Kiedyś profesor Andrzej Walicki powiedział, iż w ciągu całej naszej historii mieliśmy dwie role: albo „wschodnich peryferii Zachodu”, albo „zachodnich peryferii Wschodu”. Nomen omen jego zdaniem status drugi był dla nas bardziej twórczy.
Najbliższym odpowiednikiem tej alternatywy są okresy 1944-1989 oraz III RP. Zgodnie z obowiązującą od ponad trzydziestu lat narracją, Polska Ludowa, zwana pogardliwie PeeReLem, była „najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym”. Ba, choćby była „okupacją sowiecką”, a od 1990 roku, gdy „odzyskaliśmy niepodległość”, później wstąpiliśmy do NATO i Unii Europejskiej, czym potwierdziliśmy swoją „przynależność do Zachodu”, usuwając wszelkie bezzasadne odstępstwa od obowiązujących tam wzorców. w tej chwili już niczym się nie wyróżniamy: w sklepach dominują te same „zachodnie” towary, prawie każdy mówi po angielsku, sztuka i rozrywka jest już tylko „zachodnia”, bo wraz z resztkami komunizmu pozbyliśmy się większości „polskiego dziadostwa” oraz… oryginalności. Jesteśmy imitatorami i raczej nasz test na antyplagiat wypadł dla nas negatywnie.
Do dziś pamiętam jednak czasy, gdy mieliśmy status „zachodnich peryferii Wschodu”, który przyniósł nam rozkwit oryginalności twórczej: nie upodobnialiśmy się wtedy do Wschodu – wręcz odwrotnie. To, co polskie było swoiste – ani wschodnie ani zachodnie. Porównanie chociażby produkcji filmowej tamtego okresu z dzisiejszą (ambitną) chałturą ma przygnębiający charakter. Co prawda dysponujemy (w nadmiarze) zbędnymi rzeczami wyprodukowanymi w Azji i sprzedawanymi pod zachodnią marką: jest to jednak zalew tandety, której wytwarzanie i posiadanie trwoni nasz czas i zasoby. Po co komu dwudziesta para portek, które trzeba prać i suszyć zbędnie zużywaną drogą energią i kurczące się zasoby wody (mamy już mniej niż pustynny Egipt)? Dla Wschodu byliśmy kiedyś inspiracją, dla Zachodu jesteśmy rynkiem zbytu oraz rezerwuarem demograficznym (dopóki – tak jak prawdziwy Zachód – nie zaczęliśmy wymierać).
Powoli ale nieuchronnie dobiega końca czas, gdy jesteśmy „wschodnim peryferium Zachodu”. Dlaczego? To długa odpowiedź. Przyszłość należy do Globalnego Południa, które już zwycięża demograficznie. Zachód i Wschód wymiera. I być może wymrze. Pozostaną jego enklawy. Mamy historyczne analogie. Antyk mówiący w grece przetrwał pośrednio w Konstantynopolu aż do 1453 roku, czyli późnego, już postbarbarzyńskiego średniowiecza. A przegrał pod ciosami Turków, którzy byli na wskroś antywschodni i antyzachodni. Współczesny Zachód może przetrwać na swoich antypodach. Podobnie współczesny Wschód, który wojną rosyjsko-ukraińską dopełnia swój czas w Środkowej Europie.
Naszym nieszczęściem jest nieuleczalna wrogość i pogarda w stosunku do Rosji, infantylizacja myśli politycznej i głupkowata wręcz naiwność. Zaangażowanie się w wojnę ukraińsko-rosyjską bez jakiejkolwiek refleksji na temat potencjalnego finału tej wojny powoduje, iż będziemy po stronie przegranych, bo USA (nasz protektor) chce (bo musi) być po stronie zwycięzców. o ile zawczasu nie wycofamy się z bezwarunkowego poparcia dla „niepodległych państw bałtyckich”, czyli antyrosyjskich polityków tych państw, to czeka nas kolejne upokorzenie, albo coś dużo gorszego.
prof. Witold Modzelewski
Myśl Polska, nr 7-8 (15-22.02.2026)











