Jastrzębski: Szaleństwo insurekcyjności

myslpolska.info 2 часы назад

Po latach znów obejrzałem moim zdaniem udanie zekranizowaną „Wierną rzekę” w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego z 1983 roku. Zmusiło mnie to do pewnych przemyśleń dotyczących nieznośnego i zgubnego genu insurekcyjności. Genu roznoszonego przez autentycznych, ale głupich patriotów. A jeszcze bardziej irytuje bredzenie, iż nie wolno oceniać inicjatorów i uczestników kolejnych nieudanych powstań z pozycji politycznych.

Wystrzega się u nas oceny powstania listopadowego 1830, styczniowego 1863, warszawskiego 1944 i tego co nazywa się powstaniem antykomunistycznym w powojniu. A oceniać te powstania należy z pozycji zysków i strat ówczesnego narodu polskiego. Bo wrzaskiem o patriotyzmie, orłami wielkości kurczaków i gryzącym dymem kadzideł post factum można uzasadnić wszystko. Kolejne nieprzygotowane powstania burzyły efekty pracy narodowej kilku pokoleń rozumnych polskich patriotów. Przypominają mi się w tym miejscu słowa z kart fundamentalnej pracy „Polityka polska i odbudowanie państwa” autorstwa Romana Dmowskiego: „Myśmy tak odbiegli od innych narodów, iż święcimy klęski, gdy tamte święcą zwycięstwa”.

I tak czcimy w Polsce nieszczęsne powstanie listopadowe, gdy podchorążowie wraz z tłuszczą pozabijali generałów. Dzisiaj gloryfikuje się w Polsce motłoch, który wymordował polskich generałów – Ignacego Blumera, Maurycego Hauke, Józefa Nowickiego, Tomasza Jana Siemiątkowskiego, Stanisława Trębickiego czy byłego adiutanta księcia Józefa Poniatowskiego gen. Stanisława Floriana Potockiego. Zryw ten zniszczył również solidną armię Królestwa Polskiego.

I czcimy w Polsce te cholerne powstanie styczniowe, które było bezrozumną reakcją na liberalizację polityki Rosji. Na realne polonizacyjne reformy Aleksandra Wielopolskiego. To powstanie styczniowe de facto otworzyło możliwość radykalniejszej rusyfikacji i działań skierowanych przeciwko Polakom.

I czcimy w Polsce te bezrozumne powstanie w Warszawie, które spowodowało bezsensowną śmierć i kalectwo poszło 40 000 żołnierzy – w tym najbardziej ofiarnych i najlepiej wykształcanych młodych Polaków. Gdzie polityczni szaleńcy posłali na śmierć dzieci! Gdzie zginęło 180 000 naszych rodaków, a stolice zmieniono w kupę zgliszczy i gruzów.

I czcimy w Polsce te powojenne tragiczne wydarzenia, które były odrealnionymi marzeniami o wybuchu kolejnej III wojny światowej, na terenach wyzwolonych spod okupacji III Rzeszy. I nie usprawiedliwia tych działań choćby beznadziejne położenie znacznej części żołnierzy związanych w czasie wojny z podziemiem niepodległościowym i narodowym.

Ba, są choćby tacy co w chwili romantycznego uniesienia chcieliby zaaplikować do naszego narodowego DNA, jako przykład patriotycznej tradycji niewielkie powstanie robione bez nadziei na zwycięstwo w 1943 roku w warszawskim getcie.

Musimy wydarzenia polityczne oceniać z punktu widzenia zysków i strat dla interesów naszego narodu. choćby jak to boli i burzy nasze narodowe baśnie. Powstania te przyniosły dla nas skutki katastrofalne, ponieważ utrwaliły w umysłach naszych okupantów lub osób rządzących w ich interesie tezę, iż z Polakami postępować można tylko i wyłącznie przemocą. To zaś z kolei mocno rozpalało nasze kompleksy narodowe, w głównej mierze ten antyrosyjski.

U nas ciągle wielbiony jest każdy rębajło i bandzior, który lekkomyślnie nastawiał swój i swoich rodaków kark, byle miał na ustach patriotyczne frazesy, na mundurze narodowe symbole, znał kilka ckliwych pieśni i był otoczony religijną legendą. A jeżeli jeszcze jeżeli poległ lub został zlikwidowany przez Rosjan, to według naszych płytkich patriotów powinien być politycznie natychmiastowo kanonizowany – Santo Subito.

Dlatego u nas wszędzie spotka się ulice Mierosławskiego, Chłopickiego, Bora-Komorowskiego i Szendzielarza. Ale znacznie mniej jest tych Bobrzyńskiego i Wielopolskiego. Zapomniało całkowicie o Matłachowskim i Bocheńskim, a choćby Piaseckim. A przecież to całkowicie wypacza historię Polski.

Kiedyś słusznie ojciec narodowej demokracji Roman Dmowski stwierdził, iż powstanie (styczniowe) narzuciły Polakom dzieci. Oczywiscie idzie o nieroztropnych i niedoświadczonych przywódców pchających naród do nieprzemyślanych powstań. Mickiewiczowskie: „Szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele, i — jakoś to będzie!“

Roman Dmowski jest tutaj kluczowy. Zarówno stronnicy jak i wrogowie piszą, iż to nacjonalista i jeden z ojców polskiej niepodległości. To oczywiscie prawa. Ale zupełnie zapomina się o tym co było fundamentalne u Dmowskiego, a co podkreśla często sędziwy prof. Andrzej Werblan. Racjonalizm polityczny! Dmowszczyzna czyli polityka przeciwna szaleństwu insurekcyjności oraz umiejętność zerwania z kompleksem antyrosyjskości. Bo polityka to przede wszystkim budowanie wspólnoty narodowej i jej państwowości. A nie harce i późniejsze cmentarne rytuały, nad tymi co bezsensownie oddali życie.

Znakomity felietonista Stefan Kisielewski pisał, iż u nas w Polsce zawsze dużo o wojnach i duchu żołnierskim. Mało zaś o rozumie, analizie i dyplomacji. O losach narodów decyduje przede wszystkim polityka, której przedłużeniem, czy narzędziem realizacyjnym może stać się czyn zbrojny. Wielokrotnie czyn zbrojny jest czynnikiem antynarodowym! Bywa elementem destrukcji i rozbijania istniejących struktur państwa. U nas jednak czci sie przede wszystkim czyn – niezależnie czy jest on mądry, neutralny czy głupi. Mamy choćby takich „patriotów”, którzy chcieli by już wspólnie z Ukraińcami walczyć przeciwko Rosji.

Trzeba promować mądry patriotyzm, choćby wbrew wielu mesjanistom, którzy czasowo ubierają się czasem w szaty racjonalistów. Insurekcyjny sobowtór Dmowskiego, pilnowany przez rycerzy w plastikowych zbrojach i husarię na elektrycznych hulajnogach to bardzo niebezpieczny pomysł. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, gdy tacy ludzie będą mieli sposobność, znów pchną naród w beznadziejny bój w imię źle pojętego patriotyzmu i okołoreligijnych sekciarskich fanaberii.

Łukasz Jastrzębski

Читать всю статью