„Maczetą w śląską Godkę”
Podziękowanie
Szanowny Panie Ryszardzie! Serdecznie wzruszyłam się, czytając Pana list pt. „Maczetą w śląską Godkę” (ANGORA nr 11). Wprawdzie my, Polacy z Łyczakowa, nie wystąpiliśmy do prezydenta Nie Wszystkich Polaków o uznanie „bałaku Lwowskiego” za język regionalny, bo nie ma już polskiego Łyczakowa. Rozjechaliśmy się po świecie, mówimy tak, jak nasze otoczenie, ale tych kilka słów – „bałakuł” z Górnego Łyczakowa, dedykowanych Prezydentowi NWP, przywołało mi wspomnienia z lat dziecinnych i domu rodzinnego.
To pięknie, iż Pan Ryszard Porębski, Lwowianin, ujął się za Ślązakami. Czy Prezydentowi NWP trudno zrozumieć, iż urzędowe zaakceptowanie języka regionalnego jest potwierdzeniem przynależności do lokalnego społeczeństwa oraz szacunku dla przodków, którzy tego języka używali?
Na zakończenie zacytuję fragmenty dwóch wierszy, pozostałych w mojej pamięci z dziecinnych lat. Autorem jednego z nich jest (tak myślę…) Andrzej Chciuk: „Lwowski bałaku! Śliczna mowo! Z polskich akcentów najpiękniejszy! Tu każde poszczególne słowo ma swoją melodię” oraz: „I choć nijeden pomni gdy śi dowi iż gdzieś ktoś komuś w mordy nakałatał”.
Pięknie się kłaniam Autorowi listu i Redakcji MARIA GŁOWACKA – Lwowianka z Łyczakowskiej
„Damą być…”
Laurka?
Pan redaktor Martenka, którego pisanie lubię i cenię, zaskoczył chyba nie tylko mnie, wystawiając pani Marcie Nawrockiej laurkę po wywiadzie w TVN (ANGORA nr 9). Ze względu na bliski wydaniu tygodnika Dzień Kobiet można by to uznać za symboliczny goździk, wręczany kiedyś paniom, ale wiemy, iż nie o to chodzi. Ciśnie się więc na usta wiele pytań. Po co był ten wywiad i czy ta łaskawa ocena nie jest aby przedwczesna? Dlaczego TVN maczał w tym palce, a prowadząca wywiad zadawała pytania bardzo, bardzo soft? Dlaczego jesteśmy wciąż tak grzeczni, subtelni i nad wyraz wyrozumiali dla ludzi, którzy mają nas za nic, wyzywają od najgorszych, a w Sejmie wyją jak stado hien?
Możemy przyjąć, iż żona człowieka, który przez pomyłkę został pierwszą osobą w państwie, nie jest temu winna, ale oceniając ją, nie uciekniemy od oceny jego samego w sprawach ważnych dla wszystkich, jak również od jej wpływu na męża. Gołym okiem widać, iż połowę narodu ma ten człowiek w głębokim poważaniu, więc warto było wykorzystać taką okazję i spytać, co o tym sądzi jego druga połowa (…).
Wbrew pozorom, pani Marta Nawrocka była dostatecznie dobrze przygotowana do wywiadu. Trema, rzecz normalna i wiadomo, iż nie o wszystkim mogła szczerze mówić, więc szukała ratunku zerkając poza plan, ale taka kobieca nieporadność była lepsza od najlepszego udawania. Podobnie jak redaktor Martenka uważam, iż ogólne wrażenie zrobiła dobre. Również nie podzielam hejtu, jaki wylały na nią kobiety, ale w równym stopniu nie podzielam pochwał pana redaktora za to, iż odważnie mówiła o swoim wczesnym macierzyństwie.
Dziecko to piękny i żywy fakt i nie ma powodu, by się tych wczesnych uniesień wstydzić. Ze swoim dotychczasowym życiowym „dorobkiem” pani Marta zasługuje, na razie, najwyżej na miano dzielnej matki Polki, skoro urodziła trójkę dzieci. Coś, co w PRL-u było normą, dziś jest uznawane za bohaterstwo lub czyn chwalebny, który jednak nie przesłoni żadnego zła. Nie można takiej matki i żony oceniać bez względu na to, co robi, lub czego nie robi, a powinien robić jej mąż, który, notabene, nigdy nie powiedział, iż chce być prezydentem wszystkich Polaków. Na miano damy z własnych powodów jeszcze nie zasłużyła, więc niech się oboje nie dziwią, iż i my unikamy grzeczności wobec nich.
