Islandczycy odrzucili UE. Niemcy nie kryją złości

magnapolonia.org 1 час назад

Wygląda na to, iż w niektórych europejskich stolicach dyzmokracja jest mile widziana tylko wtedy, gdy jej wyniki odpowiadają oczekiwaniom politycznych elit, ponieważ kiedy obywatele jakiegoś kraju zamiast entuzjastycznie maszerować w kierunku kolejnych etapów tęczowej i zielonej rewolucji mówią „dziękujemy, ale zostaniemy przy swoim”, natychmiast zaczyna się poszukiwanie powodów, dla których ich decyzja jest nierozsądna, zmanipulowana albo wręcz wynika z niewłaściwego rozumienia demokracji.

Islandczycy odrzucili UE. Wynik okazał się dla zwolenników eurokołchozu wyjątkowo nieprzyjemny: 52,% głosujących opowiedziało się przeciw wznowieniu negocjacji, podczas gdy 47,2% poparło ich rozpoczęcie, a przy tym frekwencja przekroczyła 82%, trudno więc poważnie twierdzić, iż Islandczycy potraktowali sprawę obojętnie albo iż wynik jest przypadkowym kaprysem niewielkiej grupy wyborców.

Część niemieckich mediów zareagowała na wynik islandzkiego referendum w sposób iście histeryczny. Szczególnie wymowna była reakcja niemieckiego „Süddeutsche Zeitung”, którego komentator przekonywał, iż decyzję w sprawie rozpoczęcia negocjacji powinni wziąć na siebie premier i rząd, a nie obywatele, zaś oddanie tej kwestii pod referendum określono jako „opacznie pojmowaną demokrację”. Cóż za niezwykły koncept, zwłaszcza jak na projekt polityczny, który od dziesięcioleci przedstawiany jest jako wspólnota oparta na demokracji, prawach obywatelskich i politycznej podmiotowości narodów.

Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul z CDU również nie ukrywał rozczarowania wynikiem głosowania, twierdząc, iż wznowienie negocjacji byłoby „wielką szansą” dla Islandii i Europy.

Przez lata słyszeliśmy, iż dyzmokracja jest fundamentem europejskiego projektu, iż najważniejszy jest głos obywateli i iż należy szanować dyzmokratyczne decyzje, ale najwyraźniej istnieje pewien interesujący wyjątek: kiedy obywatele zagłosują przeciwko dalszej integracji, można zacząć zastanawiać się, czy przypadkiem nie byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie pytano ich o zdanie.

Można więc złośliwie zapytać, po co w takim razie organizować referendum, skoro w sprawach naprawdę ważnych i tak najwyraźniej powinni decydować politycy, którzy przecież — jak wiadomo — zawsze doskonale wiedzą, czego potrzebują ich wyborcy. A jeżeli wyborcy z jakiegoś powodu zagłosują inaczej, niż oczekiwano, pozostaje przecież jeszcze możliwość wyjaśnienia im, iż tak naprawdę nie zrozumieli pytania.

Islandzka decyzja jest tym bardziej interesująca, iż ten kraj wcale nie odcina się od Europy i nie zamierza budować wokół siebie politycznego muru, ale należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i strefy Schengen, ma dostęp do jednolitego rynku UE i utrzymuje bardzo bliskie związki gospodarcze z państwami Unii.

Islandczycy pokazali więc coś wyjątkowo niewygodnego dla unijnych entuzjastów: można współpracować z Unią, handlować z jej państwami, korzystać z europejskiego rynku i podróżować bez kontroli granicznych, a jednocześnie nie uważać, iż konieczne jest członkostwo w UE i przekazywanie Brukseli kolejnych kompetencji.

I właśnie tutaj pojawia się kwestia, która powinna zainteresować również Polaków: skoro Unia Europejska jest takim wspaniałym projektem, jak od lat przekonują nas jego zwolennicy, to dlaczego nie wszyscy chcą do niej wejść? Kto wie, może nie każdy mieszkaniec Europy marzy o Zielonym Ładzie, coraz bardziej szczegółowych regulacjach dotyczących gospodarki, energetyki, transportu i rolnictwa, a także o kolejnych przepisach, które mają poprawić nasze życie choćby wtedy, gdy wcześniej trzeba wydać miliony euro na wyjaśnienie obywatelom, dlaczego adekwatnie są im potrzebne.

