Listy do redakcji Angory (04.10.2026)

angora24.pl 6 часы назад

Czy taki scenariusz wam odpowiada?

Alternatywy

Ale nie serial „Alternatywy 4”, tylko serial z wojną w tle lub rządy PiS-u po następnych wyborach.

Połowa społeczeństwa (ta lepsza) popierająca PiS wojną nie jest absolutnie przejęta. Przecież mamy Armię Zbawienia pod wodzą Bąkiewicza, która stawi czoło nawale rosyjskiej. Do boju będą zagrzewać: Przemysław Czarnek ze swoimi pomysłami, Antoni Macierewicz z pistoletem na farbę, a choćby krzykacz prezydent Nawrocki. Do walki pewnie ruszą na hulajnodze Mentzen z Braunem, który będzie go wspierał gaśnicą. Gdyby im za bardzo nie szło, mamy Sztab Doradców z mądrymi radami, reprezentowany przez Kuźmiuka, Wójcika, Błaszczaka, Przydacza i chyba choćby Morawieckiego. A jak się nie powiedzie? Jak zwykle: Wina Tuska! Mam nadzieję, iż scenariusz się nie spełni…

Jest jeszcze alternatywa, ale mało pokrzepiająca – wybory w 2027 roku wygrane przez prawicę. Skończą się pokrzykiwania, nastanie spokój; taki, iż aż cisza będzie dzwonić w uszach. Nareszcie pozbędziemy się Żydów, aborcji i Ukraińców, którzy są kością niezgody dla opozycji.

Nareszcie Czarnek będzie mógł zrealizować swoje cele, a Morawiecki zacznie kłamać jak najęty. I kto mu co zrobi? Może szalony Antoni będzie mógł poszaleć na wiecach, a niejaki Błaszczak sprowadzi jakąś kosmiczną broń w postaci latających kondorów z Ameryki Południowej w ramach rekompensaty za zapłacone paliwo, którego nikt nie widział.

Kraść będzie można do woli. Nabierze się pożyczek, które spłacać będą ente pokolenia. Naczelnym wodzem i koronowanym królem zostanie „ukochany przez wszystkich” prezydent Karol Nawrocki (kto go wybrał, iż kocha się w nim 50 proc. Polaków?). I rzecz najważniejsza – nareszcie osądzi się grupę „terrorystów” z Donaldem Tuskiem i Radosławem Sikorskim na czele. Oskarżycielem pewnie zostanie najbardziej obeznany w sytuacji Tobiasz Bocheński. No i dziadzio w różnych butach zawiśnie na ścianie w postaci portretu jako Bohater Narodowy.

Czy „gorszy sort” społeczeństwa tego właśnie chce? Myślę, iż nie, i dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby ta zgraja krzykaczy nie wygrała wyborów. Pozdrawiam wspaniałą redakcję ANGORY, którą uwielbiam czytać co tydzień. Pozdrawiam również cierpliwych czytelników, którzy przeczytali ten list. JERZY OLCZAK

Wszyscy płacimy za głupotę polityków

A to idiota!

Ileż to razy, gdy obserwujemy czyjeś zachowanie – a czasem choćby na sam widok takiej osoby – chciałoby się wydać tytułowy okrzyk. Tak się jakoś dziwnie składa, iż nazbyt często tym kimś jest polityk, czyli – brutalnie sprowadzając rzecz do najbardziej konkretnego wymiaru – człowiek żyjący na nasz koszt. Polityk może się pomylić.

Polityk może czegoś nie wiedzieć. Polityk może choćby powiedzieć coś głupiego. W końcu polityk to też człowiek. Jednak są granice. Zwłaszcza wtedy, gdy głupota przestaje być przypadkowym lapsusem, a staje się metodą.

Polska polityka ma w tej dziedzinie imponujący dorobek. Można go podzielić na dwie specjalności: głupią gadkę i głupie wyczyny. Zacznijmy od Przemysława Czarnka. Były minister edukacji, profesor (aż trudno uwierzyć) KUL, człowiek, który odpowiadał za szkołę i edukację milionów dzieci, postanowił kiedyś objaśnić Polakom w prosty sposób tajemnice demografii. „Podstawową funkcją rodziny jest prokreacja. choćby dziki to wiedzą” – przekonywał. Skąd wiedział, iż dziki wiedzą? Człowiek odpowiedzialny za edukację miał nadzieję, iż Polacy wezmą przykład z dzików? Czarnek ma zresztą znacznie większy repertuar. Były „cnoty niewieście”, były rozważania o tym, jaka powinna być kobieta i kiedy powinna rodzić dzieci, była wizja rodziny tak tradycyjnej, iż aż trudno uwierzyć, iż dotyczy XXI wieku. Teraz te bajdurzenia słyszymy znowu, bo został wytypowany na premiera. Głupoty chyba?