Domyślając się jednak dobrych intencji pana redaktora Martenki, wypada wybaczyć Mu tę laurkę, ale i ubolewać, iż tak krótką mamy pamięć. Nie znam przypadku, by jakiś polityk lub dziennikarz prawicy ocenił kiedykolwiek tak łaskawie którąkolwiek z żon „naszych” prezydentów. Trudno też mieć nadzieję, iż taki mąż, jakiego sobie pani Marta wybrała, jest w stanie ulec jej w czymkolwiek dla dobra wspólnego, ale niech próbuje… M.A.
Temu panu już dziękujemy
Najpierw drobne wyjaśnienie. Hasło zawarte w tytule jest grzeczną formułką, której kibole (nie mylić z kibicami) używają często w stosunku do innych, a brzmiące krótkim słowem zaczynającym się na „w”, a kończącym na „j”. W praktyce oznaczało, iż adresat tego powiedzenia powinien odejść w trybie pilnym, a w kontekście tego tekstu odnosi się do osoby w tej chwili sprawującej urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Na całym świecie wszyscy mądrzy i myślący pracodawcy nie tolerują wśród personelu kogoś, kto nie tylko nie wypełnia swoich obowiązków, ale – stosując przypisane mu konstytucyjne prawo weta – szkodzi firmie, a do tego spiskuje w ukryciu przeciw zatrudniającemu go. Taki ktoś kwalifikuje się do wyrzucenia na zbitą twarz z roboty – i do tego w trybie pilnym. To nie jest opowieść o zasadach zarządzania w firmach i instytucjach organizacji społeczeństwa. To jest opowieść o naszym polskim folklorze politycznym, w którym pracodawcą prezydenta jest suweren (czyli naród), a obowiązki jego zapisane są w Konstytucji.
Polacy to są dziwni, dobrotliwi ludzie. Jak o pracę stara się zwyczajny obywatel, to nakazuje się mu przedłożenie dokumentów stwierdzających przydatność do pracy na danym stanowisku, rekrutujący dokładnie badają jego dotychczasowy staż pracy, analizują predyspozycje osobowe, a często nakazują mu wypełniać testy na inteligencję. Ale jak startuje na funkcje publiczne człowiek absolutnie niekompetentny, nierozumiejący zakresu zadań i odpowiedzialności na danej funkcji publicznej, zasklepiony w swojej nienawiści do myślących odmiennie od niego, mający trudności z przyswojeniem i zrozumieniem tekstów przekazywanych mu do akceptacji i, co najgorsze, nie rozumiejący skutków złych decyzji dla kraju, to wybiera się takich ludzi na wysokie i najwyższe funkcje w państwie. W tym konkretnym przypadku wybrano na funkcję prezydenta człowieka, który sam publicznie, na wiecu religijnym kiboli na Jasnej Górze, powiedział do uczestników, iż „jest jednym z nich”. I chyba nie skłamał, bo rzeczywiście zachowuje się w swojej działalności służbowej jak na ustawce kiboli, przeszkadzając Sejmowi i rządowi w porządkowaniu kraju po rządach PiS-u, nie podpisując wniosków mianowania ambasadorów, oficerów, wetując bezsensownie i tylko według własnego „widzimisię” wiele bardzo potrzebnych krajowi ustaw. Nie wspomnę już o zawetowaniu programu SAFE, który to fakt dla bardzo wielu kompetentnych ludzi w Polsce jest zdradą stanu i hańbą urzędu prezydentury.
Przez ostatnie kilka miesięcy zajmowałem się obserwacją naszego „pierwszego obywatela” i jego wypowiedziami na różne tematy. Wnioski? Oceniam go jako osobę nienależącą raczej do czołówki intelektualnej Polski. Mam wrażenie, iż prezydent choćby nie przeczytał większości wetowanych ustaw, zadowalając się jedynie opiniami swoich doradców, a ci z kolei, korzystając z autorytetu jego urzędu, realizują swoje odgrywki polityczne (w socjologii praktycznej nazywa się to zasadą, w której ogon kręci psem). Jak ocenić fakt, że, mając szansę wybicia się na samodzielność i poszanowanie przez naród, wstępuje on w rolę marionetki w teatrzyku politycznym Prezesa?
