Kontrowersyjni ambasadorzy, cyfrowa dyplomacja i przebudowa Departamentu Stanu

pch24.pl 16 часы назад

Ostatnia kontrowersja związana z obwieszczeniem przez ambasadora USA Toma Rose’a zerwania kontaktów z Marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym – chociaż bezprecedensowa – wpisuje się w szersze ramy dyplomacji cyfrowej. Ta zyskała na znaczeniu w ostatnich dwóch dekadach i pełni istotną rolę w amerykańskiej – chociaż nie tylko – polityce zagranicznej. W wydaniu ambasadorów USA jest asertywna, a czasami choćby agresywna i stosowana także względem sojuszników.

Wielu zastanawia się, dlaczego Amerykanie, którzy deklarują, iż są naszymi dobrymi sojusznikami, zachowują się w tak agresywny sposób, ostentacyjnie ingerując w politykę wewnętrzną naszego państwa?

Jednak tego typu zachowania – chociaż nie są przyjemne i powinny spotkać się z dezaprobatą – nie należą do rzadkości. Nie jest to także wyłącznie problem polski.

Nasze relacje z USA

W ciągu ostatnich trzech dekad relacje między Stanami Zjednoczonymi a Polską były bliskie i oparte na współpracy. Amerykanie zdecydowanie poparli przystąpienie naszego kraju do NATO w 1999 roku oraz wejście do Unii Europejskiej 5 lat później. Waszyngton był zadowolony z zaangażowania Warszawy w „operacje wojskowe” prowadzone przez USA i NATO w Iraku i Afganistanie, mimo iż ostatnio krytycznie o tym wypowiadał się prezydent Donald Trump.

Polska i Stany Zjednoczone ściśle współpracowały w wielu kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa międzynarodowego, w tym zwłaszcza ostatnio, w związku z pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę.

Polska generalnie postrzegana jest przez amerykańskich decydentów jako strategiczny partner na wschodniej flance NATO. Urzędnicy administracji Trumpa uznali RP za „wzorowego sojusznika USA”. Stany Zjednoczone rozlokowały także w naszym kraju około 10 000 żołnierzy. Sprzedają nam coraz więcej broni i sprzętu wojskowego służącego modernizacji armii.

W latach 2023–2024 Amerykanie udzielili Warszawie około 11 miliardów dolarów jako pożyczek i gwarancji kredytowych w ramach programu Foreign Military Financing (FMF), na zakup w USA artykułów i usług wojskowych.

Nasz kraj pełni także istotną rolę jako jeden z głównych dostawców pomocy dla Ukrainy i najważniejszy węzeł logistyczny oraz tranzytowy dla pomocy międzynarodowej na rzecz tego kraju.

Zgodnie z wizją i życzeniem Amerykanów, Warszawa orędowała pośród członków NATO za zwiększeniem wydatków na obronę do 5 proc. PKB. W 2024 roku Polska miała najwyższe wydatki na obronę spośród wszystkich członków NATO w relacji do PKB (4,1%). Ponadto podjęła ambitną inicjatywę mającą na celu rozbudowę sił zbrojnych i pozyskanie nowych rodzajów broni.

W ciągu ostatniej dekady w celu uniezależnienia się od importu energii z Rosji, Warszawa mocno zaangażowała się w Inicjatywę Trójmorza, realizując projekty infrastrukturalne umożliwiające m.in. transport skroplonego gazu. Wybudowaliśmy terminal LNG w Świnoujściu oraz gazociąg łączący nasz kraj z Norwegią. w tej chwili Stany Zjednoczone są największym dostawcą LNG do Polski i zwiększają dostawy także ropy naftowej. Konsorcjum amerykańskich firm podpisało z naszymi władzami umowę na budowę pierwszej elektrowni jądrowej na naszych ziemiach.

Dla kongresmenów relacje z Polską są istotne ze względu na dwustronną współpracę obronną, przyszłość NATO, modernizację tutejszych sił zbrojnych, działania mające na celu powstrzymanie dalszej agresji rosyjskiej, wsparcie dla Ukrainy, bezpieczeństwo energetyczne i stosunki handlowe.

Nasz kraj przez lata – a choćby obecnie, mimo kontrowersji – pozostaje jednym z najbardziej proamerykańskich w Europie.

Po aneksji Krymu przez Rosję nastąpiło zintensyfikowanie współpracy z Amerykanami. Warto zaznaczyć, iż jesteśmy jednym z głównych partnerów wspierających Waszyngton w ocenie zagrożeń dla wschodniej flanki NATO oraz reagowaniu na nie. Od 2022 r. Warszawę i inne miasta odwiedziły liczne delegacje kongresmenów, by naradzić się z polskimi przedstawicielami i sprawować nadzór nad zobowiązaniami obronnymi oraz działaniami wojskowymi USA w Europie Środkowej i Wschodniej. W Kongresie działa Klub Polski, obejmujący ponadpartyjną grupę deputowanych. Skupia się na wzmacnianiu relacji między USA a Polską oraz budowaniu zaangażowania w kwestie będące przedmiotem wspólnego zainteresowania obu krajów.

