Kiedy politycy opowiadają o „równości dostępu do świadczeń zdrowotnych”, wielu Polaków prawdopodobnie myśli o wielomiesięcznym oczekiwaniu na wizytę u specjalisty, badanie diagnostyczne czy planowy zabieg. Okazuje się jednak, iż system działa znacznie sprawniej, niż mogłoby się wydawać. Trzeba tylko wiedzieć, do którego gabinetu zapukać, kogo znać albo przy którym nazwisku postawić odpowiedni tytuł.
Lekarz, polityk, znajomy? Jak się okazuje, kolejka na wizytę lub zabieg nie jest dla nich. Najnowsze ustalenia dotyczące jednej z klinik Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego są kolejnym dowodem na to, iż w polskiej ochronie zdrowia rozwija się zjawisko, które można określić mianem medycznego feudalizmu. Według wyników kontroli NFZ choćby około 70 proc. analizowanych pacjentów zostało przyjętych poza kolejnością, za co placówka została ukarana finansowo. Poza kolejnością przyjmowano polityków, rodziny i znajomych lekarzy oraz pacjentów ich prywatnych praktyk medycznych.
Nie jest to zresztą pierwszy tego rodzaju przypadek. W ostatnich miesiącach opinię publiczną obiegły również informacje o nieprawidłowościach w szpitalu MSWiA, gdzie kontrolerzy NFZ wykryli masowe przyjęcia pacjentów poza kolejką oraz preferencyjne traktowanie osób korzystających wcześniej z prywatnych wizyt.
Oczywiście oficjalnie wszyscy są równi. W praktyce jednak niektórzy okazują się „równiejsi”. Zwykły pacjent czeka miesiącami na konsultację, podczas gdy inni pojawiają się na oddziale niemal natychmiast. Czasem dlatego, iż są osobami publicznymi. Czasem dlatego, iż są znajomymi lekarzy. Innym razem dlatego, iż wcześniej odwiedzili ten sam autorytet medyczny w prywatnym gabinecie, gdzie – zupełnym przypadkiem – udało się szybciej ustalić termin leczenia w publicznej placówce.
To właśnie ten mechanizm budzi największe kontrowersje. Publiczny system ochrony zdrowia jest finansowany przez wszystkich podatników, ale coraz częściej sprawia wrażenie zaplecza dla prywatnego biznesu medycznego. Pacjent najpierw płaci za wizytę prywatną, a następnie w magiczny sposób odnajduje krótszą drogę do świadczeń finansowanych przez NFZ. Oczywiście nikt nie mówi wprost o omijaniu kolejki. Mówi się o „koordynacji leczenia”, „indywidualnym podejściu” albo „optymalizacji procesu terapeutycznego”. W końcu eleganckie słownictwo zawsze lepiej wygląda w dokumentacji.
Najbardziej absurdalne jest jednak to, iż podobne historie przestają kogokolwiek szokować. Społeczeństwo przyzwyczaiło się do funkcjonowania dwóch równoległych systemów. Pierwszego – dla zwykłych obywateli, którzy cierpliwie czekają na swoją kolej. I drugiego – dla osób posiadających odpowiednie kontakty, pozycję lub zasobniejszy portfel. W teorii oba systemy nie istnieją. W praktyce wszyscy wiedzą, iż istnieją.
Polska służba zdrowia znajduje się w głębokim kryzysie kadrowym i finansowym. Brakuje lekarzy, pielęgniarek, miejsc na oddziałach oraz pieniędzy. Tym bardziej niepokojące jest pojawianie się patologii związanych z ustalaniem kolejności leczenia. Każdy przypadek przyjęcia pacjenta poza obowiązującą kolejką oznacza bowiem, iż ktoś inny został przesunięty na dalsze miejsce. Za każdą „uprzywilejowaną ścieżką” stoi konkretny człowiek, który będzie czekał dłużej.
Być może najwyższy czas przestać udawać, iż problem nie istnieje. o ile kolejki mają być uczciwe, muszą obowiązywać wszystkich. Także lekarzy, ich znajomych, lokalnych notabli, celebrytów i polityków. W przeciwnym razie należałoby uczciwie poinformować obywateli, iż kolejka do lekarza jest jak większość rzeczy w Polsce: teoretycznie dla wszystkich, praktycznie dla wybranych.A wtedy pozostanie już tylko zmiana oficjalnych komunikatów NFZ. Zamiast „przewidywany czas oczekiwania wynosi 18 miesięcy” wystarczyłoby napisać: „18 miesięcy dla zwykłych pacjentów. Dla pozostałych – zależy, kogo znają”.
Polecamy również: Banderowska V kolumna w Polsce wymyśliła nowy order dla Zełenskiego









