Jeszcze trzy dekady temu wydawało się, iż historia znalazła swój szczęśliwy finał: komunizm upadł, granice się otwierały, demokracja liberalna triumfowała, a globalizacja miała przynieść powszechny dobrobyt.
Dziś coraz więcej elementów tamtego porządku przestaje działać jednocześnie. W książce „Rozpad. Koniec świata liberalnego” Tomasz Wróblewski próbuje odpowiedzieć na pytanie, kiedy rozpoczął się ten proces i dlaczego świat, który miał być „ostatecznym domem” Zachodu, tak gwałtownie utracił swoją stabilność. Publikujemy fragment książki.
Poniżej fragment książki Tomasza Wróblewskiego „Rozpad. Koniec świata liberalnego” (Wydawnictwo WEI, Warszawa 2026):
„W nocy z 2 na 3 października 1990 r. stałem z butelką szampana pod Bramą Brandenburską. Kieszenie miałem wypchane kawałami pokruszonego muru, którego ludzie nie zdążyli jeszcze rozebrać na pamiątki. Tym razem nowy ład miał już pozostać na zawsze.
Kilka lat później ten sam pamiętny Pariser Platz z ufortyfikowanej granicy zamienił się w zwykły deptak. W Warszawie, tam, gdzie biło serce PZPR, w siedzibie Komitetu Centralnego partii, otworzyła się Giełda Papierów Wartościowych, a kawałek dalej, w hotelu Marriott, urzędowali amerykańscy eksperci od zaprowadzania kapitalizmu. Dalajlama reklamował komputery Apple hasłem „Think Different”. W Belfaście IRA ogłosiła zawieszenie broni, a z Kutna, Strzegomia i Legnicy wyjeżdżały wagony pełne radzieckich żołnierzy. Na cokole po Feliksie Dzierżyńskim stanął Juliusz Słowacki, ten, co wołał: „Trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba”. Chiny zniosły zakaz swobodnego poruszania się po kraju, a Nelson Mandela, prosto z więziennej celi, wyszedł na balkon ratusza w Kapsztadzie i ogłosił światu: „Wolność dla wszystkich ludzi na Ziemi”. Liberalna demokracja miała być naszym nowym i ostatecznym domem.
Historia uczy nas, iż porządek świata zwykle kończy się dwa razy
Trzydzieści pięć lat później kilka z tego projektu pozostało. Jak każdy społeczno-polityczny ład ten też kiedyś musiał się wypalić i obrócić w chaos. Historia uczy nas, iż porządek świata zwykle kończy się dwa razy. Po raz pierwszy wtedy, gdy instytucje tracą zdolność porządkowania relacji społecznych i rozwiązywania konfliktów. Po raz drugi – gdy elity, które ten porządek budowały i z niego korzystały, przestają wierzyć, iż warto go bronić. Te dwa zakończenia epoki rzadko się pokrywają. Często dzieli je dekada lub dwie, kiedy fasada jeszcze trwa, bo nikt nie chce głośno powiedzieć, iż za nią rozciąga się już pustka. Nasz liberalny ład umiera dziś równocześnie na oba te sposoby. Może to kwestia przyspieszenia z powodu gwałtownych przemian technologicznych, może w dobie internetu wszystko po prostu dzieje się gwałtowniej.
Dlaczego rozpada się dawny porządek rzeczy? Czy istnieje jakaś utarta tego logika? Lew Tołstoj pyta o to w Wojnie i pokoju – dlaczego Napoleon wkroczył do Moskwy? – i zaraz sam sobie odpowiada: „Czemu spada jabłko dojrzałe z jabłoni? Czy pociągnięte własnym ciężarem? Czy iż korzonek usechł od słońca promieni, który trzymał się głównej gałęzi? Czy spadło dla tego po prostu, iż stoi dzieciak pod drzewem, ginący z chęci namiętnej schrupania pięknego, czerwonego jabłuszka?”.
Łatwiej wskazać początek nowej ery niż moment, w którym stary świat zaczyna się kruszyć
W każdym razie to, co miało harmonijnie łączyć wolność jednostki z wolnością gospodarczą, rozbiło się o mur technokracji i państwowego interwencjonizmu. Liberalizm polityczny – ta, jak sądził Francis Fukuyama, najwspanialsza w dziejach forma demokracji – ugrzązł w jałowych procedurach i urzędniczej rutynie dławiącej głos obywatela. Globalizm, rzekome ukoronowanie wolnego rynku, załamał się pod ciężarem sankcji, protekcjonizmu i buntu upokorzonej klasy średniej. A liberalizm kulturowy, który miał być sztuką współistnienia wszystkich ze wszystkimi, rozmył się w skrajnych formach seksualnego wyzwolenia.
