Powszechnie wiadomo, iż nic nie działa na wyborców tak dobrze jak obniżka podatków. Nie trzeba budować elektrowni, której otwarcie może się opóźnić o pięć lat, ani uruchamiać programu mieszkaniowego, po którym zostaną dziury w ziemi. Nie trzeba choćby specjalnie przekonywać obywatela, iż właśnie poprawiono mu życie. Efekt pojawia się na jego koncie.
Tyle teoria. Bo w praktyce minister Andrzej Domański ma budżet napięty do granic możliwości, a Polska znajduje się pod unijną procedurą nadmiernego deficytu. Jednocześnie rząd chce utrzymać rekordowe wydatki na wojsko. Nie można więc po prostu obniżyć podatków i pogodzić się z mniejszymi wpływami. Wobec problemu zbyt krótkiej kołdry, żeby przykryć szyję, trzeba odkryć nogi.
Czym jest próg trzeci?
Nie powinno dziwić, iż zmiany mają dać pozytywny efekt przede wszystkim tzw. klasie średniej i ulżyć ponad trzem milionom Polaków, z których wielu stanowi elektorat Koalicji Obywatelskiej. Z kolei żeby uzupełnić braki w budżecie, dodatkowo dorzucą się wielkie firmy, najbogatsi i część przedsiębiorców korzystających dziś z ryczałtu.
Dzisiaj mamy dwie stawki PIT: 12 proc. do 120 tys. zł dochodu rocznie i 32 proc. od nadwyżki ponad tę kwotę. Rząd proponuje, żeby pierwszy próg przesunąć do 130 tys. zł, następnie wprowadzić stawkę 24 proc., a 32 proc. pobierać dopiero od dochodów przekraczających 150 tys. zł.
Zmiana jest więc w gruncie rzeczy dość skromna. Nie zmienia całej filozofii systemu podatkowego, tylko łagodzi gwałtowny przeskok z 12 do 32 proc., który szczególnie boleśnie odczuwają podatnicy przekraczający obecny próg pod koniec roku.
Według rządu na reformie skorzysta około 3,5 miliona osób, a maksymalna oszczędność wyniesie 3,6 tys. zł rocznie. Jak skomentował Piotr Kuczyński, główny analityk domu inwestycyjnego Xelion, „nie jest to zmiana, która spowoduje otwieranie szampana”.
Rzecz jasna ktoś musi za tę ulgę zapłacić. CIT dla największych firm ma wzrosnąć z 19 do 22 proc., danina solidarnościowa dla osób zarabiających ponad milion złotych rocznie z 4 do 5 proc., a możliwość korzystania z ryczałtu ma zostać mocno ograniczona.
Rację mają więc ci, którzy mówią, iż rząd nie znalazł żadnych nowych pieniędzy. Zostawi je w portfelach jednych, a wyjmie z portfeli innych. Jak mówi Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy inFaktu: „Z zasady to nie jest obniżka podatków, tylko ich przemeblowanie. Ulga w skali podatkowej może kosztować mniej niż podwyżki po drugiej stronie”.
Tyle iż właśnie na tym polega polityka fiskalna. W tym konkretnym przypadku zmiany nie są na tyle duże, żeby należało spodziewać się gospodarczego trzęsienia ziemi. Oczywiście część obciążeń może z czasem zostać przerzucona na klientów, ale nie stanie się to z dnia na dzień. Firmy mają marże i konkurencję siedzącą na karku. Tym samym nie każdą złotówkę nowego podatku da się następnego ranka dopisać klientowi do paragonu. „Tego, czy firmy będą przerzucać skutki wyższego obciążenia CIT na końcowych odbiorców, nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć” – komentował na łamach portalu Zero.pl Piotr Bartkiewicz, ekonomista Banku PKO.
Liberałowie kasują własną reformę
Reforma PIT proponowana przez Domańskiego jest interesująca także dlatego, iż dwadzieścia lat temu Zyta Gilowska – wówczas minister finansów w rządzie PiS, ale wcześniej jedna z ważniejszych postaci Platformy i współtwórczyni jej gospodarczych pomysłów – robiła coś dokładnie przeciwnego. Polska miała wtedy trzy stawki PIT: 19, 30 i 40 proc. Po reformie zostały dwie.
Nie chodziło wyłącznie o samą likwidację najwyższego progu, ale o szerszą filozofię upraszczania podatków. Zresztą taki był wówczas polityczny klimat. Państwo miało być tańsze i mniejsze, podatki prostsze, a przedsiębiorcom należało przede wszystkim nie przeszkadzać.
