HEGEMONIA USA JUŻ UPADŁA? [ANALIZA]

krzysztofwojczal.pl 2 дни назад

Rok 2026 rozpoczął się z przytupem. Spektakularne uprowadzenie przez siły Stanów Zjednoczonych Nicolasa Maduro z Wenezueli, a także akcje abordażowe na flotę cieni, wprowadziły nas w drugi rok – dotychczas bardzo intensywnej – prezydentury Donalda Trumpa. I nastąpiły niespełna miesiąc po opublikowaniu Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA przez nową administrację z Waszyngtonu.

Po dwunastu miesiącach twardej i często brutalnej polityki Trumpa wobec sojuszników, miękkiej wobec rywali i wrogów USA, a także na skutek treści NSS, wielu zadało sobie pytanie, czy świat znajduje się jeszcze w formacie hegemonii Stanów Zjednoczonych, czy jednak mamy do czynienia już z pełnokrwistą wielobiegunowością?

Odpowiedź na to pytanie musi jednak rozpocząć się od zdefiniowania pojęcia hegemonii. Czym się ona cechowała na przykładzie lat 1990-2013, kiedy to nikt nie kwestionował istnienia tego rodzaju porządku światowego?

Hegemonia Stanów Zjednoczonych z owego okresu nie była ani niekwestionowanym przywództwem światowym (choć tak się powszechnie mówiło), ani też pełną dominacją lub zwierzchnictwem nad innymi państwami. Bowiem także przez ten okres istniały mocarstwa nie tylko asertywne wobec USA, ale i także im niechętne lub wrogie. choćby osłabiona w czasie tzw. jelcynowskiej smuty Rosja nie była względem Amerykanów zupełnie uległa. Komunistyczne Chiny od zawsze były wobec USA asertywne, a Iran – od czasu rewolucji z 1979 roku – wręcz wrogi. Podobnie jak Korea Północna. Amerykańskie wpływy nie były nieograniczone. Sieć rosyjskich sojuszy i wpływów obejmowała: Europę (np. Białoruś ale i Ukrainę za W. Janukowicza), Afrykę Północną (np. Libię), Bliski Wschód (Syrię), Kaukaz (Armenię), Azję (Indie, Azję Centralną), a także Amerykę Południową (Wenezuela) jak również Północną (Kuba).

Czym więc był (lub jest) okres hegemonii USA? To czas, w którym na świecie istniało tylko jedno supermocarstwo. Za czasów zimnej wojny mówiło się o świecie dwubiegunowym, bowiem niewątpliwie zarówno Stany Zjednoczone jak i ZSRR do takowych należały, posiadając znaczną przewagę nad resztą świata. Jednakże po 1989 roku Związek Sowiecki uległ rozpadowi. Na arenie pozostał tylko jeden czempion. Jego hegemonia nie była jednak absolutna. Stany Zjednoczone wciąż nie mogły skutecznie i bez ograniczeń narzucać swojej woli takim państwom jak choćby: Rosja, Chiny, Iran, czy Korea Północna, a choćby nie robiły tego wobec Wenezueli, Kuby, czy choćby Armenii. Amerykanie nie mogli też narzucać swojej woli siłą względem partnerów z Europy, którzy wówczas czuli się bezpiecznie i czasem wręcz demonstrowali swoją niezależność od USA (vide Francja za Jacquesa Chiraca).

W 2001 roku Stany Zjednoczone posiadały bardzo silne: legitymację oraz casus belli przeciwko Afganistanowi. W 2004 roku potrzebowały silnego uzasadnienia – vide temat broni chemicznej, który okazał się fałszem – by zaatakować Irak. W 2008 roku Rosja zaatakowała zmierzającą do NATO Gruzję, co było niczym wymierzony Amerykanom siarczysty policzek. Choć Tbilisi udało się wówczas uratować, to jednak nie na długo, bowiem Rosjanie gwałtownie zyskali tam wpływy polityczne. W 2012 roku prezydent Barack Obama wystosował ultimatum wobec Syrii, a do interwencji nie doszło m.in. dlatego, iż Amerykanie nie uzyskali poparcia Europy. Niewątpliwie więc istniały granice amerykańskiej swobody działania. I nie zawsze były one wyznaczane przez przeciwników i wrogów, bowiem wynikały także z potrzeby liczenia się ze zdaniem partnerów, sojuszników czy szeroko rozumianej opinii światowej.

