycofać swoich żołnierzy spod dowództwa SACEUR-a. Wtedy wojska sojusznicze w Europie dzielą się na dwa odrębne byty – Jankesów i całą resztę.
Odczuwa to już Estonia, bo Trump nie dokona tam rotacji swojego wojska, które spakuje się i wróci do USA. To są fakty, nie mity. Europa musi wreszcie przestać się cenzurować w mówieniu o Trumpie – w tym nasz premier. Z jednego powodu. Mamy już karty do gry z Trumpem. Wydatki własne i SAFE na armię. Natomiast gdzie leży Polska, niech przypominają mu dziennikarze na pokładzie jego samolotu, bo i z tym ma już na starość problem. JAN KRÓL
Czy ktoś mi wytłumaczy?
Drodzy Czytelnicy ANGORY! Piszę i zachęcam innych, by zamieszczali na tej stronie listy krytykujące Kancelarię Prezydenta. Uważam, iż tą drogą dotrą do niej informacje, które pozwolą Panu Nawrockiemu myśleć roztropnie oraz działać praktycznie.
Czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć mi taki fenomen: prezydent Karol Nawrocki krytykuje premiera, który wraz z rządem wprowadza Polskę do grupy państw G20, a nie reaguje, gdy prezes NBP robi go w konia, narażając na kompletną kompromitację? Projekt prezydencki SAFE 0 proc. okazał się projektem SAFE MINUS 35 mld zł. Panie Karolu Nawrocki, potrafi Pan wygrażać palcem dziennikarzowi, który grzecznie zadaje konkretne pytania, a tu, przy takiej kompromitacji, nie ma reakcji z Pana strony? Dobrze, iż premier Donald Tusk, choć z trudnościami, których Pan im przysporzył, zdołał uruchomić program SAFE, bo gdyby nie, to ładnie byśmy wyglądali. A gdy chodzi o prezesa NBP, to nie rozumiem, jak prezes firmy, która ponosi miliardowe straty, otrzymuje milionowe zarobki? Paranoja!
Panie prezydencie Nawrocki, niech się Pan ogarnie i zacznie myśleć o Polsce. O POLSCE! Sytuacja na świecie jest bardzo niestabilna, dlatego mądre myślenie jest niezbędne. A na doradców radzę znaleźć sobie mądre kobiety, o czym poniżej.
W porannej audycji radiowej usłyszałem wypowiedź, a adekwatnie płaczliwą skargę pana Przydacza, iż premier wie o zamiarach i czasie agresji Rosji na Polskę, a nie informuje o tym Kancelarii Prezydenta. Nie chcę wyrażać się niegrzecznie, ale takie stwierdzenie człowieka na takim stanowisku spowodowało burzę w moich jelitach. O tym, iż Rosja może w każdej chwili uderzyć na Polskę, wiedzą wszystkie kobiety i większość mężczyzn.
Wystarczy obserwować i wyciągać wnioski: ciągłe prowokacje, sabotaże, podpalenia, wypowiedzi rosyjskich polityków (wiemy, jaką miłością pałają do nas Rosjanie), ruskie rakiety w środku Polski (znalezione przypadkowo w lesie przez amazonkę) – takie przykłady można by mnożyć, ale to jest rzucanie grochem o ścianę. Panie Nawrocki, Pan doskonale wie, iż premier Donald Tusk jest odpowiednim człowiekiem na stanowisku premiera, i to we właściwym czasie, ale pańskie ego nie pozwala Panu się do tego przyznać. Proszę, by Pan skończył z polityką „dowalić Tuskowi”, bo nic dobrego z tego dla Polski nie wyniknie. Rząd ostrzegał społeczeństwo (Pan też jest społeczeństwem?) przed Zondacrypto wielokrotnie.
Zawetował Pan dwukrotnie ustawę, która nie dopuszczała do przekrętów (a przynajmniej je znacznie ograniczała), a teraz, gdy afera się rozkręca, oskarża Pan rządzących o zaniedbania? – nie wstyd Panu? Nie wiem, co można jeszcze zrobić, aby zaczął Pan myśleć jak Polak patriota. Napsuł Pan już wiele w stosunkach z rządem, czas zmienić postępowanie i wejść na ścieżkę konstruktywnego współdziałania. W trosce o losy mojej Ojczyzny czuję się w prawie, na łamach ANGORY, apelować do Pana o rozwagę i mądrość, Panie Karolu Nawrocki. Z poważaniem CZYTELNIK JAN
Unieść siebie do góry, łapiąc się za kołnierz
W Polsce polityk, aby ponieść karę za naruszenie prawa, musi chyba kogoś zabić, bo niemal w każdym innym przypadku pozostaje bezkarny. Taka bezkarność doprowadziła do upadku uczciwości, kultury politycznej i dała przyzwolenie na kłamstwo oraz nienawiść. W utrwalaniu tego stanu pomagają dziś Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i Prezydent. Autorem mechanizmu politycznej bezkarności, budowanego poprzez przejęcie Trybunału, osłabienie sądownictwa oraz podporządkowanie instytucji prezydenta, jest skromny polityk Jarosław Kaczyński. Osobiście nie zajmował się łamaniem prawa czy nadużyciami finansowymi, a szerzenie przez niego kłamstw i nienawiści praktycznie nie podlega odpowiedzialności karnej.