Amerykanie podkreślają, iż nasza gospodarka jest jedną z najlepiej prosperujących w Europie Środkowo-Wschodniej. Wzrost gospodarczy RP należy do najwyższych w UE, chociaż nie jest imponujący i utrzymuje się na poziomie około 3%. Stosunkowo wysoka inflacja oraz słaby popyt ze strony głównych partnerów handlowych, to jedne z większych wyzwań naszego kraju.

Waszyngton zdecydował się włączyć Polaków w program ruchu bezwizowego dopiero w 2019 roku, rozwiązując tym samym długotrwały problem w stosunkach dwustronnych.

Po zeszłorocznych wyborach prezydenckich sekretarz stanu USA Marco Rubio wydał oświadczenie, w którym pogratulował prezydentowi elektowi Nawrockiemu. Zapewnił, iż obie strony łączy „silne i trwałe partnerstwo, którego podstawą jest wzajemne zaangażowanie na rzecz bezpieczeństwa, dobrobytu i praworządności”. Wskazał, iż „Polska jest wzorowym sojusznikiem i kluczowym podmiotem wzmacniającym Sojusz Północnoatlantycki oraz jego suwerenną integralność w obliczu obecnych i przyszłych wyzwań”. Mówił o pogłębieniu współpracy w sektorze energetycznym oraz obronnym.

Podczas wizyty w Warszawie przed rokiem sekretarz obrony USA Pete Hegseth określił Polskę jako „strategicznego partnera na pierwszej linii frontu na wschodniej flance NATO”. Stwierdził, iż Ameryka „postrzega Polskę jako modelowego sojusznika na kontynencie, gotowego inwestować nie tylko w swoją obronę, ale także we wspólną obronę i obronę kontynentu”.

Dwie główne partie polityczne: PO, jak i PiS popierają silne partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi. W 2024 roku premier Tusk i prezydent Duda odbyli wspólną wizytę w Białym Domu z okazji 25. rocznicy przystąpienia Polski do NATO. Jednocześnie obecny szef rządu opowiedział się za budowaniem przez Europę własnych zdolności obronnych, przy zachowaniu bliskich relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Chociaż stosunki między RP a USA pozostają w większości pozytywne, między Tuskiem a administracją Trumpa pojawiły się napięcia. Premier jako przewodniczący Rady Europejskiej wielokrotnie krytykował republikańskiego przywódcę USA. W wywiadzie dla mediów z lutego 2025 r. określił go mianem „trudnego partnera”, którego podejście do wojny na Ukrainie i relacji z Rosją stwarza wyzwania dla Polski i Europy. Dodał także: „Musimy jednak skutecznie z nim współpracować, bez złudzeń i paniki”. Na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa w lutym 2025 r. minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski określił bezpośrednie kontakty prezydenta Trumpa z prezydentem Rosji Putinem jako „błąd” i stwierdził, iż „wiarygodność Stanów Zjednoczonych zależy od tego, jak zakończy się ta wojna”.

Podczas kampanii prezydenckiej w 2025 r. administracja Trumpa wyraziła poparcie dla Karola Nawrockiego (który ostatecznie wygrał wybory) zamiast kandydata popieranego przez Tuska. Przed wyborami późniejszy zwycięzca odwiedził prezydenta Trumpa w Białym Domu 1 maja 2025 r. Sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego USA Kristi Noem udzieliła mu wsparcia, będąc w Polsce.

Niektórzy członkowie kongresu wyrażali obawy dotyczące kwestii praworządności w RP za rządów Tuska. Wcześniej, niektórzy urzędnicy amerykańscy, zarówno za administracji Bidena, jak i pierwszej administracji Trumpa, wyrażali obawy dotyczące praworządności w Polsce za rządów PiS.

Można powiedzieć, iż stosunki handlowe między obu krajami coraz bardziej rozwijają się. Rośnie wartość eksportu towarów i usług USA do Polski – w 2024 roku wyniosła 16,3 miliarda dolarów. W druga stronę popłynęły towary i usługi za 18 miliardów dolarów. W 2023 r. wartość bezpośrednich inwestycji USA w Polsce wynosiła 15,8 miliarda dolarów, a bezpośrednich inwestycji Polski w Stanach Zjednoczonych – zaledwie 498 milionów dolarów. W 2022 r. (według najnowszych dostępnych danych) spółki zależne należące głównie do USA zatrudniały w Polsce około 232 600 osób. Do amerykańskich firm, które zainwestowały w RP znaczne środki należą: Amazon, Citigroup, General Electric, IBM, Lear, Mars, Procter & Gamble, RTX, Whirlpool i 3M.