Mając powyższe na uwadze, o tym czy ład światowy funkcjonuje w świecie jedno lub wielobiegunowym nie decyduje to, ile podmiotów posiada nieograniczoną swobodę działania (bo przecież w świecie wielobiegunowym byłoby to choćby niemożliwe), a to, ile aktualnie istnieje państw o statusie supermocarstwa (biegunów). A o statusie supermocarstwa decyduje potencjał, a niekoniecznie fakt jego demonstrowania (np. USA – będąc hegemonem – wielokrotnie zachowywały się biernie, lub używały potencjału nieskutecznie).

Innymi słowy, w dobie hegemonii np. stajni Ferrari w formule F1, zespół ten dysponowałby najlepszymi: kierownictwem, bolidem, zespołem i finansami przewyższającymi potencjałem wszystkie inne. Nie oznaczałoby to jednak, iż kierowcy Ferrari musieliby wygrać każdy wyścig. Mogliby przecież je przegrywać z uwagi na uwarunkowania zewnętrzne, błędy zespołu technicznego, kierowcy lub nieskuteczną strategię obraną na dany wyścig. Natomiast status motoryzacyjnego hegemona sprawiałby, iż – co do zasady – ekipa Ferrari miałaby przewagę nad innymi i mogłaby popełniać więcej błędów, a i tak mieć szansę na ostateczne zwycięstwo w całym sezonie. A już z pewnością hegemonia Ferrari nie oznaczałaby w tym przykładzie, iż wszystkie inne ekipy poddawałyby się w kolejnych wyścigach jeszcze przed startem (bez walki). Przeciwnie, przecież nierozłączną cechą wyścigów (rywalizacji) jest rzucanie wyzwania hegemonowi i próba jego dogonienia, a choćby prześcignięcia. Jednak fakt, iż jakaś ekipa wygra pojedynczy wyścig z Ferrari nie oznacza automatycznie utrącenia hegemona. O tym, czy mamy do czynienia z jedno lub wielobiegunowością nie decyduje jedno zwycięstwo, a realny potencjał, który daje (lub nie) podstawy do powtarzalności sukcesów i wygrania całego sezonu.

Tymczasem nowy geopolityczny sezon, który z pewnością nastał po 2022 roku, ciągle trwa. Warto więc sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Stany Zjednoczone posiadają jeszcze cechy supermocarstwa, a jeżeli tak, to ile i jakie? A także należy zbadać, czy przypadkiem inne państwa – jak np. Chiny – nie uzyskały takiego statusu?

Poniższa analiza ma właśnie temu służyć. W tym celu wybrałem – zupełnie subiektywnie – jedenaście kategorii, które uważam za cechy państwa o statusie supermocarstwa. Nie oznacza to, iż dane państwo – by zyskać taką pozycję – musi spełniać wszystkie warunki. ZSRR wielu z nich nie spełniało, jednakże wiele z nich rzeczywiście tak. I były to czasem cechy decydujące (np. wielkość i potencjały: arsenału jądrowego, konwencjonalnego, a także politycznego).

Tak więc jeżeli mielibyśmy rozstrzygać, czy żyjemy jeszcze w świecie jednobiegunowym (z jednym supermocarstwem), czy już w wielobiegunowym (żadnego supermocarstwa, za to wiele mocarstw, lub kilka supermocarstw), to należałoby zbadać czy ktokolwiek jeszcze oprócz USA posiada status supermocarstwa, a jeżeli tak, to kto i dlaczego?

Poniżej przedstawiam tabelę stanowiącą wynik analizy, a uzasadnienie do ocen potencjałów państw z poszczególnych kategorii zamieściłem w dalszej części.

Jak widać w powyższym zestawieniu, potencjał Stanów Zjednoczonych uzyskał 10 z możliwych 11 punktów. Chiński jedynie 4,5, a rosyjski zaledwie 3,5. Niewątpliwie USA pozostały supermocarstwem, choć nie ulega wątpliwości, iż ich przewaga nad Chinami od dwóch dekad eroduje. Z drugiej strony, potencjał Amerykanów względem Rosji czy Europy wzrasta. Choć ta ostatnia nie może być kwalifikowana jako jeden podmiot/mocarstwo, dlatego zabrakło jej w zestawieniu.

Chińska Republika Ludowa znajduje się na fali wznoszącej, jednak wciąż nie posiada choćby połowy wymaganych – w mojej opinii – cech do uzyskania statusu supermocarstwa.

Oczywiście z powyższymi ocenami państw w konkretnych kategoriach nie każdy musi się zgodzić, tak samo jak nie każdy musi podzielać moje zdanie w zakresie wyboru samych kategorii. Nie narzucając nikomu mojej oceny, poniżej postaram się ją jednak głębiej uzasadnić.

