Nie jest tajemnicą, iż bez nas nie byłoby opowieści niosących to, co w nas najpiękniejsze, ale też najpaskudniejsze; zatrzymania w nich naszego bohaterstwa, ale też hańby; zachowania naszej szlachetności, ale też uprzedzeń, które nosimy głęboko „w sercu”, ale coraz częściej otwarcie, niczym odzież wierzchnią. Opowieści konfrontujących nas z innością, różnorodnością, wielokulturowością (czysty Rushdie), w której – w spokoju bądź w wielkiej zawierusze – spotykają się wyobrażone i realne światy.
Sceny w pociągu bywają budujące. Nie idzie mi choćby o to, iż – ku mojej euforii – coraz więcej osób czyta, ale o inne scenki rodzajowe. W zaczytaniu własnym przyglądam się podróży ojca z córką, wczesną nastolatką. Grają w szachy, a on z wielką cierpliwością tłumaczy jej kolejne ruchy, pozostawiając jednak wolność, dbając o intuicję, o to, by za chwil kilka sama wiedziała. A trzeba przyznać, iż ma młoda talent. Pociąg telepie się niemiłosiernie, po godzinie przychodzi czas na lekturę, wyciągniętą przez dziewczynkę z kolorowego plecaka. Mijają kolejne minuty. Czytać trudno. I wtedy pada: „Tato, opowiedz mi”, zaś ojciec – najwyraźniej przyzwyczajony do charakterku swej latorośli – zaczyna snuć opowieść. Trochę w niej wątków rodzinnych, nieco historii, elementy mitów. Takie: „Opowiedz mi” i ja słyszę często od dzieci moich przyjaciół, albo i od nich samych, nie tylko, gdy idzie o powrót z wymarzonych wakacji, ale gdy fakty spotykają wyobraźnię, a opowieść staje się kluczem to tego, co może wydarzyć się dalej. Opowieść zupełnie fantastyczna, ale i zupełnie realna, scenariusz „do spełnienia” lub taki, który lepiej wymazać ze sfery prawdopodobieństwa.
W „Baśniach”, otwierających tom Języki prawdy, zawierający eseje Salmana Rushdiego z lat 2003-2020 wracamy do tego samego punktu. Do każdego „Opowiedz mi”, na które odpowiedzią bywa „Dawno, dawno temu…”, opowieść istniejąca przecież na długo przed jej spisaniem. Ta opowiadana dziecku na dobranoc, ta podawana z ust do ucha i… dalej, niosąca historię, kodująca mity, stanowiąca o naszej tożsamości, rozwijająca wyobraźnię, której nikt nie powie, iż jest „dziecinna”, gdy automatycznie/ z przyzwyczajenia/ z konieczności nie wyznacza granic. „Jesteśmy, jacy jesteśmy – pisze Rushdie – dzięki tym książkom i opowieściom, które kiedyś pokochaliśmy (…) to nas zmienia i ukochana baśń staje się cząstką naszego obrazu świata, elementem tego, jak rozumiemy różne rzeczy, jak oceniamy i jak podejmujemy decyzje w dorosłym życiu”.