Całkiem nieźle w kategorii głupich gadek radzi sobie posłanka Maria Kurowska. Potrafiła przekonywać, iż w Gietrzwałdzie Matka Boska mówiła po polsku. Kurowska twierdziła też, iż szczepienia nie chronią przed zakażeniem i zachorowaniem. Kiedy zaczęła mówić o Puszczy Białowieskiej, pojawiły się opowieści o żubrach, które miałyby łamać nogi na powalonych drzewach. Tu naprawdę trudno rozstrzygnąć, czy bardziej zaskakuje treść, czy pewność siebie osoby ją wygłaszającej. I do tego ten uśmiech samozadowolenia.

Jest jeszcze San Escobar Witolda Waszczykowskiego, ale to już klasyka.

Głupia gadka to jeszcze pół biedy. Gorsze są głupie wyczyny. Tutaj politycy potrafią wznieść się na poziom, którego zwykły obywatel, będąc w miejscu publicznym, nie odważyłby się osiągnąć.

Wystarczy przypomnieć Joannę Lichocką. Jej środkowy palec pokazany w Sejmie podczas debaty nad pieniędzmi dla mediów publicznych stał się jednym z najbardziej charakterystycznych obrazków polskiej polityki ostatnich lat. A niedawno Antoni Macierewicz podczas miesięcznicy smoleńskiej – które to obchody same w sobie stanowią przykład odchyłki obyczajów od normy – sięgnął po pistolet, którym rozpylał farbę na baner trzymany przez protestujących. Dominika Chorosińska podczas posiedzenia Sejmu zaczęła szczekać. W stenogramie pojawiło się choćby „hau, hau”. Parlament? Sala obrad? Poważna debata? Nie. Szczekanie.

Z kolei niejaki Jacek Niedźwiedzki podczas wystąpienia Pauliny Matysiak zaczął naśladować lokomotywę. Dzięki temu jego nazwisko dotarło do szerszej grupy osób, bo o działalności posła niewielu dotąd wiedziało. A Grzegorz Braun? Przypadek – chciałoby się powiedzieć – kliniczny. W grudniu 2023 roku w Sejmie chwycił gaśnicę i zgasił nią świece chanukowe. W 2025 roku zabrał z budynku Ministerstwa Przemysłu flagę Unii Europejskiej, a następnie ją spalił.

To tylko niewielki fragment polskiej politycznej rzeczywistości. I celowo nie piszę o największych idiotach, bo każdy z nich zasługuje na odrębne potraktowanie. Na badanie psychiatryczne również. Nie łudźmy się jednak, iż tylko na widok polskich polityków chcielibyśmy użyć tytułowego zawołania. Że oni są tacy wyjątkowi. O, nie! Na świecie jest takich osobników wielu. Niektórzy z nich są wielcy funkcją, a uważają się przy tym za najwybitniejszych, co jest właśnie objawem ich całkowitego zidiocenia. A najgorsze jest to, iż głupota jest darmowa tylko dla polityka. Dla nas już nie. A.Z. z pow. pułtuskiego

Jak uniknąć wypadków na przejazdach kolejowych?

Prosto i tanio

Wystarczy wykorzystać powszechne systemy nawigacji (takie jak Google Maps, Yanosik czy Apple Maps) jako aktywną warstwę ostrzegawczą w czasie rzeczywistym o zbliżających się pociągach.

• Źródło danych: Istniejące systemy sterowania ruchem kolejowym (SRK) – bez polegania na cywilnym GPS.

• Integracja: Przekazywanie danych o zajętości odcinków torów przed przejazdami do otwartego API w czasie rzeczywistym.

• Automatyczny alert: Gdy pociąg mija czujnik np. 1,5 km przed przejazdem, serwer nawigacji generuje ostrzeżenie dla kierowców zbliżających się do tego przejazdu: „Uwaga, za 400 metrów do przejazdu zbliża się pociąg. Zatrzymaj się!”.

Docelowo taka integracja powinna być standardowym elementem fabrycznych systemów bezpieczeństwa w pojazdach. W miarę jak infrastruktura staje się coraz bardziej cyfrowa, izolowanie danych kolejowych od aplikacji kierowców staje się anachronizmem. Otwarcie danych kolei (Open Data) dla map cyfrowych to proste, niskokosztowe rozwiązanie, które ograniczy ryzyko tragicznego błędu ludzkiego.

