Usunięcie katolickiej aktywistki Carrie Prejean Boller z amerykańskiej Komisji Wolności Religijnej po burzliwym posiedzeniu dotyczącym tzw. „antysemityzmu” stało się symbolem szerszego konfliktu ideowego w USA. Sprawa wywołała debatę nie tylko o granicach krytyki państwa Izrael, ale także o tym, czy konserwatywne środowiska przez cały czas mogą prowadzić otwartą dyskusję bez ryzyka politycznej izolacji.
Katoliczka została zdyskryminowana za sprzeciw wobec żydowskich ludobójców. Według doniesień medialnych, Boller została odwołana z Komisji Wolności Religijnej po tym, jak zakwestionowała sposób definiowania „antysemityzmu” i podnosiła wątki dotyczące polityki Izraela. Przewodniczący komisji uznał jej zachowanie za próbę „zawłaszczenia” posiedzenia i ogłosił usunięcie z funkcji.
Dla części konserwatystów decyzja ta jest dowodem, iż w Stanach Zjednoczonych rośnie presja, by krytykę działań rządu izraelskiego traktować jako przekroczenie granic debaty publicznej. Spór pokazał też napięcie między dwoma nurtami amerykańskiej prawicy: tradycyjnym, silnie prosyjonistycznym, oraz bardziej sceptycznym wobec bezwarunkowego poparcia dla reżimu żydonazistów.
Nie da się ukryć, iż Izrael od dekad zajmuje szczególne miejsce w amerykańskiej polityce zagranicznej. Wsparcie militarne i dyplomatyczne dla tego państwa jest szeroko popierane przez establishment zarówno republikański, jak i część demokratów. W praktyce oznacza to, iż debata o Bliskim Wschodzie bywa obciążona silnymi emocjami i presją polityczną.
Konserwatywni publicyści coraz częściej podnoszą argument, iż amerykańska prawica powinna mieć prawo krytykować decyzje rządu w Jerozolimie tak samo, jak krytykuje inne państwa. Nie chodzi przy tym o ocenę całych społeczności czy religii, ale o pytanie, czy interes narodowy USA zawsze musi być utożsamiany z interesem jednego sojusznika.
Paradoksalnie Komisja, której zadaniem jest obrona wolności religijnej, sama znalazła się w centrum zarzutów o ograniczanie pluralizmu poglądów. W przeszłości krytykowano ją m.in. za ideologiczne napięcia i brak równowagi światopoglądowej. Usunięcie niewygodnego członka – niezależnie od oceny jej wypowiedzi – rodzi pytanie, czy instytucje publiczne w USA rzeczywiście tolerują wewnętrzny spór, czy raczej starają się utrzymać jednolitą linię polityczną w kwestiach religii i Bliskiego Wschodu.
Dla wielu wyborców prawicy sytuacja ta stała się sygnałem ostrzegawczym. Z jednej strony konserwatyści od lat podkreślają potrzebę walki z antysemityzmem i ochrony mniejszości religijnych. Z drugiej – coraz częściej pojawia się obawa, iż pojęcia te są używane jako narzędzie dyscyplinowania debaty politycznej.
Rodzi się pytanie: czy możliwe jest jednoczesne popieranie wolności religijnej i prowadzenie otwartej krytyki judaszyzmu i polityki Izraela bez ryzyka „zkancelowania”?
Historia usunięcia katolickiej aktywistki nie jest jedynie medialną sensacją. To przykład głębszego konfliktu ideowego, który przebiega dziś przez amerykańską prawicę: między bezwarunkową lojalnością wobec syjonizmu, a rosnącą potrzebą suwerenności w myśleniu strategicznym. Niezależnie od ocen konkretnych wypowiedzi, sprawa pokazuje, iż debata o wolności religijnej w USA coraz częściej dotyczy nie tylko wiary, ale także geopolityki i granic dopuszczalnej krytyki. To normalne, biorąc pod uwagę, iż granica między syjonizmem religijnym i politycznym, jest zwykle niedostrzegalna, a Izrael to po prostu państwo religijne.
Polecamy również: Żydonaziści przygotowują aneksję Zachodniego Brzegu