Może nie wszyscy są również zachwyceni faktem, iż europejska machina regulacyjna potrafi zajmować się tak fundamentalnymi problemami cywilizacyjnymi jak konstrukcja nakrętki przy plastikowej butelce. Być może rzeczywiście ratowanie Europy przed zgubionymi korkami jest jednym z najważniejszych wyzwań XXI wieku, choć Islandczycy najwyraźniej mają nieco inne priorytety. A może zalągł się tam faszyzm?

Dla części Europejczyków coraz poważniejszym problemem pozostają również skutki unijnej polityki migracyjnej oraz spory dotyczące ochrony zewnętrznych granic UE, ponieważ kryzys nielegalnej migracji, dyskusje o relokacji migrantów i wieloletnie problemy z zabezpieczeniem granic pokazały, iż „wspólna polityka” nie zawsze musi oznaczać skuteczne rozwiązanie problemu.

Dlaczego więc Polacy mieliby automatycznie zakładać, iż każda decyzja podejmowana w Brukseli będzie lepsza od decyzji podejmowanej w Warszawie, skoro w wielu kwestiach można przecież mieć zupełnie uzasadnione wątpliwości dotyczące zarówno kosztów, jak i skutków kolejnych unijnych pomysłów? Czy każda następna dyrektywa rzeczywiście oznacza postęp, czy każda kompetencja przekazana instytucjom unijnym musi być korzystna dla obywatela i czy większa centralizacja jest zawsze dobra tylko dlatego, iż nazwano ją „integracją”?

Można oczywiście zrozumieć rozczarowanie Berlina, ponieważ o ile projekt europejskiej integracji jest rzeczywiście tak atrakcyjny, jak przedstawiają go jego najgorliwsi zwolennicy, to każde państwo powinno przecież ustawiać się w kolejce do Brukseli, najlepiej z gotowym wnioskiem akcesyjnym w jednej ręce i flagą UE w drugiej. Tymczasem Islandczycy mieli możliwość wykonania kolejnego kroku w kierunku członkostwa i powiedzieli: nie, dziękujemy, pozostaniemy przy obecnym modelu współpracy. Co więcej, zrobili to przy bardzo wysokiej frekwencji, a więc trudno twierdzić, iż nie wiedzieli, o co chodziło.

Islandzkie referendum jest więc interesujące nie dlatego, iż -jak twierdzą niemieckie media- „Islandia odrzuciła Europę” — bo tego przecież nie zrobiła — ale dlatego, iż pokazała możliwość funkcjonowania w bardzo ścisłej współpracy z europejskimi państwami bez konieczności członkostwa w Unii Europejskiej.

Być może właśnie ten element powinien zostać w Polsce znacznie szerzej przedyskutowany, ponieważ przez lata słyszeliśmy, iż członkostwo w UE jest jedynie słuszną drogą dla naszego kraju, prawdziwym dobrem, symbolem nowoczesności i wyłączną drogą rozwoju, podczas gdy każdy, kto zaczynał pytać o koszty, ograniczenia albo konsekwencje dalszej integracji, był przedstawiany jako ktoś, kto nie rozumie współczesnej Europy albo jest „ruskim agentem” i chce bratać się z Putinem i Łukaszenką.

Tymczasem nie każdy Polak uważa Zielony Ład za zbawienie europejskiej gospodarki, może nie każdy marzy o kolejnych regulacjach dotyczących każdego aspektu działalności przedsiębiorców, może nie każdy jest zachwycony europejską polityką migracyjną, a już z pewnością nie każdy musi uważać, iż urzędnik w Brukseli powinien mieć coraz większy wpływ na to, jak funkcjonuje polska gospodarka, energetyka, rolnictwo czy polityka graniczna. Tego niestety, zamordyści brukselscy i ich gadzinowe media nie rozumieją. Dla nich dyzmokracja dyzmokracją, ale wyniki powinny być „właściwe”.

Polecamy również: Izrael manipulował AI. Ujawniono kulisy operacji

Читать всю статью