W najnowszym numerze Tygodnika „NIE” znakomita Agnieszka Wołk-Łaniewska rozmawia z premierem Leszkiem Millerem. Wywiad nosi słuszny tytuł „Groźniejszy niż Braun”. Bo Leszek Miller to polityk wagi ciężkiej.
Żubr na polskiej scenie politycznej. Można było w przeszłości i w teraźniejszości z nim nie zgadzać, ale zawsze było się z kim nie zgadzać. Kanclerz przetrwał burze i zawirowania przy których zdecydowana większość polityków w Polsce zostałaby zmieciona z powierzchni ziemi. Radził sobie z wrogami, przeciwnikami i co istotne z „przyjaciółmi” uderzającymi zza węgła w tył głowy. Przeżył wiele, łącznie z katastrofą rządowego Mi-8 pod Piasecznem. W ostatnich latach z nieskrywaną satysfakcją słucham i czytam Leszka Millera. Ostatnio zdobył u mnie dodatkowe punkty pozapolityczne odważnie broniąc swojej rodziny przed atakami różnorakich bydlaków, którzy nazywają się dziennikarzami.
Zmarły nasz starszy Kolega – zresztą publicysta „Myśli Polskiej” – Bohdan Poręba nakręcił w 1970 roku film „Prawdzie w oczy”, moim zdaniem premier Leszek Miller powinien udzielić obszernego wywiadu (wywiad-rzeka) i tak właśnie zatytułować książkę. To byłby bez wątpienia bestseller. Kanclerz Miller o sprawach, o których nikt z reszty mainstreamu nie ma choćby odwagi myśleć. Leszek Miller jest politykiem z pokolenia, które samodzielnie analizowało i miało własne poglądy. Poglądy wynikające z analizy, a nie zaaplikowane podczas szkoleń w sorosowskich lub niemieckich fundacjach. Politycy pokolenia premiera znają wiele narzędzi do analizowania różnorakich problemów – jednym z nich jest marksizm – czego wychowankowie styropianowej dintojry nie mogą pojąć.
Ale wróćmy do wywiadu. Wybitny reżyser Alfred Hitchcock podobno powiedział „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. To bardzo pasuje do wywiadu przeprowadzanego przez Agnieszkę Wołk-Łaniewską. Kanclerz zaczyna stwierdzeniem: „Wolę być ruską onucą niż banderowskim pampersem”. Leszek Miller słusznie przypomniał słowa kiedyś publikującego w „Myśli Polskiej” Łukasza Warzechy o proukraińskiej patologii, która zżera Polskę. Bo to jest realny problem, który jest prawie przez wszystkich przemilczany. Nikt nie pyta czy nam się to opłaca i czy ma sens – tylko czy zaszkodzi „ruskim”.
Leszek Miller znakomicie pokazał jak w niepolskim interesie działa finansowana przez nas wszystkich TVP. Kilka tygodni temu komentowaliśmy tu na Facebooku słowa człowieka uprawiającego politykę w Polsce a zarazem wielkiego patriotę Ukrainy Pawła Kowala. W audycji u red. Doroty Schnepf radykalnie atakował byłego premiera Polski. Budziło to powszechny niesmak. Zgodnie z przyjętymi zasadami premier Miller powinien mieć okazję do riposty. To znaczy kiedyś tak było, teraz obowiązuje niepisany kodeks antyonucyzmu. Wyklucza on możliwość dyskusji z tymi, których prokijowski sanhedryn uznał za swoich wrogów.
Moim zdaniem dobrze się stało – niech winny się tłumaczy. Nie wiem dlaczego w tym momencie przypomniało mi się co kiedyś powiedział Jerzy Waldorff: „Jest to taka sytuacja, jakbym przechodził, powiedźmy koło gnojowiska, w którym byłaby wielka, kwicząca świnia i ona by mnie obryzgała. To przecież ja nie wlazłbym do tego gnojowiska, żeby zacząć z nią dyskutować”. Ale to nie ma związku z tematem, chciałem się tylko popisać swoją elokwencją i znajomością waldoryzmu.