UWAGA! Ten pomysł ma jednak dziś jedną istotną wadę: w obecnej sytuacji oszalałej Rosji takie otwarte dane w czasie rzeczywistym mogłyby, niestety, posłużyć przeciwnikowi do precyzyjnego naprowadzania dronów lub aktów dywersji na poruszające się pociągi. Ale może doczekamy jeszcze pokoju w Europie. JAN PEK

Nie ma lepszej i gorszej krwi

Czas z tym skończyć!

Stajemy dziś przed pytaniem, jak rozwijać temat pamięci historycznej. Odpowiedź brzmi ostro, bez dyplomatycznego owijania w bawełnę. Czas najwyższy powiedzieć głośno to, co wielu próbuje zamieść pod dywan: w polskiej polityce pamięci trwa bezwzględna walka, w której zmarli zostali podzieleni na równych i równiejszych. Dziś to urzędnicy zza biurek dekretują, czyja krew przelana za ojczyznę była „słuszna”, a czyja ma zostać zapomniana. Z jednej strony mamy pełne państwowe honory, laury i pomniki. Z drugiej, systemowe wymazywanie z historii ludzi, którzy nosili niewygodne dla dzisiejszej władzy mundury. Spójrzmy na rażące paradoksy, w które zaplątało się samo państwo.

Z jednej strony mamy oficjalną, bezwzględną linię tak zwanej dekomunizacji, a przecież podczas rocznicy bitwy pod Ewiną oficjalny przedstawiciel Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych staje przed pomnikiem partyzantów Armii Ludowej i z wojskową asystą deklaruje, iż „nie można dzielić krwi przelanej w walce z okupantem”.

Jak to możliwe, iż ci sami ludzie jednego dnia są w dokumentach IPN-u traktowani jak zbrodniarze i narzędzia Stalina, a drugiego dnia państwo składa im oficjalny hołd? To nie jest polityka historyczna, to jest cyniczna schizofrenia pamięci! Ale ta walka nie dotyka już tylko ideologów czy leśnych oddziałów z lat 40. Ta machina ruszyła dalej i uderza w zwykłych Polaków, w naszych ojców i dziadków. Najlepszym, a zarazem najbardziej bulwersującym tego dowodem jest niedawne usunięcie tablicy pamięci „niebieskich beretów” z murów Muzeum Wojsk Lądowych w Bydgoszczy. Tablicę tę ufundowali za własne pieniądze rezerwiści, dawni żołnierze 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej. Chcieli tylko jednego – upamiętnić swoją ciężką, elitarną służbę zasadniczą. Służbę, do której powołało ich polskie państwo. I co zrobił IPN? Nakazał jej demontaż, uznając jednostkę za „symbol komunizmu”. To jest uderzenie w twarz tysiącom poborowych, którzy wylewali pot na poligonach, choć nie mieli nic wspólnego z wielką polityką. Państwo zastosowało ślepą odpowiedzialność zbiorową! Zrównało młodego chłopaka w polskim mundurze z aparatem stalinowskiego terroru. Mówmy więc ostro: dopóki będziemy dzielić ból rodzin, dopóki będziemy niszczyć tablice pamiątkowe fundowane przez samych obywateli i dopóki o wartości ludzkiego życia na polu bitwy decydować będzie aktualna pieczątka partyjna, dopóty nie będziemy mieli do czynienia z prawdą historyczną, ale z ordynarną propagandą. Nie ma lepszej i gorszej krwi. Czas z tym skończyć. ANDRZEJ BOGUCKI

Możliwe scenariusze wojny

Jest źle, ale nie beznadziejnie

W rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej przypada 1651. dzień wojny w Ukrainie, a to więcej, niż trwała pierwsza wojna światowa. Dwa dni wcześniej dziennikarz państwowej TV Rosji zapytał szefa MSW Ławrowa: Jak to się stało, iż Rosja ma za sojuszników tylko Koreę Północną i Iran? Ten bez namysłu odpowiedział pytaniem: Co złego w takim towarzystwie?