Według Departamentu Stanu USA, na początku 2025 r. łączna wartość transakcji sprzedaży zagranicznej sprzętu wojskowego USA do Polski wynosiła około 20 miliardów dolarów. Od 2016 r. nabyliśmy m.in.: 32 samoloty F-35; 96 śmigłowców szturmowych AH-64E Apache; 250 czołgów podstawowych M1A2 Abrams i 116 czołgów podstawowych M1A1 Abrams; zintegrowane systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Patriot-3+; systemy rakietowe artylerii wysokiej mobilności (HIMARS); zaawansowane pociski rakietowe klasy powietrze-powietrze i powietrze-ziemia; pociski przeciwpancerne Javelin; oraz poddaliśmy modernizacji i serwisowi samoloty F-16.

Amerykanie podkreślają, iż „wojna Rosji z Ukrainą fundamentalnie zmieniła perspektywy bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO i wzmocniła rolę Polski w bezpieczeństwie europejskim”. Waszyngton prognozuje, iż nasz kraj „prawdopodobnie pozostanie również silnym sojusznikiem USA, a także coraz ważniejszym partnerem w Europie, zwłaszcza w zakresie współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony”.

Mimo iż RP odgrywa istotną rolę w kwestiach bezpieczeństwa i obrony wschodniej flanki NATO, a ponadto staje się coraz istotniejszym partnerem handlowym dla Stanów Zjednoczonych, wielu zaniepokoił sposób traktowania przedstawicieli władzy RP przez ambasadorów amerykańskich, zwłaszcza za I kadencji Donalda Trumpa, a potem za prezydentury Joe Bidena i wreszcie ponownie za II kadencji Trumpa.

Mosbacher, Brzeziński i Rose

W pierwszym z wymienionych okresów, gdy ambasadorem USA w Polsce w latach 2018-2021 była Georgette Mosbacher, doszło do kilku niemiłych incydentów. W „złotym wieku” strategicznego partnerstwa skoncentrowanego na współpracy w zakresie bezpieczeństwa i obrony oraz energetyki trzeba przyznać, iż Mosbacher odegrała istotną rolę w realizacji koncepcji „Fort Trump”. Doprowadziła między innymi do podpisania w 2020 roku Enhanced Defense Cooperation Agreement (EDCA), dotyczącego zwiększenia rotacyjnej obecności, przynajmniej o 1 000 dodatkowych żołnierzy amerykańskich na naszej ziemi. Przyczyniła się też do rozbudowy Divisional High Command w Poznaniu oraz kluczowych projektów infrastrukturalnych. Odpowiadała za pozyskanie funduszy na Inicjatywę Trójmorza. Za jej ambasadorowania Amerykanie wreszcie znieśli ograniczenia wizowe dla Polaków. Mosbacher wspierała zawieranie umów przyspieszających transport gazu skroplonego z USA do Polski. Jednocześnie broniła polskich władz przed atakami unijnych urzędników, którzy zarzucali jej łamanie zasad praworządności. Prezydent Andrzej Duda przyznał pani ambasador Krzyż Wielki Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej w uznaniu wybitnych zasług w rozwijaniu polsko-amerykańskich przyjaznych stosunków i współpracy, za zaangażowanie w działalność na rzecz bezpieczeństwa międzynarodowego.

Jednak Mosbacher zasłynęła także z bezwzględnej obrony stacji TVN (będącej wówczas własnością amerykańskiego koncernu Discovery) i sprzeciwiała się pomysłom „dekoncentracji mediów”, uznając je za zagrożenie dla wolności słowa. W liście wysłanym w 2018 roku do premiera Mateusza Morawieckiego upomniała polskie władze za dybanie na interesy inwestorów z USA. List nie tylko nie był w swojej formie „dyplomatyczny”, ale zawierał także błędy w pisowni nazwisk polskich polityków, co zwłaszcza w przypadku dyplomacji nie przystoi i może być odbierane jako brak szacunku wobec gospodarzy.

Amerykańska urzędniczka zasłynęła także z krytyki przeciwników ideologii gender. W 2020 roku stwierdziła, iż Polska jest „po złej stronie historii” w kwestii „praw LGBT”.

W sposób szczególny zaangażowana była w świętowanie świąt żydowskich. W 2019 r. w Wielki Piątek tweetowała: „Z okazji rozpoczynającego się dziś wieczorem święta Pesach, obchodzonego na pamiątkę wyjścia Izraelitów z niewoli egipskiej, życzę pokoju i radosnego święta! Chag Pesach Sameach, Happy Passover!”. Życzenia wielu odczytało jako prowokację w kraju o silnych tradycjach katolickich.

Interweniowała także w związku z nowelizacją ustawy o IPN, sugerując, iż Polska ponosi odpowiedzialność za odradzanie się antysemityzmu w Europie. Starała się także uspokajać opinię publiczną, ganiąc polityków m.in. Konfederacji za rzekome wprowadzanie w błąd opinii publicznej w związku z ustawą 447, dotyczącą przekazania żydowskiego mienia bezspadkowego organizacjom należącym do rodaków dawnych właścicieli.

Już jako była ambasador, w sierpniu 2025 roku ostro skrytykowała nieobecność przedstawicieli Polski na ważnym szczycie w Białym Domu, sugerując, iż to wina naszej administracji.

