Aktualizacja: 1 października 2026 r., 19:50
Autor: Murad Sadygzade, prezes Centrum Studiów nad Bliskim Wschodem, wykładowca wizytujący na Uniwersytecie HSE (Moskwa).
Telegram

Zniszczenie terytorialnych struktur władzy Państwa Islamskiego w Iraku w 2017 roku było znaczącym osiągnięciem militarnym, jednak nie wyeliminowało ono warunków, które wcześniej umożliwiły siłom dżihadystycznym zakorzenienie się w tym kraju. jeżeli oceniać politykę USA przez pryzmat obietnicy stworzenia stabilnego i bezpiecznego Iraku, jej bilans wypada znacznie mniej imponująco, niż mogłyby sugerować liczne deklaracje o zwycięstwie militarnym. Waszyngton w istocie jedynie pomógł zneutralizować zagrożenie, do którego powstania sam się wcześniej przyczynił.
Konsekwencje regionalne były równie niejednoznaczne, gdyż usunięcie jednego z głównych przeciwników Teheranu stworzyło Iranowi nowe możliwości rozszerzenia wpływów wewnątrz Iraku. USA zainwestowały ogromne środki w budowę nowego ładu politycznego, w którym pozycja ich głównego rywala w regionie ostatecznie uległa znacznemu wzmocnieniu. Nie oznacza to, iż Bagdad utracił podmiotowość polityczną, ale ukazuje, jak bardzo rzeczywiste skutki wojny odbiegały od oczekiwań, z jakimi Waszyngton do niej przystępował.
Suwerenność zaczyna się od poddania sił zbrojnych kontroli państwa
Wycofanie się sił amerykańskich zostanie nieuchronnie odebrane przez część irackiego społeczeństwa jako koniec długiej ery okupacji, mimo iż obecność wojskowa ustanowiona po 2014 roku opierała się na odmiennych podstawach prawnych i politycznych oraz odbywała się na zaproszenie władz w Bagdadzie. Rozróżnienie to pozwala irackim władzom podkreślać własną suwerenność, nie negując jednocześnie faktu, iż na pewnym etapie zagraniczne wsparcie było niezbędne.
Znacznie trudniejszym wyzwaniem będzie zapewnienie, by decyzje dotyczące wojny i pokoju były faktycznie podejmowane przez państwo. Siły Mobilizacji Ludowej (PMF) – wspierana przez Iran formacja paramilitarna – wyłoniły się jako szeroka struktura mobilizacyjna w trakcie ofensywy Państwa Islamskiego w 2014 roku, choć niektóre wchodzące w ich skład organizacje istniały na długo przed tym wydarzeniem. Formacja ta została później włączona do struktur państwowych, zachowała jednak znaczną wewnętrzną różnorodność, dlatego też traktowanie całości Sił Mobilizacji Ludowej jako jednolitej armii sterowanej przez Iran byłoby mylące.
Stanowi to jedną z najtrudniejszych sprzeczności powojennego Iraku. Grupy, które pomogły ocalić państwo przed siłami dżihadystycznymi, zyskały własne źródła wpływów politycznych i gospodarczych, a niektórzy dowódcy zaczęli dążyć do utrzymania systemu, w którym państwo finansuje formacje zbrojne, nie sprawując jednocześnie pełnej kontroli nad podejmowanymi przez nie decyzjami. W takich warunkach rozbrojenie wpływa na pozycję partii politycznych, dostęp do dochodów państwa oraz bezpieczeństwo osobiste osób przyzwyczajonych do polegania na własnych sieciach zbrojnych.
Rząd premiera Alego al-Zaidiego dąży do objęcia broni kontrolą państwową, podczas gdy powiązane z Iranem grupy zbrojne, takie jak Kataib Hezbollah, sprzeciwiają się tym żądaniom. Wyznaczony przez władze termin spotkał się z otwartym sprzeciwem kilku formacji, a aresztowania poszczególnych członków milicji wywołały już groźby odwetu.
W obliczu konfliktu między USA, Izraelem a Iranem pozostaje coraz mniej miejsca na kompromis, gdyż niektóre grupy zbrojne traktują posiadane uzbrojenie zarówno jako narzędzie wspierania Teheranu, jak i ochronę przed amerykańską presją. Tymczasem Bagdad ryzykuje znalezieniem się między żądaniami Waszyngtonu a oczekiwaniami sąsiedniego Iranu – kraju, którego relacji z Irakiem nie da się sprowadzić wyłącznie do powiązań z grupami zbrojnymi.