Pierwszym celem Ukrainy po roku walk było odbicie zajętych terenów, łącznie z Krymem, i wydawało się, iż ze wsparciem Zachodu się uda. Nie udało się, ale żołnierze nabrali doświadczenia, poprawiło się dowodzenie, a przede wszystkim logistyka. Od jakiegoś czasu Ukraina realizuje drugi cel, ale ograniczony ze względu na m.in. niedobory środków obrony. Na lądzie chce utrzymać pozycje za wszelką cenę, co jest piekielnie trudne. Nieuprawiane pola zarosły wysoką trawą, co umożliwia przenikanie niewielkich grup na tyły i są one trudne do wykrycia choćby przez drony. Straty po obu stronach są ogromne. Większe u Rosjan, których dziennie ginie lub jest rannych od 1200 do 1400, choć nie wiemy o stratach Ukrainy. Trzy razy większe zasoby Rosji dają jej tu zdecydowaną przewagę. Ale pozostało drugi składnik tego ograniczonego celu – to głębokie uderzenia dronami i rakietami własnej produkcji na ważne obiekty Rosji.

Cele do uderzeń są tak dobierane, aby destabilizować najwyższe kręgi władzy na Kremlu. Na Moskwę dronów i rakiet już nie posyłają, bo i Rosja poprawiła obronę powietrzną. Interesy oligarchów już są naruszane, bo Ukraińcy atakują rafinerie, magazyny – nie tylko wojskowe – oraz centra energetyczne. Chodzi o to, aby niedobory paliw rodziły napięcia między administracją terenową a centralą, między finansjerą i oligarchami Kremla, choćby noszącymi mundury. Cele dobierane są tak, aby bogaczom przepadały olbrzymie zyski, żeby z dymem poszły rafinerie czy magazyny np. Wildberriesu. To zaczyna boleć i kto wie, czy zaproszenie Trumpa dla szefa finansów Rosji na G20 nie miało z tym związku. Wydaje mi się, iż Ukraina masowo uderzy na obiekty energetyczne i ciepłownie w takim czasie, aby nie zdążyli naprawić ich przed mrozami. W końcu dojdzie do niezadowolenia na Kremlu, bo od wieków w Rosji gniew ludu zawsze spadał nie na dobrego cara, ale na złych bojarów.

Dlatego beznadziejnie nie jest, bo jeżeli Ukrainie uda się dokonać zamętu na Kremlu i ten stanie pod ścianą, bo lud się wnerwi, jest szansa na odsunięcie Putina i zanim się pozbierają w tym zamęcie, można będzie wprowadzić kontyngent „koalicji chętnych”. A to oznacza, iż nowe władze Kremla staną przed dylematem, czy kontynuować działania przeciw NATO. jeżeli ten po Putinie będzie gorszy – wojna z użyciem atomu byłaby pewna, jeżeli jakiś umiarkowany – Ukraina i tak nie odzyska utraconych terenów. Rosja, nie dość, iż usprawniła obronę przed dronami, to produkuje ich więcej niż Europa, i teraz szkoli setki tysięcy operatorów dronów. Ukraina musi zwiększyć produkcję dronów dalekiego zasięgu, ale robi błąd. Źle negocjuje z Zachodem umowy korzystne dla obu stron na ich produkcję. jeżeli będzie przez cały czas zwlekać, a Europa nie weźmie w całości na siebie produkcji tych dronów, wysyłając je z taśm produkcyjnych od razu na front, to Ukraina padnie, a „koalicja chętnych” stanie się pośmiewiskiem nie tylko dla Europy, ale i dla świata. Widać dobrze, iż wydarzenia poprzedzające wybuch drugiej wojny światowej niczego i nikogo z ważnych tego świata nie nauczyły. A już na pewno nie USA. BYŁY ŻOŁNIERZ

„Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna bezpieczeństwo innych”

BBB, czyli: brawurowi, bezczelni, bezkarni

Mieszkam na wsi, co ma swoje uroki. Zwłaszcza latem: słońce, ciepłe wieczory, otwarte okna, posiłki na balkonie czy tarasie, śpiew ptaków… Często też, niestety, słyszę koncert na drodze. Najpierw daleko, ledwie słyszalne: wrrrrr… Potem coraz bliżej: WRAAAAUUU! I zanim człowiek zdąży pomyśleć, co się dzieje, przez wieś przelatuje motocykl. Albo dwa. Albo pięć. Kierowca znika, a huk zostaje jeszcze przez kilka sekund.

Motocykliści mają prawo jeździć, korzystać z dróg i cieszyć się swoimi maszynami. Mają też prawo do pasji i odrobiny adrenaliny. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego realizacja tej pasji musi czasem oznaczać, iż pół miejscowości zostaje mimowolnym uczestnikiem motocyklowego spektaklu.

