Ta wojna absolutnie nic nie zmieni. Trump bawi się w Boga, ale jest groźniejszy dla Amerykanów i UE niż dla Iranu. Nie da się rakietami obalić reżimu w Teheranie.

Fot. thefad.pl
To tylko pompowanie ego cyrkowca z Białego Domu. Ameryka musi się wyleczyć z tej durnej metody naprawiania świata poprzez zrzucanie czegoś groźnego z powietrza. Wiele lat temu amerykański pisarz Kurt Vonnegut, w jak zawsze ironicznym stylu, opisał amerykańską metodę prowadzenia polityki.
Ameryka grozi obcym krajom, zmusza je do zachowania się tak, jak ona chce, bo w przeciwnym wypadku zrzuci im coś z samolotów. I nie będzie to guma do żucia.
Próbowali wielokrotnie i nic z tego nie wyszło. A najlepszy przykład to Afganistan, gdzie po próbach zmian nastąpiły zmiany na gorsze i w tej chwili rządzą tam najbardziej radykalni talibowie.
Ta wojna jest lipą, zabawą starego, zdziwaczałego milionera, ale trupy i konsekwencje są niestety prawdziwe.
Amerykańska rakieta trafiła w szkołę dla dziewcząt w Minabie. Zginęło 57 dziewczynek. W Bahrajnie płoną biurowce, w Dubaju lotnisko. Świat pogrąża się w konflikcie.
Tymczasem Pomarańczowy Świr gra w golfa na Florydzie, a w przerwach na kawę pyta, czy świat już mu dziękuje. Krążą żarty, iż to pierwsza wojna Rady Pokoju Trumpa.
I dobrze, iż nie daliśmy się wciągnąć do tego osobliwego grona, choć pan Jarosław z Żoliborza usilnie naciskał i choćby twierdził, iż Polska powinna wysupłać ten miliard dolców na wpisowe.
Trump z uśmiechem sprzedawcy pasty do zębów podaje, iż zginęło kilku ważnych przywódców Iranu, w tym ajatollah Chamenei. Ma to już w swoim notesiku odfajkowane, jak zakup nowych kijów golfowych.
Ale to nie obali reżimu smutnych talibów. Będą następni. Demokracja przez rakiety. To jeszcze nigdzie się nie udało.
Krzysztof Skiba