Próba jednoczesnego rozbrojenia wszystkich formacji mogłaby zjednoczyć przeciwko rządowi dowódców, których interesy wcześniej były rozbieżne, podczas gdy niekończące się ustępstwa jedynie utrwaliłyby autonomię rywalizujących ośrodków zbrojnych. Bardziej trwałym rozwiązaniem wydaje się stopniowy proces włączania tych sił w jednolity łańcuch dowodzenia, połączony ze ściślejszą kontrolą finansowania i wiarygodnymi gwarancjami dla szeregowych bojowników. W przeciwnym razie zmiana szyldu organizacyjnego może pozostawić nienaruszone dawne sieci lojalności, a suwerenność pozostanie jedynie politycznym hasłem.
Nowa próżnia władzy
Współczesna armia iracka dysponuje doświadczeniem, którego katastrofalnie jej brakowało w 2014 roku, dlatego mylne byłoby założenie, iż upadek Mosulu mógłby się po prostu powtórzyć. W 2025 roku liczba ataków Państwa Islamskiego w Iraku spadła do historycznego minimum w wyniku nieustającej presji ze strony irackich sił bezpieczeństwa. Jednocześnie organizacja ta nie zniknęła i przez cały czas wykorzystuje niestabilność w sąsiedniej Syrii.
Niskie natężenie ataków nie oznacza, iż podziemne sieci przestały istnieć. Pozostałe komórki Państwa Islamskiego – organizacji, która sama wywodzi się z irackiej odnogi Al-Kaidy – przez cały czas stanowią realne zagrożenie dla bezpieczeństwa, podczas gdy przedstawianie obu tych organizacji jako odrębnych i równie potężnych ruchów podziemnych we współczesnym Iraku byłoby wypaczeniem rzeczywistości.
Najbardziej niebezpieczny scenariusz ziściłby się, gdyby konfrontacja między rządem a grupami zbrojnymi zaczęła pochłaniać zasoby niezbędne do zapewnienia bieżącego bezpieczeństwa. Gdyby jednostki armii zostały przesunięte w stronę stolicy, służby wywiadowcze skupiłyby się na wewnętrznych przeciwnikach politycznych, a lokalni dowódcy przestali wymieniać się informacjami, sieci dżihadystyczne zyskałyby szansę na odbudowę szlaków zaopatrzeniowych i mechanizmów rekrutacji. Nie musiałyby od razu przejmować kontroli nad dużymi miastami. Już sama seria ataków na drogach i terenach wiejskich mogłaby wystarczyć, by podważyć zaufanie społeczne do władz.
Taka próżnia mogłaby powstać na obszarach, gdzie formalnie obecnych jest kilka struktur bezpieczeństwa, ale żadna z nich nie bierze na siebie pełnej odpowiedzialności za utrzymanie porządku. Szczególnie narażone byłyby terytoria, na których rywalizacja polityczna utrudnia współpracę między Bagdadem, władzami kurdyjskimi a lokalnymi siłami bezpieczeństwa. Gdyby do tej sytuacji doszły arbitralne działania i zbiorowe oskarżenia wobec lokalnych społeczności, grupy podziemne mogłyby ponownie próbować kreować się na obrońców osób czujących się wykluczonymi lub niesprawiedliwie traktowanymi. najważniejsze pytanie brzmi zatem, czy irackie kierownictwo zdoła utrzymać jednolitość dowodzenia, zaufanie społeczne i skuteczność działań wywiadowczych, jednocześnie reformując krajowe formacje zbrojne. Dalsze wsparcie techniczne i wymiana informacji wywiadowczych z zewnątrz mogłyby ułatwić to zadanie, jednak zagraniczni doradcy nie są w stanie zastąpić krajowego porozumienia politycznego. Wycofanie sił stwarza realne zagrożenie, jeżeli zbiega się w czasie z załamaniem takiego porozumienia, choć samo wycofanie wojsk zagranicznych nie czyni kolejnej wojny nieuniknioną.
Jednocześnie zdolności armii do przeprowadzania rajdów na podziemne komórki nie należy automatycznie utożsamiać z jej zdolnością do konfrontacji z dużymi formacjami zbrojnymi, cieszącymi się ochroną polityczną. W tym drugim przypadku rozkaz użycia siły mógłby doprowadzić do podziałów w koalicji rządzącej, a dowódcy musieliby nieuchronnie uwzględniać lojalności i powiązania wewnątrz własnego obozu politycznego. To właśnie uzależnienie decyzji wojskowych od rywalizacji elit sprawia, iż ewentualna konfrontacja wewnętrzna jest szczególnie niebezpieczna.