Mała miejscowość to nie tor wyścigowy. Droga biegnąca przez wieś jest częścią codziennego życia. Ktoś wyjeżdża z posesji, ktoś przeprowadza dziecko przez jezdnię, ktoś jedzie rowerem, starsza osoba próbuje przejść na drugą stronę. Może pojawić się ciągnik, pies, rowerzysta albo samochód, którego kierowca nie spodziewa się maszyny pędzącej z prędkością przekraczającą możliwości reakcji. Tak pewnie stało się w przypadku „moich” wiewiórek, które chciały przedostać się na drugą stronę drogi i nie dały rady – w ciągu tygodnia naprzeciwko posesji znalazłam trzy martwe wiewiórki.

Motocykl potrafi w kilka sekund osiągnąć prędkość, przy której pokonywany dystans staje się ogromny. Motocyklista może być świetnym kierowcą, mieć refleks zawodowca i doświadczenie. jeżeli jednak wydarzy się coś nieprzewidzianego, margines błędu gwałtownie maleje. I wtedy zaczyna się rozpacz, czasem nie tylko rodziny motocyklisty, ale także innych, Bogu ducha winnych uczestników ruchu drogowego. A do tego ten hałas. Nie chodzi mi o dźwięk silnika, bo do tego uszy przywykły. Chodzi o sytuację, kiedy motocyklista świadomie jedzie na wysokich obrotach przez spokojną miejscowość, jakby chciał sprawdzić, ile decybeli można jeszcze wycisnąć z tłumika. Dla niego to pewnie kilka minut dobrej zabawy. Dla mieszkańców – nieprzyjemny, gwałtowny huk.

Irytujące jest przy tym poczucie bezkarności tych kierowców. Motocykl pojawia się i znika. Numer rejestracyjny bywa trudny do odczytania, zwłaszcza gdy maszyna przemknie z ogromną prędkością. Zanim zdąży się zareagować, motocyklisty już nie ma.

Wolność jest piękna. Tylko iż wolność na drodze nie oznacza prawa do robienia wszystkiego, na co ma się ochotę. Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się bezpieczeństwo innych. Oczywiście, nie każdy motocyklista jest piratem drogowym. Są też rozsądni, kulturalni i odpowiedzialni. Problem w tym, iż jednego wariata słychać bardziej niż stu normalnych.

Jeśli ktoś chce sprawdzić, ile wyciąga jego maszyna – są do tego tory. Wiejska droga nim nie jest, a mieszkańcy nie są publicznością na motocyklowym Grand Prix.

Wolność jest piękna. jeżeli jednak, żeby ją poczuć, trzeba innym odbierać spokój, bezpieczeństwo i możliwość normalnego życia, to nie jest już wolność. To zwykły egoizm na dwóch kołach. Więcej, wolność bez odpowiedzialności jest wygodną formą chamstwa. ELA

„Reforma” Ziobry trzyma się mocno

Trzecia władza

Władza sądownicza powinna być niezawisła, niezależna, to znaczy bezstronna, powinna wydawać wyroki zgodnie ze swoim sumieniem, bez żadnych kontekstów politycznych. W praktyce jednak nigdy tak nie było. Przecież prokuratorzy czy sędziowie na bieżąco orientują się, co aktualnie dzieje się na arenie politycznej i każdy ma wyrobiony pogląd.

Gdy ministrem i prokuratorem generalnym został Z. Ziobro, postanowił upolitycznić sądy oraz prokuraturę i nazwał to reformą sądownictwa. Stworzył też przy Sądzie Najwyższym Izbę Dyscyplinarną i Odpowiedzialności Zawodowej – zaczęło się wtedy szykanowanie, przenoszenie na niższe stanowisko, skazywanie niepokornych sędziów i prokuratorów na placówki odległe o 400 km od domu.

Wydawało się, iż po zmianie władzy wahadło przechyli się na drugą stronę, zwłaszcza iż Ziobro i jego zastępca uciekli z kraju w obawie przed odpowiedzialnością karną. Jednak w czasie rządów Tuska nie zapadł żaden wyrok i to pomimo setek oskarżeń prokuratorskich. W dalszym ciągu „reforma” Ziobry mocno się trzyma, w czym duża zasługa prezydenta Nawrockiego.

Z legalnie wybranych sześciorga sędziów TK Nawrocki postanowił odebrać ślubowanie tylko od dwojga, a pozostała czwórka nie będzie mogła orzekać, a choćby wejść do swoich biur. Nawrocki w roli opozycjonisty już pobił rekord wetowanych ustaw, a kilka z nich spowodowało, iż do budżetu nie wpłynęło ok. 8 mld zł. Prezydent śmieje się w twarz rządowi i premierowi, jakby mówił: I co mi zrobicie?, bo wie, iż ten rząd jest za słaby, żeby postawić go przed Trybunałem Stanu. JÓZEF ANTOSIAK

Читать всю статью