Bez wątpienia „styl dyplomatyczny” ambasador Mosbacher, zaufanej przyjaciółki Donalda Trumpa, mającej bardzo dobre znajomości w Waszyngtonie i słynącej z umiejętności pozyskiwania dużych funduszy na kampanie republikanów, budził wiele kontrowersji. Podobnie zresztą jak sposób traktowania naszego kraju przez ówczesnego sekretarza stanu Mike’a Pompeo, który – nie licząc się z negatywnymi konsekwencjami dla Polski i zagrożeniami płynącymi ze strony Teheranu – zorganizował w 2019 r. szczyt warszawski o ostrzu antyirańskim. Oficjalnie miał być on poświęcony kwestiom pokoju na Bliskim Wschodzie. Szczyt celowo zbiegł się w czasie z kolejną konferencją irańsko-rosyjsko-turecką, poświęconą politycznemu rozwiązaniu kryzysu syryjskiego, a także z 40. rocznicą wybuchu rewolucji islamskiej w Iranie.

Tuż przed udaniem się do Warszawy Pompeo odwiedził Budapeszt i Bratysławę, by zwalczać wpływy rosyjsko-chińskie w Europie Środkowej i konsolidować te kraje wokół Inicjatywy Trójmorza. Miałyby one, podobnie jak Polska, kupować energię i nowe technologie od Amerykanów oraz ich sojuszników, w tym od Izraela.

Mark Brzeziński – sukcesor Mosbacher, która nigdy wcześniej nie pełniła funkcji ambasadora, ale była lojalna wobec Trumpa – wyznaczony na przedstawiciela USA w Warszawie przez administrację Joe Bidena także wywołał sporo kontrowersji.

Ambasador USA w Warszawie w latach 2022–2025 odpowiadał w dużej mierze za koordynację współpracy amerykańsko-polskiej w związku z wojną na Ukrainie. Podkreślał w czasie swojego urzędowania, iż stosunki dwustronne osiągnęły rekordowy poziom współpracy i zaznaczał, iż Polska to główny gwarant bezpieczeństwa Europy Wschodniej. Zorganizował dwie wizyty Bidena w naszym kraju i akcentował rolę wspólnych wartości, takich jak demokracja, rządy prawa itp.

Jednak, również prowadził naciski w sprawie ustawy „Lex TVN” i nakłonił prezydenta Dudę do jej zawetowania. Nie raz powodował napięcia z ówczesnym rządem PiS. Ostentacyjnie wspierał – to co zresztą deklarował, zanim został ambasadorem – subkulturę LGBTQI+. Był przeciwny przyjęciu ustawy w sprawie badania wpływów rosyjskich. Spotykał się z przedstawicielami inicjatywy „Wolne sądy”, co uznano za ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski i angażowanie się po jednej stronie sporu politycznego.

Brzeziński wywołał oburzenie przede wszystkim ingerując bezpośrednio w proces legislacyjny w naszym kraju. Pisał listy z pretensjami czy wręcz instrukcjami do marszałka Sejmu RP, domagając się wyjaśnień albo zmiany w sprawie niektórych ustaw. Prof. Ryszard Legutko komentował, iż „jest czymś niebywałym” i świadczyło to o tym, iż ambasador zachowywał się jak „namiestnik, który chce przejmować władzę czy jej część” w ramach imperium.

Przedstawiciel administracji Bidena ingerował choćby w takiej sprawie jak procedowanie ustawy o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności. W liście do Marszałek Sejmu miał podkreślić, iż zapisy te mają być niebezpieczne dla interesów Stanów Zjednoczonych.

Jak na człowieka, który miał za sobą spore doświadczenie dyplomatyczne (m.in. był ambasadorem w Szwecji), zresztą w przeciwieństwie do Mosbacher, a także rozległe kontakty biznesowe, Brzeziński wykazał się ogromnym tupetem, nie szanując polskich władz.

W styczniu 2025 r. podał się do dymisji, torując drogę Tomowi Rose’owi, który ma reprezentować nowe podejście w dyplomacji. Ponownie zaufany człowiek Trumpa, lojalny wobec prezydenta USA odznacza się jeszcze bardziej asertywnym stylem uprawiania dyplomacji, która tak naprawdę nie ma już nic wspólnego z dyplomacją klasyczną. Chociaż Rose podkreśla, iż Polska jest postrzegana jako nowy lider w Europie, mający scementować relacje z Waszyngtonem, zwłaszcza w kwestiach bezpieczeństwa i Ukrainy oraz zwiększania wydatków na obronę i handel, to nie stroni od spektakularnych działań, takich jak ostatnia deklaracja w sprawie zerwania kontaktów z Marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

Były wydawca „The Jerusalem Post” i krytyk rządu Tuska, znany z silnie proizraelskich poglądów, zaufany doradca byłego wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a, zagorzałego chrześcijańskiego syjonisty, obrońca premiera Izraela Benjamina Netanjahu, podejmuje działania zmierzające do wyeliminowania z polityki polskiej Grzegorza Brauna i jego formacji, reprezentującej przecież poglądy znacznej części wyborców.

