Stany Zjednoczone posiadają broń na orbicie okołoziemskiej – przyznał niedawno Troy Meink, sekretarz Sił Powietrznych USA, czym wywołał niemałe poruszenie. Do tej pory mocarstwa zgodnie udawały, iż nie zamierzają militaryzować przestrzeni kosmicznej. Tyle iż wyścig zbrojeń w tej domenie trwa od dawna. I nic nie wskazuje na to, aby miał wyhamować.
Przełomowe stwierdzenie padło podczas wrześniowej konferencji „Air, Space & Cyber” w National Harbor. Meink nie podał szczegółów. Przyznał jedynie, iż Amerykanie umieścili na orbicie broń przeznaczoną do kontrolowania przestrzeni kosmicznej. kilka więcej światła na tę kwestię rzuciło Biuro Rzecznika Sił Kosmicznych USA. Poinformowano, iż zapewnienie sobie bezpieczeństwa w kosmosie, łączy się z gotowością do działań defensywnych i ofensywnych, i to z wykorzystaniem zarówno narzędzi kinetycznych, jak i niekinetycznych. Innymi słowy, chodzi o zdolność do zagłuszania, oślepiania, a jeżeli zajdzie taka konieczność – także niszczenia satelitów przeciwnika. Czy Amerykanie mają na orbicie aż tak zróżnicowane uzbrojenie? Tego nie wiadomo. Tak czy inaczej wystąpienie Meinka wywołało gniewne pomruki Chin i Rosji.
MSZ w Pekinie natychmiast wezwało Amerykanów do powstrzymania się od militaryzacji kosmosu, bo to prosta droga do przekształcenia tegoż w pole bitwy. W podobnym tonie wypowiedziała się Moskwa. Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego resortu dyplomacji, nazwała politykę USA „destrukcyjną”, po czym zaapelowała do międzynarodowej społeczności o działania, które mogłyby zapobiec kosmicznemu wyścigowi zbrojeń.
Oświadczenia te z czystym sumieniem można uznać za przejaw hipokryzji. Chińczycy i Rosjanie sami próbują bowiem rozwijać tzw. broń antysatelitarną (ASAT), i to od dawna. Przykłady można by mnożyć. Chińska armia już w 2007 roku odpaliła z Ziemi pocisk SC-1, który zniszczył nieczynnego satelitę meteorologicznego. W opinii ekspertów był to sprawdzian mający przynieść odpowiedź na pytanie, czy w razie potrzeby Chińczycy będą w stanie skutecznie uderzać w kosmiczne urządzenia potencjalnych przeciwników. Rosja zrobiła dokładnie to samo, tyle iż kilkanaście lat później. W 2021 roku pocisk przechwytujący A-235 Nudol dosięgnął nieczynnego satelity szpiegowskiego, rozbijając go na 1500 kawałków. Odtąd krążą one po orbicie Ziemi.
Na tym oczywiście nie koniec. Chiny zdążyły już bowiem przetestować satelitę Shijian-21 – niezwykłą konstrukcję, wyposażoną w robotyczne ramię, dzięki którego może ono przechwytywać inne krążące w kosmosie obiekty. Z kolei Rosjanie, według zachodnich wywiadów, rozmieścili na orbicie tzw. satelity matrioszki. Zostały one skonstruowane na podobieństwo słynnych rosyjskich figurek. We wnętrzu dużego urządzenia kryje się mniejsze, które w odpowiedniej chwili może zostać wypuszczone po to, by zakłócać pracę satelitów przeciwnika. Mało tego, satelity córki, a przynajmniej część z nich, miały zostać wyposażone w niewielkie pociski kinetyczne. Aktywność Rosjan na własnej skórze mogła odczuć choćby polsko-fińska spółka ICEYE. W połowie października media obiegła informacja, iż rosyjski satelita wojskowy Kosmos 2612 gwałtownie zbliżył się do satelity radarowego ICEYE-X36. To urządzenie zarządzane przez komórkę cywilną, ale z jego wskazań korzysta wojsko – między innymi Siły Zbrojne Ukrainy. Ponoć w najbardziej newralgicznym momencie satelity dzieliło niespełna 30 metrów. Według ekspertów, Rosjanie mogli w ten sposób testować procedury walki radioelektronicznej, badać szczegóły konstrukcyjne X36, na pewno zaś była to z ich strony demonstracja siły i możliwości.











![Brytyjski czołg Challenger 3: program wysokiego ryzyka [ANALIZA]](https://cdn.defence24.pl/2024/02/18/1200xpx/lsOwURUpYDJ354T99XaKccavmn4m5OyKycXeKjxw.ei1x.jpg)