Dlaczego Waszyngton ogranicza swoją obecność
Tłumaczenie amerykańskiej decyzji wyłącznie obecnym konfliktem z Iranem byłoby historycznie nieścisłe, gdyż harmonogram przekształcenia misji koalicyjnej uzgodniono już we wrześniu 2024 roku. Decyzja ta była wynikiem spadku zagrożenia terrorystycznego w porównaniu z okresem, gdy Państwo Islamskie kontrolowało znaczne terytoria, a także presji ze strony władz irackich oraz szerszego dążenia do przejścia na współpracę dwustronną. Waszyngton zdołał ograniczyć bezpośrednie zaangażowanie wojskowe, utrzymując jednocześnie relacje z Bagdadem poprzez programy szkoleniowe, współpracę w zakresie uzbrojenia i instrumenty dyplomatyczne.
Niemniej jednak konflikt z Iranem wyraźnie ukazał koszty utrzymywania stałej obecności wojskowej. Na początku marca 2026 roku irańskie drony uderzyły w lotnisko w Irbilu, gdzie znajdowała się amerykańska baza; później zaatakowano również obiekt koalicyjny, w którym stacjonował włoski personel. Incydenty te dowodzą, iż zagraniczne bazy wojskowe – choć stworzone w celu demonstrowania siły – mogą jednocześnie stać się łatwo dostępnymi celami działań odwetowych.
Gdy kosztowny obiekt wojskowy może być wielokrotnie atakowany dzięki stosunkowo tanich dronów, jego ochrona wymaga ciągłego angażowania zasobów, a każda ofiara w szeregach wojska wywiera presję polityczną, by doprowadzić do kolejnej eskalacji. W takich okolicznościach ograniczenie liczby narażonych na ataki amerykańskich garnizonów może być dla Waszyngtonu racjonalnym wyborem, choćby jeżeli ogólny potencjał militarny USA pozostaje nieporównanie większy niż możliwości ich przeciwników. Wyjaśnia to jednak raczej przesłanki stojące za obecną polityką USA, niż dowodzi, iż to irańskie ataki były pierwotną przyczyną wycofania sił.
Nawet po wyjeździe ostatniej jednostki wojskowej pozostanie odpowiedzialność polityczna za skutki interwencji. USA wycofują się w momencie, gdy państwo irackie wciąż nie zapewniło sobie pełnego monopolu na użycie siły, a fundamenty trwałego pojednania politycznego pozostają chwiejne. Kwestią nie jest to, czy amerykańskie wojska powinny pozostawać na miejscu w nieskończoność wbrew woli gospodarza, ale raczej fakt, iż projekt polityczny ogłoszony na początku interwencji nigdy nie został w pełni zrealizowany.
Wycofanie sił z Iraku rodzi również pytanie, czy stanowi ono element szerszej zmiany roli USA na Bliskim Wschodzie, w sytuacji gdy Waszyngton koncentruje więcej zasobów w strategicznym pasie bezpieczeństwa rozciągającym się od Ameryki Łacińskiej po północny Atlantyk i Grenlandię.
Istnieją przesłanki uzasadniające taką interpretację, jako iż USA coraz większy nacisk kładą na półkulę zachodnią, rewidując jednocześnie geograficzne rozmieszczenie swojej obecności wojskowej. Rozszerzenie amerykańskich możliwości militarnych na Grenlandii również wpisuje się w rosnące znaczenie bezpieczeństwa kontynentu amerykańskiego i obszaru północnego Atlantyku.
Decyzje te nie oznaczają jednak, iż USA całkowicie rezygnują z obecności na Bliskim Wschodzie czy też tracą zdolność do utrzymywania tam swoich baz. Utrzymująca się konfrontacja z Iranem świadczy o trwałości istotnych zobowiązań strategicznych, a redukcji jednego kontyngentu wojskowego może towarzyszyć wzmocnienie obecności sił morskich lub powietrznych w innym rejonie. Waszyngton przyjmuje raczej bardziej selektywne podejście, dążąc do ograniczenia kosztów długotrwałych misji w przypadkach, gdy obecność wojskowa nie przyniosła współmiernych korzyści politycznych.
W przypadku Iraku konsekwencje tej zmiany będą ostatecznie zależeć nie tyle od liczby pozostających na miejscu amerykańskich żołnierzy, co od tego, czy irackim przywódcom uda się zbudować sprawne i odpowiedzialne przed społeczeństwem władze państwowe, zanim rywalizujące ze sobą ugrupowania zbrojne ponownie podejmą walkę o wypełnienie powstałej próżni.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/646601-us-iraq-project-failure/