Mechanizm ten realizowali politycy tacy jak Ziobro, których stworzony system będzie teraz chronił… własną niemocą. Gdy próbuję zrozumieć motywację Jarosława Kaczyńskiego, widzę tylko jedno wyjaśnienie: zrobił to nie dla obywateli, ale z politycznej miłości do samego siebie i całej klasy politycznej – aby była nietykalna. Dziś ukaranie zgodnie z prawem tych, którzy uczynili siebie adekwatnie bezkarnymi, przypomina próbę uniesienia samego siebie do góry przez złapanie się za własny kołnierz. Czy z takiej systemowej matni w ogóle da się wyjść w ramach obecnego prawa? JAN P.
Zakuć, zaliczyć, zapomnieć
W tym roku szkolnym na edukację zdrowotną zapisało się zaledwie 30 proc. uczniów i niemal natychmiast wybuchła polityczna burza. Lewa strona podniosła larum, iż my, Polacy, to ksenofobia, zacofanie i ciemnogród, który nigdy, przenigdy nie wypowie na głos słowa SEKS (Boże uchowaj!), a jeżeli już wypowie, to prze żegna się trzy razy i splunie przez lewe ramię tyleż samo. Prawa strona zaś z satysfakcją i zwycięskim uśmieszkiem na twarzy uznała, iż ich bogobojne ostrzeżenia i straszenie ideologią gender przyniosły pozytywny, oczekiwany skutek. A tymczasem uczniowie i ich rodzice: „Jeszcze jeden przedmiot? Testy, oceny? Nie ma opcji!”. Nie zobaczyli ideologii, tylko dodatkowy ciężar w i tak przeładowanym planie.
Na przykładowo w siódmej klasie szkoły podstawowej uczeń ma 32 godziny tygodniowo obowiązkowych przedmiotów, a jak wiadomo, szkoła nie kończy się, kiedy zadzwoni ostatni dzwonek. Od przyszłego roku edukacja zdrowotna ma być obowiązkowa, co oznacza kolejną godzinę siedzenia w ławce – oczywiście w trosce o zdrowie.
Chciałoby się zapytać: po co? Czy naprawdę pani ministra i jej urzędnicy nie wiedzą, iż część treści przewidzianych w programie edukacji zdrowotnej od dawna ma już swoje miejsce w szkole? Najbardziej oczywisty przykład to biologia. W klasach VII – VIII uczeń „przerabia” organizm człowieka od stóp do głów: dojrzewanie, rozmnażanie, zdrowie seksualne, profilaktyka chorób, wpływ używek. To przecież naturalne miejsce na rzetelną rozmowę o seksualności, granicach, odpowiedzialności i o dojrzewaniu – bez wstydu czy straszenia. Język polski uczy krytycznego odbioru informacji, rozpoznawania manipulacji i formułowania własnego sądu; WF – zdrowych nawyków i aktywności fizycznej; geografia pokazuje wpływ środowiska na człowieka, a historia – mechanizmy przemocy, propagandy i odpowiedzialności społecznej. Jest wreszcie godzina wychowawcza – wprost stworzona do rozmów, warsztatów i spotkań z ludźmi, którzy mogą poszerzyć sposób postrzegania siebie, innych i świata.
Wbrew pozorom szkoła do tej pory nie milczała o zdrowiu. Czy naprawdę trzeba tworzyć kolejny przedmiot „na ocenę”, zamiast mądrze wzmocnić to, co już jest? Wówczas może uniknęlibyśmy krzyku o „permisywnej edukacji seksualnej z ideologią gender, która krzywdzi dzieci”. Problemem nie jest edukacja zdrowotna jako taka, ale sposób jej wprowadzenia do przeciążonej, testocentrycznej szkoły. jeżeli edukacja zdrowotna byłaby rozmową, dyskusją i bezpieczną przestrzenią do zadawania pytań – bez odpytywania, krytyki i oceniania – mogłaby mieć sens. jeżeli jednak zamieni się w przedmiot wliczany do średniej, uczeń dostanie nie wsparcie, ale następny obowiązek.