O ile stanął w obronie polskich władz podziemnych, zaznaczając, iż nie brały one udziału w tłumieniu powstania w getcie warszawskim – jak sugerowała dziennikarka NBC Andrea Mitchell – ale stawiały opór Niemcom, to jednak podjął także bezprecedensowe działania w celu wpływania na politykę wewnętrzną naszego kraju.

Jest „ognistym konserwatystą, zagorzałym syjonistą i ortodoksyjnym Żydem”, dlatego należy się spodziewać, iż będzie bardziej ostentacyjnie występował w obronie interesów diaspory żydowskiej. I tego obawia się wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak, który niedawno piętnował niedopuszczalne naciski Rose’a dotyczące składu przyszłego rządu w Polsce. Lider Konfederacji zasugerował jednocześnie, iż postawa Jarosława Kaczyńskiego wobec formacji Grzegorza Brauna może być wynikiem nacisków zewnętrznych – w domyśle, amerykańskiego ambasadora, który spotkał się z prezesem PiS.

Kaczyński i członkowie jego partii notorycznie atakują Brauna. Prezes podkreślił, iż lider KPP jest „politykiem przekraczającym granice przyjęte w naszej cywilizacji” a obecność „ludzi Brauna” w rządzie mogłaby stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Bosak słusznie zauważył, iż „rezonowanie narracji obcych dyplomatów” podczas wystąpień i spotkań z wyborcami Jarosława Kaczyńskiego przesadnie podnosi rangę obcych ambasadorów, czyniąc z nich niemal gubernatorów.

W tym kontekście warto zatem zadać sobie pytanie, czy to, iż ambasadorowie amerykańscy w ostatnich latach pozwalają sobie na coraz bardziej impertynenckie ingerencje w wewnętrzne sprawy Polski, nie jest winą samych polityków pozostających z nimi w kontakcie i zabiegających o ich reakcję?

Nasuwa się także pytanie o to, czy polskie służby dyplomatyczne są odpowiednio zaangażowane, aby bronić interesów narodowych, czego przecież Amerykanie oczekują od sojuszników, a co wyrazili w swojej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego opublikowanej pod koniec zeszłego roku?

Ma to znacznie w kontekście chociażby słynnego zakazu handlu technologiami AI, którym została objęta Polska i dopiero po kilku miesiącach te ograniczenia cofnięto.

Nasi politycy mają także ewidentny problem z dostosowaniem swojej służby zagranicznej do wymagań obecnej dyplomacji cyfrowej, która niestety zaczęła odgrywać kluczową rolę w sprawowaniu władzy i wpływaniu na opinię publiczną.

Rosnąca rola dyplomacji cyfrowej

Media społecznościowe w ostatnich latach przekształciły życie społeczne i polityczne. Twittera/X szczególnie upodobali sobie politycy i przedstawiciele dyplomacji. To w postach zamieszczanych na tej platformie, zanim doszło do podpisania w 2015 r. umowy mocarstw z Iranem w sprawie ograniczenia rozwoju programu nuklearnego (JCPOA), irańscy i amerykańscy urzędnicy wyrażali przez prawie dwa lata wcześniej swoją gotowość do uregulowania napiętych relacji.

Od czasu zerwania stosunków dyplomatycznych między USA a Iranem w 1980 roku wydawało się mało prawdopodobne otwarcie na zbliżenie. Istniało także kilka okazji do interakcji dyplomatycznych na wysokim szczeblu. Relacje między obu krajami opierały się na wzajemnych oskarżeniach i usztywnianiu stanowiska oraz wprowadzaniu nowych sankcji i gróźb inwazji wojskowej.

Twitter odegrał istotną rolę podczas tzw. Wiosny Arabskiej, nie mówiąc już o kłótni i eskalowaniu napięcia między USA a Chinami za czasów pierwszej kadencji prezydenta Donalda Trumpa. Pełne ekspresji wymiany postów amerykańskiego przywódcy odbywały się także z byłym prezydentem Meksyku Vicente Foxem (dotyczyły budowy muru granicznego), z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem i niektórymi europejskimi politykami.

Za pośrednictwem Twittera dyplomaci i przywódcy polityczni sygnalizowali zamiary, a także angażowali w dyskusję zagranicznych odpowiedników. Niemal w czasie rzeczywistym – nie jak dawniej w wyniku obiegu oficjalnej korespondencji w znacznie dłuższym okresie – niekiedy deklarowana była wola współpracy lub jej zaniechanie ze strony przedstawicieli dyplomacji różnych państw.

Na Twitterze minister spraw zagranicznych Chin Wang Yi wezwał kolegów do przyjęcia „ducha walki” przeciwko Stanom Zjednoczonym w związku z wojną handlową i protestami w Hongkongu. Chiński dyplomata Lijian Zhao zaś obrzucał USA epitetami, iż są „niesprawiedliwe”, „nieludzkie” i „obłudne, zarzucając Amerykanom „dyskryminację rasową”. Przemoc z użyciem broni palnej uznał za „przewlekłą chorobę głęboko zakorzenioną w społeczeństwie amerykańskim”. Stawiał Chiny jako wzór cnót moralnych do naśladowania.