Proszę wybaczyć, ale moja tolerancja w stosunku do osoby pełniącej funkcję prezydenta już się wyczerpała. Nie będę używał w słowie ani w piśmie potocznego sformułowania grzecznościowego „Panie Prezydencie”. Słowa „pan” używa się w stosunku do ludzi, których się szanuje. Miejmy odwagę publicznie, chóralnie powiedzieć, jak to jest napisane w znanej bajce dla dzieci, iż „król jest nagi”. ANDRZEJ KROWIAK
Szyici i sunnici
Nie obchodzi mnie licytacja dwóch prezydentów – USA i Izraela – kto wymyślił, a kto był inicjatorem kolejnej zawieruchy wojennej na Bliskim Wschodzie w Iranie. Ale wiem jedno: po raz pierwszy w nowożytnej historii świata nie jedno, ale dwa państwa jednocześnie, bez wypowiedzenia wojny, gwałcąc na rympał prawo międzynarodowe i własnych państw, napadły zbrojnie na inne, nie myśląc wcale o konsekwencjach, o wpływie tego zachowania na przyszłość świata. Wszystko zaczęło się w połowie VII wieku i jest ciągle żywą i namiętnie rozpamiętywaną historią.
Często słyszymy: „Szyici i sunnici w świecie islamu”. Szyita to przede wszystkim zaciekły opozycjonista. Na początku szyici stanowili grupę stronników Alego – zięcia Mahometa, męża jego ukochanej córki Fatimy. Gdy Mahomet umarł, nie zostawiając męskiego potomka ani nie wskazując następcy, wśród muzułmanów zaczęła się walka o to, kto będzie przywódcą (kalifem) wyznawców Allacha.
Stronnictwo Alego lansuje na to stanowisko swojego przywódcę, bo jest jedynym przedstawicielem rodziny proroka, ojcem dwóch wnuków Mahometa – Hassana i Huseina. W końcu zięć Mahometa Ali zdobywa kalifat – ale tylko na pięć lat, bo ginie z ręki zamachowca, który ścina mu głowę zatrutą szablą. Ali miał dwóch synów, ale Hassan został otruty, a Husein zginął w bitwie. Śmierć rodziny Alego pozbawia szyitów szans na zdobycie władzy, która dostaje się w ręce sunnickich dynastii Umajjadów, później Abbasydów, wreszcie Ottomanów. Kalifat, mający według wyobrażeń proroka być instytucją skromności i prostoty, zostaje przemianowany na monarchię dziedziczną. Plebejscy, pobożni i ubodzy szyici, których razi nowobogacki styl zwycięskich kalifów, przechodzą do opozycji. A wszystko to dzieje się w okolicach Karbali na terenie obecnego Iraku (…).
W rewolucji obalającej szacha Iranu Rezy Pahlawiego w 1979 r. szyici stanowili nieco ponad 10 proc., reszta to byli sunnici. Dzisiaj, kiedy USA i Izrael bombardują Iran, to już ponad 53 proc., stąd w mediach słyszymy: „Szyicki Iran atakuje dronami sąsiednie państwa sunnickie”. A skąd oni się tam wzięli? Po zabiciu Huseina szyici rozpraszają się po świecie, schodzą do podziemia, czasami dosłownie w pieczary i jaskinie górskie. W ten sposób powstaje, trwająca do dzisiaj w świecie islamskim, diaspora szyicka. Część z nich przeprawia się przez Tygrys i Eufrat, przez góry Zagros docierając na pustynną Wyżynę Irańską.
W tym czasie kraj, wyniszczony wojnami z Bizancjum, został świeżo podbity przez Arabów, którzy zaczęli krzewić nową wiarę – islam. Dotychczas Iran miał religię (zoroastryzm) związaną z panującym reżimem (Sasanidów), a teraz usiłuje się im narzucić nową, związaną z obcym panującym reżimem – sunnicki islam. To dla szyitów jak wpaść z deszczu pod rynnę. No ale jak rdzenni Irańczycy zobaczyli świeżo przybyłych z zachodu bosonogich obdartusów i dowiadują się, iż to muzułmanie, w dodatku twierdzący, iż są jedynymi niosącymi czystą wiarę, za którą są gotowi oddać życie, zaczęli pytać: – No dobrze, a ci Arabowie, którzy nas podbili, to bracia? Przybysze szyici wykrzykują z oburzeniem: – Toż to przecież sunnici, uzurpatorzy, nasi prześladowcy. Zamordowali Alego i zagarnęli władzę. Nie, my ich nie uznajemy. Jesteśmy w opozycji! Po tym oświadczeniu proszą o odpoczynek i dzban chłodnej wody. (…)
Rdzenni Irańczycy, gdy w ich kraju rządzi najeźdźca, też są biedni i pokrzywdzeni. gwałtownie znajdują wspólny język z wygnańcami, słuchają ich kaznodziejów i na koniec przyjmują ich wiarę. Iran przez wieki był rządzony przez obcych, albo przez miejscowe reżimy, ale zachował kulturę i język. I zawsze Irańczycy umieli wyprowadzić w pole tych, którzy sądzili, iż będą rządzić nimi bezkarnie (…). Szyityzm dla Irańczyków jest nie tylko narodową religią, ale również ich azylem i schronieniem, a choćby formą walki i wyzwolenia. Uważa się, iż szyici jako pierwsi na świecie stworzyli teorię i praktycznie już to robią – terror indywidualny jako metodę walki. Pozbawieni szans na kalifat, zawsze odwracali się plecami do kalifów i uznają przywódców tylko własnego wyznania – imamów.