POTENCJAŁ NUKLEARNY

Niewątpliwie fakt dysponowania najpotężniejszym rodzajem broni na świecie musi stanowić cechę zaliczającą dane państwo do grona mocarstw lub supermocarstw. Przy czym nie bez znaczenia jest, jaki ten potencjał nuklearny jest. Pod względem zaawansowania technologicznego, a także skali ewentualnego użycia. Wg raportu SIPRI z 2025 roku, na stan z początku 2024 roku na świecie istniało ponad 12 tys. głowic nuklearnych, z czego ponad 9,5 tys. znajdowało się w zapasach do potencjalnego wykorzystania. Z tych blisko połowa (prawie 4 tys.) była zamontowana na pociskach rakietowych lub samolotach. Przy czym 90% wszystkich głowic jądrowych należało jedynie do dwóch państw. Stanów Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej (potencjały porównywalne z lekką przewagą liczebną na korzyść Rosji). I głównie to te dwa państwa wystawiają razem około 2100 głowic bojowych w stanie wysokiej gotowości.

Wielka Brytania, Francja, Pakistan, Indie, Korea Północna, Izrael, ale i także Chiny należą w tym zakresie zaledwie do drugiej ligi, posiadając od kilkudziesięciu do kilkuset głowic (Chiny najwięcej z tej grupy, bo prawdopodobnie ok. 600 głowic na dziś). Co oznacza, iż przy ewentualnej wymianie jądrowej, żadne z tych państw nie miałoby najmniejszych szans przeciwko USA lub Rosji. Tak więc te dwa ostatnie państwa mogłyby teoretycznie grozić wszystkim innym niemalże całkowitą anihilacją, przy ograniczonych stratach w przypadku odwetu.

W kontekście ewentualnej wojny jądrowej, tylko Amerykanie mogliby zneutralizować Rosjan (i vice versa). Reszta mocarstw jądrowych ma wprawdzie możliwość odstraszania nuklearnego – bowiem samo użycie takiej broni choćby w małej liczbie stanowi zagrożenie – jednak ostatecznie tylko Stany Zjednoczone i Federacja Rosyjska mogłyby straszyć pozostałych całkowitym zniszczeniem w drodze uderzenia nuklearnego.

Istotnym jest również posiadanie odpowiednich nośników głowic. Zarówno Waszyngton jak i Moskwa dysponują pełną triadą nuklearną (międzykontynentalne pociski balistyczne, pociski/bomby lotnicze oraz pociski balistyczne wystrzeliwane z okręgów podwodnych). Tego rodzaju zdolnościami dysponują jeszcze tylko Chiny oraz Indie ( i być może Izrael). Francja dysponuje własnym arsenałem jądrowym, odpalanym z okrętów podwodnych lub myśliwców Rafale (pociski manewrujące). Brytyjczycy przenoszą głowice dzięki okrętów podwodnych, ale ich arsenał jest zależny od współpracy z USA. Pakistan z kolei dysponuje lądowymi wyrzutniami, a także nośnikami lotniczymi. Wreszcie Korea Północna dysponuje wyrzutniami lądowymi.

Przy czym istotny jest także zasięg posiadanych pocisków. Ten może być różny. Od międzykontynentalnych pocisków balistycznych (o zasięgu powyżej 5500 km), przez pociski pośredniego (od 3 do 5 tys. km), średniego (od 1 do 3 tys. km) oraz krótkiego zasięgu (do tysiąca km). Tymi o najdalszym zasięgu (ang. skr. ICBM – Intercontinental ballistic missile) nie dysponuje na razie Pakistan (choć realizowane są prace), natomiast Rosja i USA – z uwagi na ograniczenia Traktatu INF, który przestał obowiązywać w 2019 roku – dopiero od niedawna odnawiają arsenał pocisków pośredniego i średniego zasięgu.

Istnieje jeszcze podział na strategiczne i taktyczne zasoby jądrowe, przy czym różnice potencjałów w tym zakresie nie mają wpływu na ogólną ocenę potencjału w stworzonej klasyfikacji.

Wszystko to sprawia, iż w zakresie potencjału nuklearnego potrzebnego do osiągnięcia statusu supermocarstwa (a nie jedynie mocarstwa) tylko USA i Rosja wypełniają niezbędne kryteria.

Nie tylko dysponują bowiem pełną triadą nuklearną oraz technologiami budowy pocisków różnego zasięgu oraz rodzaju, ale przede wszystkim liczebność ich arsenałów znacznie przekracza choćby łączną sumę posiadanych głowic przez całą resztę mocarstw jądrowych. Dysproporcja jest tutaj aż nazbyt wyraźna. Chińczycy – dysponujący triadą – z magazynem liczącym ok. 600 głowic i wolą znacznej rozbudowy potencjału mogą za jakiś czas stać się państwem o potencjale aspirującym do stania się supermocarstwem w tej kategorii. Natomiast by osiągnąć w pełni taki status, musieliby dysponować ilością głowic i nośników porównywalną do obecnego potencjału Rosji lub USA. Póki co, są od tego dość daleko.