Tak zwana dyplomacja cyfrowa odgrywa w tej chwili ogromną rolę w polityce Ukrainy, która za pośrednictwem mediów społecznościowych kreuje obraz tej wojny, mobilizuje siły, pozyskuje środki finansowe i prezentuje swoją narrację o wydarzeniach na świecie. Podobnie, za pośrednictwem Telegrama Rosjanie kreują swój obraz rzeczywistości.

Na Twitterze można było obserwować namiętną wymianę zdań wzburzonych przywódców Grecji i Turcji spierających się o politykę wobec uchodźców, o zasoby gazu na Morzu Śródziemnym itd.

Media społecznościowe zastąpiły starannie sformułowane dyplomatyczne oświadczenia prasowe dotyczące stanowiska w polityce zagranicznej i w wielu przypadkach można już nie mówić o sztuce dyplomacji, ale jej wypaczeniu.

Jak zauważa ekspert ds. komunikacji David Bollier, „internet i inne technologie informacyjne nie są już peryferyjną siłą w kierowaniu sprawami światowymi, ale potężnym motorem zmian”. Media społecznościowe uchyliły nieco rąbka tajemnicy co do działań dyplomatycznych.

Politycy w czasie rzeczywistym mogą obserwować nastroje społeczne i niejako projektować zmiany zbiorowych postaw. Platformy stały się kolejnym oficjalnym narzędziem uprawiania polityki, a choćby następnym polem walki, czyniąc z dyplomacji widowisko, show. Wielu ambasadorów nagrywa ze swoich gabinetów rolki, które przedstawiają ich w nieoczywistych sytuacjach. Starają się ocieplać swój wizerunek i pozyskiwać sympatię mieszkańców krajów, w których pełnią swoją misję.

Media społecznościowe niewątpliwie zapoczątkowały nową erę dyplomacji cyfrowej. Coraz więcej państw – np. Austria czy Dania – opracowuje strategie takiej dyplomacji, która potencjalnie może generować jeszcze więcej napięć na arenie międzynarodowej albo przyczynić się do uregulowania trudnych relacji między państwami. Wszystko zależy od celów polityki i odpowiedzialności korpusu dyplomatycznego, przywódców wybierających w miejsce tzw. dyplomacji korytarzowej, posty na X itp.

Tego typu dyplomacja ma swoją dynamikę. Ale media społecznościowe zyskują na znaczeniu także z innych powodów. W miarę postępów badań w dziedzinie neuronauki przywódcy nabierają przekonania, iż platformy internetowe mogą być narzędziem do budowania pewnego poziomu zaufania – który w innym wypadku byłby trudny do osiągnięcia – oraz kształtowania opinii publicznej. Opinia ta ma wpływ na politykę zagraniczną, ponieważ wszelkie podejmowane działania są natychmiast komentowane zarówno w kraju, jak i za granicą.

Kładzie się coraz większy nacisk na emocje i dyspozycje emocjonalne, mające wpływ na racjonalny osąd o zdarzeniach, osobach itp. Dużą wagę przywiązuje się do prac nad neuronami lustrzanymi, które mają zapewnić lepszy wgląd w zrozumienie psychologii dyspozycji emocjonalnych i ich wpływu na komunikację osobistą. Badanie intencji jest kluczowym aspektem dyplomacji. Do tej pory konkretne intencje odczytywano podczas spotkań przywódców twarzą w twarz. X jest narzędziem do kształtowania opinii i sprawdzania oraz potwierdzania światopoglądu, a także do wywierania wpływu i oceniania nastrojów społecznych.

Dyplomacja transakcyjna i oczyszczanie Departamentu Stanu

Obecnie także zyskuje na znaczeniu „dyplomacja transakcyjna” upowszechniana przez Amerykanów, którzy starają się gwałtownie – a nie w długim okresie – uzyskać konkretne rezultaty i takie oczekiwania stawiane są nowym ambasadorom.

A jeżeli uwzględnimy działania podjęte przez obecną administrację Trumpa, która chce niejako oczyścić Departament Stanu z zawodowych dyplomatów, nielojalnych wobec programu MAGA, wtedy zrozumiemy, iż problem z impertynenckim postępowaniem ambasadorów USA w Polsce jest znacznie szerszy i dotyczy także innych sojuszników Waszyngtonu oraz w ogóle amerykańskiej sceny politycznej.

