Feminizm narodził się, piętnując przywileje prawne i instytucjonalne bariery, które ograniczały wolność milionów kobiet. Teoretycznie bronił uniwersalnych zasad: równości prawnej, zasług i autonomii jednostki. Od pewnego momentu przestał być jednak ruchem emancypacyjnym i przekształcił się w ideologiczną maszynkę obsesyjnie nastawioną na produkowanie fikcyjnych krzywd i oskarżanie mężczyzn, a ostatecznie w narzędzie, które niszczy przede wszystkim kobiety.
Przez dziesięciolecia feminizm należał do najbardziej wpływowych ruchów społecznych świata zachodniego. Jego pierwsze fale koncentrowały się na konkretnych celach: równych prawach obywatelskich, dostępie do edukacji, możliwości podejmowania pracy czy uczestnictwie w życiu publicznym. W wielu aspektach były to postulaty, które trudno dziś kwestionować. Miliony kobiet zyskały dzięki nim większą niezależność i szerszy zakres wolności osobistej. Coraz częściej pojawia się jednak pytanie, czy współczesny feminizm przez cały czas realizuje te same cele, które legły u podstaw jego powstania. Odpowiedź brzmi: NIE.
Obecny główny nurt feminizmu przeszedł głęboką transformację. Z ruchu walczącego o równość szans miał stać się ideologią skupioną na poszukiwaniu nierówności płci i podziałów. W centrum zainteresowania przestała znajdować się jednostka, a jej miejsce zajęły kategorie zbiorowe. Coraz częściej ludzie oceniani są nie przez pryzmat swoich działań, charakteru czy osiągnięć, ale przez przynależność do określonej grupy społecznej lub płciowej.
Taka zmiana prowadzi do coraz bardziej uproszczonego obrazu rzeczywistości. Złożone procesy społeczne sprowadzane są przez aktywistki do konfliktu między grupami rzekomo posiadającymi władzę dzięki „patriarchatowi” a grupami rzekomo pozbawionymi przez niego sprawczości. W efekcie świat przedstawiany jest jako arena nieustannej walki między „oprawcami” i „ofiarami”, gdzie płeć staje się podstawowym kryterium oceny człowieka. To po prostu marksistowska walka klas, przeniesiona na obszar płci.
Problem polega na tym, iż rzeczywistość rzadko daje się zamknąć w tak prostych schematach. Istnieją obszary, w których kobiety napotykają trudności, ale istnieją również takie, w których to mężczyźni częściej doświadczają problemów. Wyższa śmiertelność, większe ryzyko samobójstw, częstsza bezdomność czy niebezpieczne warunki pracy mężczyzn to kwestie, które są przez feministki marginalizowane i ignorowane.
Jeszcze poważniejszym problemem jest wpływ tej ideologii na same kobiety. Dawny feminizm zachęcał je do samodzielności, odpowiedzialności i budowania własnej pozycji poprzez rozwój osobisty. Współczesna narracja coraz częściej przedstawia je natomiast jako osoby permanentnie zagrożone przez rzekome systemowe mechanizmy ucisku. Zamiast wzmacniać poczucie sprawczości, utrwala to przekonanie o własnej bezsilności, co przekierowywane jest przez aktywistki na pole nienawiści wobec mężczyzn jako całości.
To właśnie dlatego wielu krytyków uważa, iż współczesny feminizm nie tylko nie pomaga kobietom, ale wręcz im szkodzi. Kobieta, która nie identyfikuje się z narracją o nieustannej dyskryminacji, bywa oskarżana o „wewnętrzny patriarchat” lub brak solidarności. Kobieta, która wybiera tradycyjny model życia rodzinnego, często spotyka się z lekceważeniem ze strony środowisk deklarujących walkę o „wolność wyboru”. Paradoksalnie więc ruch, który miał poszerzać zakres kobiecej autonomii, coraz częściej sam wyznacza katalog społecznie akceptowanych i nieakceptowanych postaw.
Co więcej, współczesne feministki zaangażowały się w popieranie dewiacji genderowych, które prowadzą do dyskryminacji kobiet w dziedzinie sportu oraz zmniejszają poziom ich bezpieczeństwa w toaletach i przebieralniach, do których dostęp zyskują zboczeńcy „identyfikujący się” jako kobiety.
W rezultacie rośnie liczba kobiet dystansujących się od współczesnego feminizmu. Nie oznacza to odrzucenia idei równości wobec prawa czy szacunku dla kobiet, ale raczej sprzeciw wobec ideologii, która zastąpiła emancypację polityką akceptacji dewiacji, a odpowiedzialność osobistą – kulturą permanentnego poczucia krzywdy wobec drugiej płci.
Historia zna wiele ruchów społecznych, które po osiągnięciu swoich najważniejszych celów utraciły zdolność do redefiniowania własnej roli. Zamiast uznać sukces, zaczęły poszukiwać nowych konfliktów uzasadniających dalsze swoje istnienie. Tak właśnie dzieje się z feminizmem obecnej fali.
Jeżeli ruch ten ma odzyskać jakąkolwiek wiarygodność, będzie musiał wrócić do swoich pierwotnych fundamentów: dbałości o wolności jednostki i równość wobec prawa. W przeciwnym razie będzie coraz bardziej oddalać się od kobiet, które miał reprezentować.
Polecamy również: Przełom w Gdańsku. Koniec zastrzyków z chlorku potasu











