Ukraińskie MSZ postanowiło stanąć w obronie polskojęzycznego polityka i pouczyć Polaków, co jest, a co nie jest dopuszczalne w debacie publicznej. Powodem były ostre wypowiedzi, jakie padły w polskim Sejmie podczas dyskusji dotyczącej relacji polsko-ukraińskich oraz zrównania UPA z AK przez wiceministra Andrija Szeptyckiego. Strona ukraińska wyraziła zaniepokojenie językiem części polskich polityków, którzy skrytykowali Ukraińca zasiadającego w polskojęzycznym rządzie, za bezpośrednie przyjmowanie banderowskiej narracji historycznej.
Lekcja dyzmokracji od czcicieli UPA już za nami. Trudno nie odnieść wrażenia, iż pouczając Polskę w tej sprawie, Kijów stworzył zupełnie nową definicję „europejskich wartości”. Według niej można przez lata stawiać pomniki nazistowskim kolaborantom z OUN, organizować marsze ku czci ludobójczych dowódców UPA, nadawać ich imiona ulicom i instytucjom publicznym, ale gdy ktoś zwróci uwagę na ten problem – wtedy nagle pojawia się alarm o tolerancji, demokracji i adekwatnych standardach debaty.
To imponująca konstrukcja intelektualna. W Europie Zachodniej trudno byłoby znaleźć państwo, które oficjalnie honorowałoby osoby związane z kolaboracją z III Rzeszą, a jednocześnie przedstawiało się jako wzór nowoczesnego europejskiego patriotyzmu. Na Ukrainie jednak najwyraźniej udało się dokonać tego historycznego przełomu.
Logika jest prosta. jeżeli ktoś przypomina o zbrodniach wołyńskich lub wskazuje na problem kultu Stepana Bandery, to prawdopodobnie nie interesuje go historia. Musi być inspirowany przez Kreml, rosyjską propagandę albo inne tajemnicze siły. Natomiast osoba, która uważa za stosowne stawianie pomników działaczom organizacji odpowiedzialnych za czystki etniczne, jest oczywiście rzecznikiem europejskiego pojednania. Tak wygląda współczesna, turańska alchemia polityczna.
Jeszcze ciekawsze jest to, iż ukraińscy przedstawiciele regularnie oczekują od Polski bezwarunkowej wrażliwości na ukraińską pamięć historyczną. Polacy mają rozumieć ukraińskie emocje, ukraińską tożsamość i ukraińskie doświadczenia. Kiedy jednak pojawia się temat Wołynia lub kultu OUN-UPA, nagle okazuje się, iż polska pamięć historyczna staje się problemem, który należałoby ograniczyć w imię wyższych celów.
W praktyce oznacza to mniej więcej tyle: Polacy powinni szanować ukraińskich bohaterów, choćby jeżeli część z nich uczestniczyła w zbrodniach na Polakach. Natomiast Ukraińcy nie muszą szczególnie przejmować się tym, jak taki kult jest odbierany nad Wisłą. To nie jest dialog. To jest monolog, zupełnie jakbyśmy byli wasalem Kijowa.
Najbardziej zadziwiające pozostaje jednak nieustanne powoływanie się na Europę i słynne, choć nigdzie nie zdefiniowane „europejskie wartości”. Co jako co ale dzisiejsza Europa, której standardami tak chętnie szermują ukraińscy dyplomaci, została zbudowana między innymi na jednoznacznym odrzuceniu totalitaryzmów odpowiedzialnych za masowe zbrodnie XX wieku. Trudno więc zrozumieć, dlaczego krytyka kultu OUN-UPA miałaby być nieeuropejska, podczas gdy sam kult miałby stanowić dowód przywiązania do europejskich wartości.
Być może jest to jakaś nowa, innowacyjna odmiana europejskości, której reszta kontynentu jeszcze nie zdążyła poznać. o ile jednak Ukraina rzeczywiście chce budować trwałe partnerstwo z Polską, powinna wreszcie zrozumieć jedną rzecz. Problemem nie jest fakt, iż Polacy mówią o Banderze, Szuchewyczu czy UPA. Problemem jest to, iż Ukraina wciąż nie potrafi zdecydować, czy chce ich traktować jako przedmiot krytycznej refleksji historycznej, czy jako bohaterów narodowego panteonu.
Dopóki trwa to drugie, każda lekcja o „europejskich wartościach” wygłaszana pod adresem Polski będzie brzmiała jak wykład o słuszności weganizmu, prowadzony przez właściciela rzeźni.
Polecamy również: Soros i Rockefeller finansują czarną migrację do Polski