Wciąż rezonuje kwestia zwolnienia w grudniu ub. roku przez prezydenta USA prawie 30 zawodowych ambasadorów. Trump i jego ekipa uważają, iż Departament Stanu jest zdominowany przez establishment, który w otwarty lub bardziej zawoalowany sposób szkodzi jego polityce. Na przykład niektórzy przedstawiciele służby zagranicznej nie podzielający aktualnej wizji strategiii zagranicznej mieli niejako zakulisowo nawiązywać kontakty z zagranicznymi politykami i mówić im co innego niż głosi Trump, a także celowo przekazywali setki różnych dokumentów wrogim mediom, by uderzyć w administrację prezydenta. Dlatego obecny amerykański przywódca i grupa jego najbliższych współpracowników podjęli próby „oczyszczenia” dyplomacji z ludzi nielojalnych. Stąd zwolnienia doświadczonych ambasadorów i nominacje nowicjuszy, którzy ani nie mają odpowiedniego wykształcenia, ani tym bardziej doświadczenia dyplomatycznego.

Ostatnio „The Guardian” krytycznie pisał o „wysłannikach MAGA, którzy budzą zadziwienie w Europie”, wskazując na krewnych, bliskich przyjaciół i donatorów – „z których prawie nikt nie ma doświadczenia dyplomatycznego” – mianowanych na stanowiska ambasadorów na naszym kontynencie. Będą odpowiadać oni za korektę obecnej trajektorii Europy, ponieważ jest „słaba”, „upada” i stoi w obliczu „cywilizacyjnego wymazania”.

Ambasadorami zostali: „były potentat burgerów; była narzeczona jego najstarszego syna; właściciel drużyny koszykarskiej Houston Rockets; producent musicali na Broadwayu; współzałożyciel PayPala; oraz skazany przestępca, który jest jednocześnie ojcem jego zięcia” – czytamy w artykule pt. „Like Maga disciples”: meet the Trump envoys raising eyebrows in Europe z 19 grudnia 2025 r.

Najdobitniej zażenowanie i oburzenie nowymi mianowaniami wyraził były francuski wysłannik w USA, Gérard Araud. Po ogłoszeniu nazwisk kilku ambasadorów stwierdził on: „Szaleństwo tych nominacji odzwierciedla całkowitą pogardę dla ludzkiej godności, obyczajów i prawa. Liczy się tylko kaprys”.

Przykładowo Charles Kushner, który od maja ub. roku jest ambasadorem USA w Paryżu, przyznał się do 16 zarzutów unikania płacenia podatków, składania fałszywych zeznań i manipulowania świadkami (w szczególności do wynajęcia prostytutki, która miała uwieść jego szwagra, bo zeznawał przeciwko niemu). Kushner spędził 14 miesięcy w więzieniu. W 2020 r. Trump go ułaskawił. W podzięce Kushner przekazał milion dolarów na rzecz organizacji Super Pac Trumpa, Make America Great Again Inc.

Wkrótce po mianowaniu na ambasadora zasłynął z napisania listu otwartego do prezydenta Francji Emmanuela Macrona, gdzie skrytykował brak oficjalnych działań w walce z „dramatycznym wzrostem antysemityzmu we Francji”. Kushner prowadzi konsultacje z Marine Le Pen i Jordanem Bardellą z prawicowego Zgromadzenia Narodowego (RN). Można powiedzieć, iż wtrąca się w wewnętrzną politykę Francji i nie próbuje rozładować napięć – co winni czynić dyplomaci – ale je potęguje. Z pewnością jednak realizuje wolę Trumpa.

Inny ambasador przy UE Andrew Puzder, były dyrektor generalny firmy będącej franczyzobiorcą sieci fast food Hardee’s i Carl’s Jr., nie stroni od atakowania polityki migracyjnej Brukseli, która prowadzi do „upadku wartości kulturowych”.

Ambasadorem USA w Luksemburgu jest Stacey Feinberg, przedsiębiorczyni, inwestor, darczyńca Partii Republikańskiej, producentka broadwayowska i spadkobierczyni fortuny oraz dobra przyjaciółka zamordowanego aktywisty Charliego Kirka. Uznaje ona, iż Trump to „największy prezydent USA od czasów George’a Washingtona”.

Tilman Fertitta, właściciel drużyny koszykarskiej Houston Rockets i sieci Landry’s, która prowadzi ponad 600 hoteli, restauracji i kasyn w całych Stanach Zjednoczonych, to ambasador USA w Rzymie. Od dziesięcioleci robi interesy z Trumpem.

Ken Howery, współzałożyciel PayPala, to z kolei ambasador USA w Danii.

Kimberly Guilfoyle, była prezenterka Fox News i była narzeczona Trumpa Jr. została ambasadorką w Grecji, gdzie ma szukać sobie kolejnego „męża”. Jak przekonywał jeden z rozmówców „Guardiana”, kobieta „jest bystra, ale też bardzo bezpośrednia i tak samo niedyplomatyczna jak Trump”.

Obecnie ambasadorowie stają się po prostu „niedyplomatyczni” i co więcej, są choćby zachęcani do prowadzenia asertywnej dyplomacji cyfrowej. I bynajmniej nie jest to specjalność samego Trumpa. Już wcześniej Hillary Clinton zachęcała ówczesnego ambasadora USA w Moskwie do atakowania w mediach społecznościowych Władimira Putina i jego popleczników.