Sama Platforma szła przecież do wyborów z ultraradykalnym jak na dzisiejsze czasy pomysłem 3 × 15: 15 proc. PIT, CIT i VAT. Dzisiaj taki program brzmiałby bardziej jak propozycja liberalnego skrzydła Konfederacji niż partii Donalda Tuska.
Przez te dwadzieścia lat zmieniło się niemal wszystko – poza Tuskiem na stanowisku premiera. A i on, jeżeli przez cały czas jest liberałem, to liberałem mocno pokiereszowanym przez historię. Dzisiejsze państwo ma być nie tylko sprawne i tanie. Ma finansować wojsko, energetykę, wielkie inwestycje, politykę społeczną i coraz dłuższą listę oczekiwań wyborców. Partie przechwalają się raczej tym, ile obywatelom dadzą, niż tym, ile zostawią im w portfelach.
Na tym tle pomysł Domańskiego jest więc ciekawym kompromisem między starą a nową Platformą. Podatki można obniżyć, ale nie kosztem państwa. To też pstryczek w nos dla wszystkich tych, którzy jeszcze niedawno mówili, iż KO, gdy tylko dojdzie do władzy, rozmontuje transfery socjalne i przekreśli wizję państwa dobrobytu.
Co zrobi Karol Nawrocki?
Naprawdę miło rozmawia się o ideowych ścieżkach polskich polityków i ewolucjach, jakie przechodzą. Szkoda tylko, iż są to dywagacje czysto teoretyczne, podobnie jak propozycje ministra Domańskiego. Dziś bowiem na drodze do wejścia choćby najlepszych pomysłów stoi Karol Nawrocki.
Minister próbował już podnosić podatki, które przynajmniej teoretycznie nie powinny szczególnie boleć większości Polaków – akcyzę na alkohol czy opłatę cukrową – i w ten sposób zdobywać dodatkowe pieniądze na wojsko oraz łatanie dziury budżetowej. Wszystko to na próżno, bo prezydent, zgodnie z deklaracją złożoną w czasie kampanii Sławomirowi Mentzenowi, młotkuje nowe propozycje fiskalne.
Wyjątek zrobił dla podwyżki CIT dla banków, prawdopodobnie słusznie uznając, iż obrona rekordowych zysków sektora bankowego nie jest politycznie najbardziej wdzięcznym zajęciem. Generalnie jednak reguła jest prosta: Nawrocki przedstawia się jako prezydent stojący na straży kieszeni podatników, a każda nowa propozycja ministra daje mu kolejną okazję, żeby tę rolę odegrać.
Tym razem Tusk z Domańskim próbują jednak założyć na niego pułapkę. Podwyżkę podatków zaszyli w obniżce. jeżeli Nawrocki – w duchu hołdu toruńskiego – zawetuje wyższe obciążenia dla największych firm i najbogatszych, tym samym zablokuje ulgę dla kilku milionów Polaków. Zresztą podczas prezentacji nowych rozwiązań premier nie ukrywał, iż wciąż myśli o reakcji prezydenta: „Bardzo trudno podejmuje się rządowe decyzje, by zmienić prawo, gdy gdzieś tam za rogiem czai się prezydent z długopisem i groźbą weta” – usłyszeliśmy.
Oczywiście Pałac będzie mógł odpowiedzieć, iż rząd sam stworzył zagmatwaną sytuację i zaproponuje własne rozwiązania. Wystarczy zresztą poczytać Pawła Szefernakera, szefa Gabinetu Prezydenta: „Mamy skomplikowane podatki? Rząd chce je jeszcze bardziej skomplikować zamiast podnieść kwotę wolną tak jak obiecywali w kampanii wyborczej. Nowa stawka PIT: 24 proc.” – pisał tuż po prezentacji reformy.
Tym samym dziś najbardziej realny scenariusz to taki, w którym Tusk za kilka tygodni będzie mówił, iż chciał obniżyć podatki, ale prezydent mu nie pozwolił, za to Karol Nawrocki powie, iż uratował Polaków przed finansowymi sztuczkami rządu. Podatnicy zaś będą płacić po staremu.
Znów więc polityczna wojna między rządem a prezydentem będzie miała swój koszt. Tym razem wyjątkowo łatwy do policzenia.