Pierwsza myśl… skoro jako dziecko chciałam się bawić w wiedźmy z Makbeta, w głowie miałam mickiewiczowskie Ballady i romanse (ech… „Lilije”), a przez szczelinę między półkami podglądałam kolejne odcinki przygód Marca Pola czy odcinki serialu BBC o Elżbiecie (tej pierwszej), królowej Anglii… to jaki jest mój obraz świata? Jak każde wypowiedziane słowo, nudzenie rodzicom i dziadkom by „opowiedzieli” stało się współsprawcą tego, gdzie i kim dziś jestem. Jak to było u Was? Jakie piętno odcisnęły na nas opowieści Starej baśni, kolejne czytania braci Grimm czy Hansa Christiana Andersena, ale też Michaiła Bułhakowa, Isaaka Singera, Franza Kafki czy wreszcie Ursuli Le Guin, którzy (znów Rushdie) „ucztowali zapamiętale na swoich rozmaitych tradycjach w dziedzinie baśni i znajdowali rozmaite sposoby wszczepienia bajkowości do realności”. I co nam z nich zostało? Z archetypów, mitów, wierzeń, przekonań, przedzałożeń, jakie mamy „z tyłu głowy”? Czego się nauczyliśmy… o sobie, zamknięci w opowieściach, a przecież właśnie przez nie najmocniej otwarci, na to, co nieoczekiwane, co dzieje się często „pomimo” lub ku naszemu zaskoczeniu? Czego uczymy się każdego dnia, sięgając pamięcią lub uparcie zabraniając sobie pamiętać, to, co przez chwilę/ na dłużej/ na zawsze było/ jest/ będzie ważne? Wszak „jesteśmy jedynym gatunkiem, który od początku swego istnienia snuł opowieści, bo dzięki nim możemy sobie objaśnić, kim jesteśmy”. Nie jest tajemnicą, iż bez nas nie byłoby opowieści niosących to, co w nas najpiękniejsze, ale też najpaskudniejsze; zatrzymania w nich naszego bohaterstwa, ale też hańby; zachowania naszej szlachetności, ale też uprzedzeń, które nosimy głęboko „w sercu”, ale coraz częściej otwarcie, niczym odzież wierzchnią. Opowieści konfrontujących nas z innością, różnorodnością, wielokulturowością (czysty Rushdie), w której – w spokoju bądź w wielkiej zawierusze – spotykają się wyobrażone i realne światy. I robią to z całą brutalnością zimnego faktu, bo „kiedy Sindbad Żeglarz i Aladyn wyruszyli w podróż, nie byli bohaterami disneyowskimi”, a „Kraina czarów [ta z Alicji… przyp. red.], to nie żadne przytulisko”. I tak opowieści – Rushdiego, ale i nasze własne – stawiają nas wobec tego, jak jest. Bo choćby realizm magiczny może pomóc nam zdjąć różowe okulary albo inaczej – być w prawdzie, co do której i Autor ma przekonanie, iż jednak/ jakoś nas wyzwoli.
Obok wielkich powieści Rushdiego, po które sięgają tłumy, a o których napisano już miliony słów, są i formy krótsze, w niczym nieustępujące kolejnym tomom, zawieszonym gdzieś pomiędzy światami, Wschodem i Zachodem, mitem i faktem, opowieścią snutą długie noce (może być tysiąc i jedną) czy refleksją na „mrugnięcie okiem”. Bo choć Szatańskie wersety, Czarodziejka z Florencji czy Miasto zwycięstwa (by wspomnieć tylko moje ulubione) mogą wciągać, uwodząc różnorodnością, zawieszeniem pomiędzy światami i czasami, łącząc realizm z mitem, czy wreszcie tworząc plejadę postaci, które moglibyśmy chcieć spotkać, to właśnie małe formy, zebrane w tomach Ojczyzny wyobrażone (eseje z lat 1981–1991) oraz przywołane już Języki prawdy, przenoszą w świat nie tyle pięknych słów, wielkich mitów czy łatwych recept, ale w miejsca i ku ludziom, szczególnie dla autora ważnym. To Bombaj, „miasto utracone”; Indie, ta „gromada”, co już „ze swej natury jest obfitością, różnorodnością – wieloma rzeczami naraz”. To nowe imperium, historycznymi korzeniami tkwiące w podbojach i grabieżach, odciskających się na kulturze i języku, gdzie („Nowe imperium w Wielkiej Brytanii”) „nie jest to Anglia fair play, Anglia tolerancji, przyzwoitości, równości – taki kraj istniał tylko w bajkach”. To wreszcie te miejsca, gdzie „demokracja to nie Wersal”, zaś „idea prawdy w każdym społeczeństwie zawsze jest wynikiem sporu i musimy dokładać starań, żeby ten spór wygrać” („Prawda”). To także odwaga przesuwania granic i nieustannego szturmu na granice rzeczywistości, a przecież i ludzkiego języka/ umiejętności rozumienia; podejmowania ryzyka, bo przecież na tym polega literatura, gdy dociera do trudnych tematów. Tu „książka jest dobra wtedy, gdy dociera do tej granicy, a ryzyko ponosi przez nią fiasko; kiedy wystawia artystę na niebezpieczeństwo tym, na co się poważył – lub nie – ze względów artystycznych”. Ale o tym Salman Rushdie wie przecież najlepiej.