Za pierwszej kadencji Trumpa z licznymi atakami ze strony ambasadora Richarda Grennela, jawnego homoseksualisty mierzyli się Niemcy. Grennel zapowiadał, iż „absolutnie będzie wzmacniał konserwatywnych polityków w całej Europie”. Dyplomata bez wcześniejszego doświadczenia w służbie zagranicznej, ale mający bardzo dobre kontakty w Waszyngtonie, był m.in. rzecznikiem prasowym republikańskiego kandydata na prezydenta Mitta Romneya, wprost atakował lewicowych polityków z SPD.

Jak widać, sytuacja w zakresie uprawiania polityki zagranicznej znacznie się zmieniła od czasu pojawienia się mediów społecznościowych i postępującej cyfryzacji. Chociaż może nam się to nie podobać, to jednak wymusza ona konieczność adaptacji, by radzić sobie z impertynenckimi działaniami niedyplomatycznych ambasadorów. Nie ma też co przesadnie reagować na emocjonalne manipulacje z ich strony, ale należy jasno dać do zrozumienia, iż pewne działania nie są przez nas akceptowane.

Dyplomacja, która niegdyś była sztuką łagodzenia napięć między państwami i powinna była być prowadzona zgodnie z pewnymi zasadami przez doświadczonych oraz starannie wykształconych ludzi w tej dziedzinie, służyła długotrwałemu budowaniu pożądanych relacji, zabieganiu o sojuszników, równoważeniu narodowych interesów państwowych z odpowiedzialnością zbiorową.

Sztuka ta zinstytucjonalizowana w XVII wieku poprzez ustanowienie misji oficjalnych w Europie, realizowana w oparciu o formalny kodeks postępowania, z czasem uległa wypaczeniu, ingerując w coraz więcej dziedzin życia ludzkiego. W dodatku na przełomie XX i XXI wieku do głosu doszły inne podmioty, np. korporacje, związki i organizacje pozarządowe, przez co dyplomacja przestała być wyłączną prerogatywą państw i ich ambasad. Te nowe podmioty zaczęły narzucać ideologiczne wizje regulacji niemal każdej dziedziny życia, wdrażając złożony system zarządzania transnarodowego, charakteryzującego się tworzeniem wachlarza często nieformalnych sieci i sojuszy z wysokim zaangażowaniem sektora korporacyjnego. „Dyplomaci” stali się rzecznikami interesów różnych grup, a nie wyrazicielami stanowiska władz reprezentujących dany naród. Trump, chociaż sam miesza interesy prywatne z narodowymi, postanowił rozbić tę globalistyczną sieć dyplomatów, która niekoniecznie realizowała interesy amerykańskie. Mianując na stanowiska ambasadorów ludzi niejako spoza układu i osłabiając organizacje, które nie bronią interesów Ameryki (np. cofnięcie finansowania dla różnych agend ONZ) świadomie lub nie dał sygnał innym państwom do przebudowy całej swojej polityki zagranicznej, by ponownie skoncentrowały się na realizacji własnych a nie globalnych interesów.

Trump podjął się działania, które mieli ochotę przeprowadzić chociażby: prezydent Harry Truman, gdy w 1952 roku żalił się, iż „Departament Stanu jest klanowy i arogancki” i „czasami ma ochotę zwolnić całą ekipę”. Podobnie dwie dekady później prezydent Richard M. Nixon mówił Henry’emu Kissingerowi, swojemu doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego i przyszłemu sekretarzowi stanu, iż zamierza „zrujnować Służbę Zagraniczną. Naprawdę ją zrujnować”.

Żaden z prezydentów nie zrealizował swojego planu. Ale pewne działania podjął właśnie Trump, który zwalnia doświadczonych dyplomatów nie realizujących programu America First i zastępuje ich nominatami politycznymi, bliskimi znajomymi, lojalnymi wobec niego. Mogą się oni impertynencko zachowywać, powodując zażenowanie i konsternację wśród lokalnych polityków. Ale także bez ogródek komunikują swoje intencje i z pewnością mają choćby lepsze „dojście” do najważniejszej osoby w państwie niż dyplomaci zawodowi.

Rodzimym władzom a i obywatelom również pozostaje otwarte komunikowanie za pośrednictwem mediów społecznościowych – niemal w czasie rzeczywistym – iż takie lub inne działania im się nie podobają i nie będą tolerowane. Jednocześnie przez cały czas należy prowadzić merytoryczną wymianę zdań w sprawach zasadniczych, broniąc własnych interesów. Bo tylko tacy politycy są szanowani przez Amerykanów, wyznających „doktrynę Trumpa” w pełni sformułowaną przez Michaela Antona, który od lutego 2017 do kwietnia 2018 r. był członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA i zastępcą asystenta prezydenta ds. komunikacji strategicznej, a w tej chwili jest dyrektorem ds. planowania polityki w Departamencie Stanu.

Agnieszka Stelmach

Читать всю статью