Do dziś meczet szyitów nie musi mieć wieży. To może być zwykły dom, ale tylko szyici wiedzą, który to w gąszczu innych. Meczet to miejsce objęte immunitetem, gdzie można się modlić, by zaspokoić ducha, a pobliski bazar z kafejką służy do zaspokojenia ciała. Sojusz meczetu z bazarem jest ich największą siłą, która rozprawia się z każdą władzą. Ktoś obcy, kto jest tam dłużej i nagle zobaczy, iż bazary, stragany i ulice pustoszeją, może się spodziewać, iż bazar wydał wyrok i los monarchy jest już przesądzony, będzie rewolucja. Zatem ani choćby tak wspaniałe i wielkie USA z Izraelem nie są w stanie pokonać szyitów. Każde wtrącanie się obcych tylko wzmacnia szyitów, a wyznawców szyizmu przybywa. Kto tego nie rozumie i nie zrozumie, ten nie znajdzie nigdy sposobu na pojednanie szyitów z sunnitami. Mogą zrobić to tylko wtedy, gdy sami będą tego chcieli. J.K.
Trująca słodycz
Dziesięć lat temu Amerykańska Agencja Żywności i Leków FDA jednoznacznie stwierdziła, iż spożywanie cukru uzależnia tak samo, jak zażywanie narkotyków. Jako populacja jesteśmy pierwszym pokoleniem, które po stuletnim okresie wojen i 40-letniego powojennego niedojadania mamy niczym nieograniczony dostęp do wysokokalorycznej żywności. Drugim czynnikiem są mechanizacja i automatyzacja w przemyśle, budownictwie, transporcie i rolnictwie, powodujące ograniczenie zapotrzebowania na wysokokaloryczny pokarm.
Niestety, nawyki żywieniowe pozostały i bez pomocy państwa duża część społeczeństwa nie potrafi ich zmienić. Wnioskowano o zmianę zaleceń WHO – dzienna dawka cukrów dodanych (added sugar) w diecie 2000 kcal wynosiła 50 g, czyli około 10 łyżeczek, a postuluje się o obniżenie jej do 25 g, co ma stanowić maksymalnie 10 proc. kalorii, czyli 9 kg/rok. Aktualnie ta sama organizacja FDA przewróciła piramidę żywnościową, stawiając na naturalne tłuszcze i czerwone mięso zamiast przetworzonej żywności, natomiast cukier został wyróżniony jako główny element złego odżywiania. Irytujące jest to, iż przez 10 lat nic nie zrobiono.
Zużycie cukru w Polsce to ok. 1,7 mln ton, 45 kg/osobę, pięć razy za dużo. Cukier dostarczany jest nam w formie dosładzania produktów, po których istnienia cukru byśmy się nie spodziewali, np. ketchup zawiera 1/3 cukru. Produkcja cukru z buraków w ilościach przemysłowych rozpoczęła się około 100 lat temu i jego nadmierne spożycie nie jest niczym uzasadnione. Dawniej dosładzano potrawy małymi ilościami miodu, cukrem uzyskanym z owoców lub importowanej trzciny cukrowej i było to w zupełności wystarczające dla zdrowia. Cukier w nadmiarze jest niezdrowy (cukrzyca, otyłość, choroby wieńcowe), a jest świadomie używany przez producentów jako wabik smakowy mający uzależnić i zmuszać do spożywania ich produktów.
To tak, jak to kiedyś robili producenci tytoniu… Różnica w cenie cukru i wyrobów z niego powstałych jest 10 – 20-krotna i z pewnością próba ograniczenia jego spożycia spotyka się z oporem lobby spożywczego. Z kolei negatywne skutki zdrowotne dotyczą 1/4 ludności, co stanowi olbrzymie obciążenie dla budżetu państwa, czyli dla nas wszystkich. Rolę państwa widzę tutaj np. w pięcioletnim planie obniżenia zużycia cukru o 30 proc., czyli 10 proc. rocznie do wolumenu wyrobów. Nowe wyroby od razu powinny mieć 20 proc. mniej cukru niż porównywalne dla danego roku.