POTENCJAŁ MILITARNY

Ocena konwencjonalnego potencjału militarnego zawsze bywa trudna, zwłaszcza, gdy zagłębić się w niuanse i szczegóły. Niemniej, nie ulega wątpliwości, iż oprócz zasobów jądrowych – które stanowią współcześnie bardziej element odstraszania niż walki – potęga militarna ma najważniejsze znaczenie. Bez niej choćby najsilniejsze gospodarczo lub technologicznie państwo jest podatne na agresję lub choćby tylko presję zewnętrzną wynikającą z groźby użycia siły. To również potęga militarna jest jednym z narzędzi tzw. projekcji siły, a więc wywierania presji na innych w celu osiągnięcia celów politycznych. Skoro tak, to siły zbrojne mogą również pełnić rolę narzędzia politycznego służącego do ochrony partnerów lub sojuszników, co buduje zależności polityczne względem gwaranta bezpieczeństwa (podobnie jak w przypadku parasola jądrowego).

Przy czym, jeżeli chodzi o państwa o statusie supermocarstwa, potęga militarna także musi spełniać określone standardy. Być – z jakiś powodów – znacznie większa niż w przypadku zwykłych mocarstw. Stanowić potencjał dający coś „ekstra” w porównaniu z potencjałami innych państw.

Stany Zjednoczone

I tak, Stany Zjednoczone dysponują najliczniejszym, najbardziej zaawansowanym technologicznie, najmocniejszym i najbardziej wszechstronnym lotnictwem na świecie. Podczas, gdy USA budowały pierwsze seryjne myśliwce V generacji już w roku 1997 (F-22), to konkurenci dopiero relatywnie niedawno rozpoczęli przygodę z tego rodzaju maszynami. Amerykanie wyprodukowali już ponad 200 sztuk F-22 oraz ponad 1100 myśliwców F-35. Dodatkowo Amerykanie dysponują flotą bombowców strategicznych – także zbudowanych w technologii stealth – a ponadto wszelkimi innymi zasobami lotniczymi tj.: samoloty szpiegowskie, rozpoznania radarowego, walki elektronicznej, tankowania powietrznego, transportowe, a także maszynami bojowymi mogącymi operować z lotniskowców. Amerykanie posiadają więc najbardziej liczne, kompletne i uniwersalne siły powietrzne, przeznaczone do różnego rodzaju operacji – zwłaszcza ofensywnych.

US Navy jest z kolei niekwestionowanym liderem mórz i oceanów z 11 superlotniskowcami oraz 10 okrętami desantowymi (de facto lotniskowce), licznymi okrętami eskorty, a także najliczniejszą flotą okrętów podwodnych (ok. 70). Także armia lądowa jest liczna (450 tys. żołnierzy w aktywnej służbie, a dodatkowo ponad 300 tys. w Gwardii Narodowej), nowoczesna i dysponująca zaawansowanym sprzętem w dużej liczbie. Co istotne, siły zbrojne USA są doświadczone w boju, a ich sprzęt, procedury itp. zostały sprawdzone w warunkach wojennych. USA posiada ponadto największy potencjał kosmiczny na świecie, jak również jedne z najlepszych wojsk cybernetycznych, które wspierają machinę militarną Pentagonu. Wszystko to sprawia, iż United States Armed Forces uznawane są za najsilniejsze na świecie.

Oczywiście Amerykanie nie są w stanie samodzielnie wygrać wojny przeciwko wszystkim swoim adwersarzom na raz, jednak posiadają potencjał, który zabezpiecza – pod względem konwencjonalnym – terytorium USA przed każdym zbrojnym atakiem, a jednocześnie pozwala prowadzić wojny niemalże bez ograniczeń terytorialnych, w dowolnym zakątku świata z dowolnym przeciwnikiem. Tego rodzaju potencjał jest unikatowy w skali globalnej. Nie sprawia wprawdzie, iż Amerykanie mogliby pokonać wszystkich i w każdych okolicznościach, ale daje możliwość wybrania momentu ewentualnego ataku lub podjęcia decyzji o obronie sojusznika. Z uwagi na to, iż istnieją ograniczenia potęgi militarnej USA, ocena „częściowej dominacji” wydaje się być w pełni adekwatna.

