Był koniec kwietnia 1945 roku kiedy pomyślał, iż wojna w zasadzie już jest skończona. Nasi od kilku dni szturmują Berlin i Hitler ze swoją bandą wreszcie dostanie to, na co sobie zasługiwał od dawna. Do czego potrzebny jest na tej wojnie on – zwyczajny żołnierz szwendający się z jakimś pułkiem transportowym pół tysiąca kilometrów od frontu?
Jak pomyślał, tak zrobił. Przejeżdżając koło Piotrkowa, w którym zostawił żonę w zaawansowanej ciąży, porzucił własną jednostkę i udał się do domu. Zapomniał, iż wojna to panna straszliwie zazdrosna o swoich kochanków. Powinien rozumieć znaczenie własnego czynu i konsekwencje, które się z nim wiążą. Arkana sztuki wojskowej nie były mu bowiem obce. We wrześniu 1939 roku bronił Warszawy będąc żołnierzem 1 Pułku Artylerii Ciężkiej. Co więcej, nie był szeregowcem, a kapralem po przedwojennej szkole podoficerskiej. Do Armii Polskiej zgłosił się jako ochotnik w marcu 1945 roku.
Tak czy inaczej, mleko rozlało się i euforia z urodzenia pierworodnego syna, który przyszedł na świat w czerwcu 1945 roku, musiał dzielić z obawą o swoje życie. Bo dezercja z własnej jednostki w czasie wojny z reguły jest karana tylko w jeden sposób – wyrokiem śmierci.
Przez kilka miesięcy ukrywał się, ale w końcu zaryzykował i postanowił się ujawnić. euforia ze zwycięstwa była wielka, więc i kara była stosunkowa lekka – dostał tylko kilka lat więzienia. Władza ludowa gwałtownie też przyjęła, iż w sumie nic strasznego się nie stało, i iż okoliczności przemawiają za tym, aby nadzwyczajnie złagodzić karę. Jedna amnestia, druga amnestia – i w końcu upragniona wolność, o której świadczy dokument wystawiony przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Piotrkowie w dniu 18 marca 1947 roku.
Dalsze losy Ignacego Pierzchałki były już o wiele spokojniejsze. gwałtownie wrócił do pracy na poczcie, czym zajmował się wcześniej. Razem z żoną pracowali w placówkach w Babach, w Piotrkowie oraz w Sulejowie, gdzie zatrzymał się na kilka ładnych lat, aż do początku lat siedemdziesiątych. Pełnił funkcje kierownika tych jednostek.
Zaświadczenie z roku 1947 wydane przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, pod którego „opieką” Ignacy Pierzchałka był po opuszczeniu więzienia. Zdjęcie ze zbiorów Jana i Tomasza Millerów. Kliknij, aby powiększyć.Pobyt w Sulejowie wiąże się z kolejnym ciekawym epizodem. Otóż, w 1953 postanowił osiąść w Sulejowie na stałe i wybudować tu dom. A iż z materiałami budowlanymi w PRL-u było krucho, to ktoś doradził mu, żeby założył własną cegielnię. W pobliżu Owczar kupił kawałek gliniastej ziemi i przystąpił do dzieła. Niestety, brak doświadczenia i niezbyt solidny pracownik, którego zatrudnił, spowodowały, iż pierwszy wypał okazał się wielkim niepowodzeniem. Tylko 1/3 z wypalanych 60 tysięcy cegieł okazała się jako tako zdatna do użycia. O budowie własnego domu mowy być nie mogło, gdyż najpierw trzeba było pokryć poniesione straty. Sukces przyszedł dopiero kilka lat później, a jego efektem był okazały budynek przy ulicy Piotrkowskiej w Sulejowie.
W Sulejowie wychował się jedyny syn Ignacego Pierzchałki – Paweł, który był nauczycielem min. w II Liceum Ogólnokształcącym w Piotrkowie Tryb. Przez wiele lat prowadził też zakład fotograficzny w Sulejowie. Wzorem rodziców, już po przejściu na emeryturę, sam zamieszkał w Sulejowie, który fotografował z wielką lubością. Kiedy zmarł pochowany został na cmentarzu w Piotrkowie.
→ Tomasz Miller
24.04.2026
• zdjęcie tytułowe: Ignacy Pierzchałka jako zwiadowca wojskowy wraz ze służbowym rowerem, zbiory prywatne Jana i Tomasza Millerów
• więcej tekstów autora: > tutaj

