Istotą takiego powolnego obniżania jest zmiana, niezauważalna dla smaku, prowadząca w potrawach do poziomu równowagi wymagań smakowych ze zdrowotnymi. Chińczycy zużywają 30 g/dzień i nie czują się niedosłodzeni (…). Przepis ograniczenia dodawania cukru do produktów spożywczych musi być wprowadzony w skali całej UE, aby nie wykorzystywać różnic przepisów w poszczególnych krajach Unii. JERZY SADURSKI
Pochwała głupoty
Głupota nigdy nie przekracza granic; gdzie stąpnie, tam jej terytorium. Przy porannej kawie zadałem sobie proste pytanie: kto jest głupszy – Polacy czy Amerykanie? Oba narody w swej mądrości są podzielone pół na pół. Rozważyłem wszystkie dostępne mi plusy dodatnie i plusy ujemne obu narodów i udzieliłem sobie optymistycznej odpowiedzi, że… Amerykanie.
Wiedzieli, iż mądrość sama sobie nie ufa, głupota sama sobie udziela kredytu. Wybrali więc wspaniałego prezydenta, którego mieli okazję poznać wcześniej przy sprawowaniu pierwszej kadencji. Nie patrzyli na jego znikome osiągnięcia i na szemrane interesy. Zapomnieli, iż po przegranej kadencji, nie godząc się z wynikami wyborczymi, pokazał swój stosunek do demokracji, inicjując szturm na Kapitol.
Głosując zgodnie ze starą zasadą, nie za kimś, ale przeciwko komuś, wybrali zbawcę świata, przyjaciela Putina miłującego pokój, nienawidzącego inne nacje, człowieka z kompleksem Europy, narcyza. Dziś jego wyborcy przecierają oczy ze zdumienia, co zrobili. W sukurs mogłaby im przyjść medycyna… Żebranie o Pokojową Nagrodę Nobla było wyjątkowo obrzydliwe. O wiele prościej byłoby wybrać się do Oslo i najzwyczajniej w świecie kupić ją sobie.
Norwegowie to wspaniały naród i z pewnością nie odmówiliby tej prośbie. A sposób, w jaki potraktował sojuszników z NATO, nakazuje mi, byłemu żołnierzowi zawodowemu, patrzeć na tego człowieka tak, jak on patrzy na nas. A tymczasem my, na własnym podwórku, robimy dokładnie to samo, tylko w mniejszej skali. Nie patrzymy rzetelnie na naszych wybrańców w trakcie naszych decyzji wyborczych. Zawsze jesteśmy przeciw komuś.
Może należałoby spojrzeć przez pryzmat swojej rodziny i jej potrzeb. Kto lepiej zadba o jej byt. Efekt? Nie mieliśmy prezydenta przez 10 lat i nie będziemy go mieć przez następne cztery. Jest sługa partyjny, który w wyniku niewyjaśnionego przekrętu wyborczego zasiadł na urzędzie, mimo sprzeciwów PKW i bez aprobaty Sądu Najwyższego. Jesteśmy lepsi od Amerykanów, bo to jego pierwsza kadencja.
Nie jestem od oceniania innych, więc nie używam nazwisk polityków, by ich niepotrzebnie promować. Oceniam zjawiska społeczno-polityczne. Złamanie trójpodziału władzy, wyłączenie z działalności Trybunału Konstytucyjnego, zniszczenie sądownictwa na wszystkich szczeblach, wszechobecne złodziejstwo poprzez tworzenie fundacji, spółek i funduszy obowiązkowo nazywanych narodowymi (…), wprzężenie kleru do swych niecnych czynów, co wyraźnie skutkuje przyspieszoną laicy za cją kraju. Tę litanię można mnożyć, tylko po co?
Mimo tych wszystkich szlachetnych poczynań poprzedniej władzy, połowa społeczeństwa ma zamknięte oczy i uszy, a na dodatek zainfekowany umysł. A cel określony przez PiS jest klarowny: rozwalić za wszelką cenę obecny rząd, wygrać wybory, dorwać się do koryta i posadzić w więzieniu w tej chwili rządzącą ekipę. Osiągnięcia kraju, rodzące się w bólu i mękach, nie mają dla nich najmniejszego znaczenia. Machina kłamstwa pracuje pełną parą.
Myślicie, iż będziemy mądrzejsi przy następnych wyborach? Wątpię, mimo iż jestem życiowym optymistą, życzącym wszystkim życiowej mądrości. Pozdrowienia dla Redakcji JÓZEF SZEREJKO, Bartoszyce











