Dla mnie, Polaka z pokolenia urodzonego dziesięć, dwanaście lat po wojnie, było oczywiste, iż strzelistym aktem miłości patriotycznej była walka, obrona do końca i bohaterska śmierć za ojczyznę. Tak nas wychowano w domu, uczono w kościele i wpajano w szkole. Jeszcze dziś dziadersi, jak ja, bez wahania deklarują, iż jak wojna nam zagrozi, pierwsi staną z bronią w ordynku…
Badania sondażowe pokazują jednak, iż takie postawy straciły swą powszechność. Szczególnie teraz, gdy Rosja prowadzi z Polską wojnę hybrydową, postawy patriotyczne mojego pokolenia różnią się zasadniczo od postaw ludzi w wieku moich wnuków. Radio ZET zleciło niedawno pracowni IBRiS zbadanie opinii Polaków wobec potencjalnej wojny z Rosją. Stanięcie pod bronią, by walczyć za ojczyznę, zadeklarował prawie co trzeci Polak, ale niemal 60 proc. jednoznacznie odmówiło pójścia na front (choć jeszcze więcej zapowiedziało, iż nie planuje wyjazdu z Polski). 15 proc. w ogóle nie zna sprawy: jaka wojna, jaki front? Choć w Polsce trwa moda na feminizm, na front chciałoby z tych niespełna 30 proc. pójść znacznie więcej mężczyzn niż kobiet (a może i racja jakaś w tym jest, bo w okopach śmierdzi, jest zimno, brudno i głośno). Co ciekawe, na wojnę gotowi są bardziej ci z opozycji (35 proc.) niż z obozu władzy (21 proc.), co oddaje skalę desperacji pierwszych i stopień przegnicia elit rządzących (termin prof. Dudka). Zanim więc zastanowimy się nad zagrożeniem, warto pomyśleć nad jakością naszego patriotyzmu. Tu uwaga na marginesie: radykałowie z prawicy domagają się deportowania z Polski młodych Ukraińców, których miejsce jest – według onych radykałów – na froncie, aliści dokąd deportować młodych Polaków, którzy tzw. czyn zbrojny i walkę dla ojczyzny mają tam, gdzie Jasio może pana majstra w dupę pocałować?

