Małe formy prowadzą jednak i dalej, do literackich tropów i inspiracji, do wielkich mistrzów i literackich zagwozdek, do autorów tak istotnych, iż stawiających pod znakiem zapytania; do tych miejsc, gdzie pisarz otoczony jest innymi pisarzami, pośród których pewnym coś zawdzięcza, innych zaś zdaje się nieustannie zapytywać o historię historii, opowieść opowieści, fakty i mity, pisarskie style, meandry literackiej kuchni. Szlak lektur Rushdiego biegnie w znacznej mierze przez literaturę angielska (choć nie tylko), by mówić o tym, iż „dzieło literackie nie musi być zwyczajnie komiczne albo tragiczne, romantyczne, polityczne, historyczne: jeżeli jest należycie wymyślone, to może mieć różne oblicza” („Cervantes i Szekspir”). Gdy – za Walterem Benjaminem – rozprawia o różnicach między opowiadaniem i powieścią, ostatecznie znów wraca do baśni („Hans Christian Andersen”), by notować, jak odróżniają dobro od zła, jak ciążą ku surowej przeszłości, jednocześnie wybiegając w przyszłość, z piedestału wielkich wartości schodząc w bardziej już indywidualną wrażliwość. Są i nieustanne powroty do Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla, od której tropy biegną mniej może spodziewanie, do miejsc „po drugiej stronie pisma”, książek, co przed swymi czytelnikami otwierają „drzwi w głowie, drzwi, o których nie mieli wcześniej pojęcia” („Günter Grass”), ku magii opowieści Isaaca Beshevisa Singera, ale też ku powracającym niczym upiorne echo pytaniom „skąd mamy czerpać wiarygodne informacje na temat strasznej, podlegającej metamorfozie rzeczywistości naszego istnienia” („Angola Kapuścińskiego”). Wśród lektur pojawiają się Joseph Conrad, George Orwell, Kurt Vonnegut, Ursula Le Guin, Franz Kafka, Stanisław Lem i wielu, wielu innych, zaś każdy staje się osobnym rozdziałem, esejem, wygłoszonym wykładem, opowieścią, literacką praktyką, ale i pretekstem, by pytać, stawiać kolejne kroki, poszukiwać owych Języków prawdy, o których Rushdie pisze, iż są jedyną magią, w którą wierzy. Przyznaje też Rushdie – nie bez mojej satysfakcji – lata płyną („Italo Calvino”, esej z roku 1981), a w pewnych kwestiach nic się nie zmienia, bo wciąż „całkiem możliwe, iż Calvino nie jest człowiekiem, ale planetą, czymś w rodzaju Solaris ze wspaniałej powieści Stanisława Lema”. A gdy zapytać – miałam okazję, zapytałam – to powtarza, iż to właśnie książki włoskiego mistrza chciałby mieć przy sobie, gdy świat się skończy. Cóż, ja też.
I tak wracają Ojczyzny wyobrażone, te momenty, analizy, słowa, opowieści wielkiej wagi, co – słowo po słowie – kształtują świat, pomagają szukać w nim tropów i znaczeń. „Nie chcę powiedzieć, iż dziś literatura musi się stać jednym wielki protestem – pisze Rushdie – Musimy w równym stopniu nauczyć się śmieć i dziwić, jak złościć i płakać” („Poza brzuchem wieloryba”). Umiejętności, które musimy sobie przyswoić, a czasem po prostu przypomnieć. Jednocześnie zdaje się wciąż powtarzać za Beckettem: „Trzeba iść dalej. Dalej nie mogę. Idę”. I gdy patrzymy na zawieruchę świata, na jego szalone tempo i kolejne stawiane przed nami wyzwania, na zagrożenie dla naszych demokracji, na kierunki manipulacji słowem, technologię, której prędkość niejednego przyprawia o zawrót głowy, a jednocześnie na te same procesy, które kroczą z nami przez historię, to owo „Idę” okazuje się wyzwaniem i wezwaniem, bez którego może byłoby łatwiej, ale na pewno nie byłoby sensowniej czytać świat. Ten z kolei naprawdę wciąż zaczyna się od słowa. A brzmi ono: Opowiedz.














