„Rosja i świat: wrogowie, konkurenci, partnerzy” – tak rezultaty najnowszych sondaży zatytułował moskiewski ośrodek badań opinii publicznej Centrum Lewady. Moskiewski już nie do końca, bo tej niezależnej sondażowni w Rosji nadano piętnujący status tzw. agenta zagranicznego, a część jej pracowników zmuszono do wyjazdu z kraju. I właśnie w Berlinie zaprezentowano wyniki ostatnich badań prowadzonych w ciągu czterech miesięcy ubiegłego roku.
Wskazują one jednoznacznie, iż o żadnym „partnerstwie” z Zachodem Rosjanie nie myślą! A już najmniej ze swoimi europejskimi sąsiadami i innymi krajami Europy. Pierwsze miejsca w piątce państw, które respondenci uznali za wrogie, zajęły Polska i Litwa. Za takie uważa je 62 proc. Rosjan.
Kolejne na liście są Wielka Brytania, Niemcy i… Szwecja. – Państwa europejskie są odbierane jako zagrożenie dla istnienia Rosji – tłumaczył wicedyrektor Centrum Lew Gudkow, przypominając, iż jeszcze w latach 90. właśnie te kraje były uważane za wzór do naśladowania. USA za wroga uważa co czwarty uczestnik sondażu. I jak zauważa Gudkow, wskaźnik ten choćby obniżył się po powtórnym wyborze Trumpa na prezydenta. Jednak gwałtowny wzrost jego popularności ostatnio przygasł i powrócił do „zwykłego” poziomu.
A kogo Rosjanie uznają za przyjaciół? Na czele jest Białoruś (za taką uważa ją 80 proc. respondentów), za nią zaś Chiny, Kazachstan, Indie i Korea Północna. Jak widać, sympatie Rosjan są odległe od Zachodu – choćby geograficznie. Zresztą nic dziwnego, skoro na pytanie: „Czy uważacie Rosję za państwo europejskie”, 60 proc. uczestników badania udzieliło odpowiedzi przeczącej… 42 proc. Rosjan uważa Europę „za inną cywilizację i obcy świat”, zaś dla jednej trzeciej to w ogóle tylko „nazwa geograficzna państw leżących na zachód od Rosji”.
Ukrainy na liście wrogów nie było – temat agresji przeciwko niej nie stanowił przedmiotu akurat tych badań centrum. Mimo to jego przedstawiciele potwierdzają: w ciągu czterech lat wojny poparcie dla działań rosyjskiej armii jest w społeczeństwie stabilne i wynosi około 76 proc., co potwierdził sondaż ze stycznia tego roku. I nie wpływają na to choćby szokujące dane o ponoszonych stratach, które wynoszą już ponad milion zabitych i rannych. Dlaczego? Lew Gudkow wyjaśnia, iż Rosjanie mają „niejednoznaczny” stosunek do ofiar, wśród których jest wielu kryminalistów i najemników, a ich współczucie wzbudzają raczej tylko ci, których na wojnę zmobilizowano przymusowo. Na stopień poparcia dla wojny nie wpływają też problemy w Rosji, gdyż paradoksalnie wielu jej mieszkańców (zwłaszcza z prowincji) na tej wojnie się wzbogaciło – dzięki żołnierskim żołdom i świadczeniom dla rodzin uczestników tzw. specjalnej operacji wojskowej. Nie mają choćby znaczenia odwetowe działania Ukrainy. – Owszem wzmogły one „trwogę i strach” wśród mieszkańców atakowanych rosyjskich regionów, ale wywołały jednocześnie wzrost „agresji wobec strony ukraińskiej” – tłumaczy Gudkow. I mimo iż w społeczeństwie rośnie „psychologiczne zmęczenie” wojną, co przekłada się na to, iż już 66 proc. Rosjan opowiada się za rozmowami pokojowymi, to jest jeden niuans: pokoju chcą na warunkach Rosji. Zaś od jednej czwartej do jednej trzeciej respondentów chce kontynuacji wojny „do zwycięskiego końca”, powtarzając retorykę Putina o „zerze ustępstw”.
Zdaniem socjologów z Centrum Lewady kilka w nastrojach społecznych zmieni się choćby „po Putinie”. Ustrój w Rosji jest stabilny, „kultura przemocy będzie się reprodukować”, a jakościowych zmian nie należy oczekiwać wcześniej niż za dwa pokolenia – taką pesymistyczną perspektywę roztacza Lew Gudkow.