Szkoła już dziś szkodzi zdrowiu psychicznemu i fizycznemu: nadmiarem treści, presją i brakiem czasu w sen. Po ośmiu lekcjach uczniowie wracają do domu, dźwigając ciężki plecak i znów siadają nad książkami. Mają uczyć się o relacjach, ale szkoła nie zostawia im czasu w prawdziwe relacje. Potem dorośli dziwią się, iż młodzi przenoszą życie do telefonu i żyją w swoim matriksie. Dlatego pytanie nie brzmi: czy zdrowie jest ważne, bo oczywiście jest. Pytanie brzmi: czy szkoła naprawdę chce uczyć zdrowia, czy tylko dopisać zdrowie do listy rzeczy, które trzeba potraktować według zasady 3 x Z: zakuć, zaliczyć, zapomnieć? ELFRYDA TYTUS
Czarne na złote
Pamiętam czasy, gdy w Polsce liczyli się tak naprawdę tylko górnicy i węgiel. jeżeli wierzyć ówczesnym statystykom, najwyższe historyczne wydobycie węgla kamiennego w Polsce odnotowano w 1979 roku, kiedy wydobyto niemal 200 mln ton. Mówiono o czarnym złocie, a górników noszono niemal na rękach, choćby do specjalnie dla nich przeznaczonych sklepów. Na banknocie o najwyższym nominale był wizerunek górnika. Niektórzy politycy, zwłaszcza przed wyborami, dalej jeżdżą na Śląsk i – częstując pączkami – roztaczają przed zebranymi świetlaną przyszłość górnictwa. Zdaje się, iż właśnie tam Piotr Duda ma największe swoje zaplecze związkowe, gotowe z racami, oponami i czymś tam jeszcze wybrać się na wycieczkę krajoznawczą do Warszawy.
Europa odwraca się od węgla kamiennego jak my od starej jesionki – z sentymentem, ale bez chęci powrotu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu czarne złoto było krwiobiegiem przemysłu od Wysp Brytyjskich po Donbas. Dziś zostały głównie wspomnienia, muzea techniki i trudne pytania o przyszłość regionów górniczych. W Unii Europejskiej sytuacja jest niemal symboliczna. Po zamknięciu ostatniej kopalni w Czechach Polska pozostaje jedynym krajem Wspólnoty, który przez cały czas realnie wydobywa węgiel kamienny. Śląskie szyby wciąż pracują, choć presja klimatyczna i ekonomiczna rośnie z roku na rok. Węgiel jest tu nie tylko surowcem, ale częścią tożsamości – i to właśnie ten kulturowy wymiar sprawia, iż transformacja energetyczna ma nad Wisłą wymiar bardziej społeczny niż technologiczny. Dziś symbolem tej transformacji ma być turbina wiatrowa. Jako ten jedyny kraj UE wydobywamy jeszcze ok. 40 mln ton, pozyskując dodatkowo kilkanaście mln ton z importu.
Poza UE węgiel wydobywa Ukraina, która od dekad opierała znaczną część energetyki na węglu z Donbasu, ale wojna brutalnie zmieniła realia wydobycia. Część kopalń znalazła się na terenach okupowanych, inne borykają się z brakiem inwestycji i bezpieczeństwa. Tam węgiel stał się zakładnikiem polityki. Przykładem państwa, które nie zamierza rezygnować z własnych złóż, choćby jeżeli świat mówi coraz głośniej o neutralności klimatycznej, jest Turcja, gdzie wydobycie węgla kamiennego wciąż ma znaczenie dla krajowej energetyki.
Reszta Europy wygasiła już kopalnie albo utrzymuje wydobycie w minimalnej skali. Dawne potęgi, jak Wielka Brytania czy Niemcy, zamknęły rozdział głębinowego fedrowania, przechodząc na import lub inne źródła energii. Ekonomia okazała się bezlitosna: tańszy surowiec z zagranicy i rosnące koszty emisji CO2 przesądziły o losie wielu szybów.
To opowieść o końcu epoki, w której komin był symbolem postępu. Marzy mi się więc sytuacja, gdy – jak to miało miejsce niedawno w Czechach – można będzie sfotografować się przy ostatnim wagoniku wydobytego z głębin węgla na festynie z tej okazji.
Mamy – znów jeżeli wierzyć prezesowi Glapińskiemu – 550 ton złota prawdziwego, a pragniemy ten zasób jeszcze zwiększać. Może niech to czarne odejdzie w niepamięć, a w Polsce – jak przystało na 20. gospodarkę świata – nastanie era prawdziwego złota. A.Z. z pow. pułtuskiego