Łatwiej wskazać początek nowej ery niż moment, w którym stary świat zaczyna się kruszyć. Wiemy dokładnie, co narodziło się po upadku Muru Berlińskiego, wiemy, co przyniosły Traktaty Westfalskie, i jak nazwać epokę po Kongresie Wiedeńskim. Ale moment, w którym stary porządek wchodzi w fazę rozpadu, umyka żyjącym i już na zawsze pozostaje przedmiotem sporów historyków, mozolnie lepiących swoje interpretacje na podstawie plątaniny zdarzeń, pomówień, domysłów i mitów.
Czy ekspansja populizmu jest nieuchronnym skutkiem deindustrializacji, czy reakcją obronną na ofensywę multikulturalizmu?
Czy za rozpad stosunków społecznych XXI wieku odpowiada COVID, czy raczej algorytmy platform społecznościowych? Czy ekspansja populizmu jest nieuchronnym skutkiem deindustrializacji, czy reakcją obronną na ofensywę multikulturalizmu? Czy deglobalizację zapoczątkował kryzys 2008 r., czy przyjęcie Chin do Światowej Organizacji Handlu? Czy paraliż energetyczny to konsekwencja rosyjskiej agresji na Ukrainę, czy raczej efekt wieloletniej bezmyślnej i naiwnej polityki klimatycznej? Być może wszystko to po trochu, a być może należałoby sięgnąć głębiej – do źródeł zapaści demograficznej i nihilistycznych tendencji liberalizmu. Do złudzeń masowej edukacji i nadprodukcji elit, o której pisze biolog ewolucyjny Peter Turchin, ich moralnego uwiądu, który u socjologa ekonomii Vilfredo Pareto zwiastuje zerwanie pokoleniowej ciągłości liberalnej arystokracji, czy – jak sugerował inny socjolog Robert Michels – przez zwykłe stetryczenie instytucji i obsiadających je kast, które własne trwanie stawiają ponad losem wspólnoty.
Od ćwierć wieku świat znalazł się w spirali przedziwnych zdarzeń i procesów społeczno-ekonomicznych wymykających się logice ustalonego porządku
Niezależnie od tego, co uznamy za pierwotną przyczynę, od ćwierć wieku świat znalazł się w spirali przedziwnych zdarzeń i procesów społeczno-ekonomicznych wymykających się logice ustalonego porządku. Wojny wybuchają z łatwością, o której zdążyliśmy już zapomnieć, i realizowane są z uporczywością, której nie potrafimy pojąć. Na granicach na nowo pojawiły się fizyczne i mentalne zasieki. Nacjonaliści przejmują stery w państwach wciąż oficjalnie głoszących ponadnarodowe wartości. Demokracje same mówią o sobie, iż są „walczące” i „totalne” – sięgając po język do niedawna zarezerwowany dla totalitaryzmów. Kapłani wolnego handlu nawrócili się na protekcjonizm. Dług, który miał być dźwignią dobrobytu, stał się kotwicą ciągnącą w dół kolejne pokolenia, a sztuczna inteligencja, zanim zdążyliśmy się jej nauczyć, już zaczęła zastępować ludzką kreatywność zamiast ją wyzwalać. Historia znów nabrała tempa i nie ogląda się na nasze oczekiwania.
Stary porządek umarł, nowy nie chce się narodzić, a my zostaliśmy z garścią pojęć, które bezmyślnie powtarzamy w nadziei, iż dla kogoś coś jeszcze znaczą. Trzymamy się demokracji, choć każdy inaczej ją rozumie i inaczej nią gardzi. Głosimy liberalizm, który przestał być obietnicą wolności, a stał się technologiczną instrukcją obsługi jednostki. Tolerancję zmieniliśmy w jałową unijną procedurę przez odcięcie jej od chrześcijańskich korzeni, z których wyrosła. Wszystko, co robimy, robimy w imię postępu, choć nikt nie potrafi powiedzieć, na czym ten postęp adekwatnie ma polegać”.









