Dziś jestem duchem we własnym kraju. Żyję z dnia na dzień, uwięziony między brutalnością wojska a wymuszeniami rebeliantów. Nie ma pracy, nie ma stałego posiłku ani łóżka, które czułoby się jak dom. Każdy zachód słońca przynosi przerażającą ciszę, a każdy wschód słońca wydaje się kpiną z wysiłku, jaki włożyłem w życie, które odmawia powodzenia.
Walczyłem przez lasy i kule, ale stojąc tu dzisiaj, myśl o zakończeniu wszystkiego jest jedyną rzeczą, która wydaje się cichą ucieczką od ziemi, która zapomniała, iż istnieję.
W Kamerunie czas nie tylko płynął; Zgnieciał.
Mgła nad północno-zachodnimi wzgórzami Kamerunu kiedyś oznaczała życie; Teraz ukrywa tylko zmarłych. Jestem synem tej ziemi, urodzonym w dziesięcioosobowej rodzinie, gdzie moi rodzice cenili ogromną liczbę rąk bardziej niż marzenia w naszych głowach.
Do czwartego stopnia studnia wyschła. Moja edukacja stała się długiem spłaconym potem, wycinając dziewicze lasy w Mamfe pod palącym słońcem, by sfinansować licencjat zdobyty w 2018 roku – właśnie gdy mój świat zaczął płonąć.
Kryzys anglojęzyczny (patrz niżej) zamienił moją uroczystość ukończenia studiów w pogrzeb mojej przyszłości. Próbowałem trzymać się ziemi, pielęgnując dwa akry kakao, ale ziemia stała się cmentarzem. W 2019 roku niebo się zawaliło. Widziałem, jak trzech moich towarzyszy zostało straconych przez wojsko tuż przed moimi oczami. Przeżyłem dzięki cudownemu słownemu zbrodni, tylko po to, by zostać wrzuconym do innej klatki. Buntownicy "Amba" zażądali 250 000 franków — fortuny, której nie miałem — i przejęli mi farmę, gdy nie mogłem zapłacić.
Uciekłem do Bamendy, ale miasto nie dawało schronienia. Pensja 50 000 franków w barze nie wystarczyła choćby na pokój za 20 000 franków. Wycofałem się do wioski, tylko po to, by spotkać mnie inna ciemność: duszący ciężar "nocnych molestowania" i czarów. Zdesperowany zwróciłem się do kościoła, ale pastorzy byli jedynie sępami w szatach, wyrywając mi ostatnie monety z budów, by "zasiać nasiona", które nigdy nie zakwitły.

Jesteśmy narodem uwięzionym w kajdanach nielicznych osób. Podczas gdy świat zmierza ku połowie XXI wieku, jesteśmy przywiązani do gasnącego pulsu 93-letniego ducha. Paul Biya, człowiek, który sprawuje urząd prezydenta od ponad 43 lat, jest teraz mniej liderem, a bardziej plotką. W tym "Brzydkim koszmarze" dołącza do szeregów Obianga Nguemy z Gwinei Równikowej i Yoweri Museveniego z Ugandy – monarchów w garniturach, którzy przekształcili republiki w sprawy rodzinne, utrzymując swój lud w wiecznej niewoli.