Kanclerz Leszek Miller nie bierze jeńców. Mówi szczerze w posturbanowskim tygodniku jak Marek Jurek u spowiedzi. Jest więc słowach Tulsi Gabbard o Rosji, o opinii „De Telegraaf” o neobanderowskiej symbolice, o kundlizmie dzisiejszej lewicy parlamentarnej, o prezydencie USA Donaldzie Trumpie, o ukraińskim sprzeciwie wobec ekshumacji pomordowanych Polaków. Cholera jasna – jestem endekiem – i we wszystkim się zgadzam z byłym szefem SLD. Ba, Leszek Miller leje miód na moje endeckie serce cytując Romana Dmowskiego. Zresztą w tym samym numerze ojca Narodowej Demokracji cytuje również sędziwy prof. Andrzej Werblan.
Jest też o Unii Europejskiej. Dla mnie jest to istotne, ponieważ w okresie przedakcesyjnym byłem koordynatorem Stow. NIE dla UE na Śląsk. Mocno uderzaliśmy wtedy w zakochanego w Unii Europejskiej premiera Leszka Millera w naszych spotach wyborczych. Miałem 23 lata i byłem radykalny, dzisiaj bym nie użył takich określeń w stosunku do polskiego premiera. Podziwiałem wtedy Kanclerza jako Przeciwnika. Miller okazał się więcej, niż zdolnym politykiem wykorzystując pazerność ówczesnej hierarchii kościelnej do przeciągnięcia znacznej części społeczeństwa na swoją stronę. Miał zresztą sojusznika w osobie Jana Pawła II.
Dzisiaj jednak stanowisko Millera względem Unii zbliżyło się znacznie do stanowiska mojego środowiska politycznego. Albo odwrotnie. Nie ma się o co spierać. Były premier mówi: „Europa słabnie, dystans do Stanów Zjednoczonych – o ile chodzi o gospodarkę, nowoczesne technologie, sztuczną inteligencję – rośnie; między innymi dlatego, iż pani von der Leyen woli być szefową sztabu wojennego, niż zajmować się realnymi problemami Europejczyków”. W tym momencie sprawdzam, czy to na pewno nie jest wywiad z redaktorem naczelnym „Myśli Polskiej” Janem Engelgardem.
Teraz obalmy mit. Kanclerz jest określany jako polityk antyukraiński. Kompletna bzdura, można powiedzieć kowalizm, a choćby kwaśniewskizm. On jako jeden z nielicznych opowiada się za jak najszybszym logicznym unormowaniem stosunków między Ukraińcami i Rosjanami. To właśnie Miller pozostając krytyczny wobec nierozliczonej przeszłości i nieakceptowanej teraźniejszości Ukrainy opowiada się za tym, by młodzi Ukraińcy przestali ginąc w okopach. Budzą mój głęboki niesmak politycy mający pełne gęby proukraińskich frazesów, którzy jednocześnie mamią Ukraińców nierealnymi obietnicami i pchają ich do okopów. W takim rozumieniu to właśnie Leszek Miller jest proukraiński, bo opowiada się przeciwko bezsensownemu poświęcaniu życia młodych Ukraińców.
I na koniec – wyjaśnię dlaczego jako endek uważam, iż Leszek Miller jest groźniejszy od Grzegorza Brauna dla naszych wrogów. Powodów jest kilka, ale główne trzy to propaństwowość, realizm i nieuleganie bezrozumnej i powszechnej rusofobii. Idzie mi o przeszłość w okresie PRL i III RP. Na dodatek Leszek Miller nigdy nie udawał endeka i to budzi moją dodatkową sympatię.
Wielu mówi, iż Leszek Miller to już 79-letni emeryt, więc już „po ptokach”. Teraz na lewicy przyszła pora tuzów nowoczesnej intelektu – Żukowskiej, Czarzastego, Biedronia&Śmieszka. A ja chciałbym tylko nieśmiało przypomnieć, iż Kanclerz Konrad Adenauer z korzyścią dla Niemiec rządził do 87 roku życia. Jest on dowodem na to, iż w każdym wieku można wiele zrobić dla dobra swojego narodu.
Dalej się zapieram, iż będę politykę tylko i wyłącznie komentował. Ale z drugiej strony – jak stwierdziła Ewa Wachowicz – premierowi się nie odmawia. Więc gdyby … Spokojnie – tylko żartuję.
Łukasz Jastrzębski