Chińska Republika Ludowa

Potencjał chińskich sił zbrojnych stanowi – póki co – zagadkę. Ostatnim realnym testem zdolności chińskiej armii była wojna z Wietnamem z 1979 roku, a także bitwy z Indiami na kije i kamienie w rejonie Kaszmiru, które miały miejsce jakiś czas temu.

Tym niemniej, Chińczycy dysponują najliczniejszą armią świata (ok. 2 mln żołnierzy w służbie czynnej), a od niedawna także najliczniejszą flotą, która jednak ustępuje tonażem i zdolnościom flocie amerykańskiej. Chiny robią duże postępy na płaszczyźnie technologicznej, jednak wciąż trudno jest ocenić, na ile ich technologie wojskowe doganiają technologicznie amerykańskie uzbrojenie. Z jednej strony ogromna liczebność stanowi problem w kontekście modernizacji sił zbrojnych (duże koszty utrzymania pochłaniają środki na wdrażanie nowinek technicznych). Z drugiej, marynarka wojenna i lotnictwo przewyższają już zdolnościami rosyjskie odpowiedniki. Pytanie, czy modernizacja flot morskich i powietrznych nie odbywa się kosztem inwestowania w siły lądowe?

Chińczycy sporo zainwestowali również w zdolności walki w cyberprzestrzeni, a także zbudowali potencjał kosmiczny, który przewyższa ten rosyjski. Skupili się ponadto na budowie wojsk rakietowych, które z pewnością stanowią istotny czynnik odstraszania – także konwencjonalnego.

Wydaje się, iż w tym momencie to chińskie siły zbrojne są drugą armią świata. Choć nie zostało to w żaden sposób sprawdzone. Z pewnością w wojnie konwencjonalnej Pekin mógłby obronić kraj przed każdym przeciwnikiem, być może choćby przed agresją ze strony Stanów Zjednoczonych – choć tutaj pewności nie ma (pytanie o cele wojenne, uwarunkowania konfliktu etc., bowiem różne okoliczności zwiększałyby szanse jednej lub drugiej strony). Z drugiej strony, Chińczycy nie posiadają zdolności ofensywnych umożliwiających im stworzenie bezpośredniego zagrożenia wobec USA. Innymi słowy, nie tylko wojna obronna, ale choćby wojna napastnicza (np. wobec Tajwanu) mogłaby się skończyć uderzeniami na terytorium chińskim, a Pekin nie miałby możliwości odpowiedzenia Amerykanom tym samym. To kluczowe, ponieważ o ile Amerykanie – operując w czasie ew. konfliktu z terytoriów sojuszniczych – mieliby szansę wyniszczać zaplecze produkcyjno-logistyczne Chin, o tyle Chińczycy nie byliby w stanie zrobić przeciwnikowi dokładnie tego samego. Innymi słowy, popularna dziś teza, iż USA nie są przygotowane do długiej wojny z Chinami jest problematyczna, bowiem im dłużej taki konflikt by trwał, tym amerykańskie zaplecze produkcyjne mogłoby się bardziej rozwinąć (dokładnie jak w wojnie z Japonią), tymczasem Chińczycy wywołując wojnę, musieliby się liczyć z możliwością redukcji ich potencjału własnego.

Ponadto z pewnością słabością chińskiej armii jest brak doświadczenia. Bo nawet, jeżeli posiada ona nowoczesną technikę, to nie ma pewności, iż potrafi adekwatnie i skutecznie jej używać.

Chińczycy mają ponadto inny poważny problem. Nie są w stanie używać armii jako narzędzia politycznego dalej, niż w bezpośrednim sąsiedztwie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, Chiny – w odróżnieniu od USA – posiadają potężnych sąsiadów. Rosję oraz Indie na lądzie, a dodatkowo nieustępliwy i trudnodostępny Wietnam. Na morzu z kolei, chińska flota ograniczana jest przez zdolności Japonii, Korei Południowej, Tajwanu oraz ich sojusznika – Stanów Zjednoczonych. W przypadku ewentualnego konfliktu, niewykluczone, iż chińskie lotniskowce bałyby się wyjścia z portów. Mogłyby bowiem zostać łatwo zatopione czy to dzięki wrogiego lotnictwa, okrętów podwodnych czy choćby wyrzutni pocisków przeciwokrętowych rozmieszczonych w tzw. pierwszym łańcuchu wysp.

Innymi słowy, druga armia świata – jak dotychczas – jest uwięziona w chińskich granicach. W konsekwencji nie stanowi narzędzia projekcji siły w innych rejonach świata. Wynika to jednak z geopolitycznych uwarunkowań, a nie samego potencjału militarnego, więc ten przy ocenie: „armia liczna, ale niesprawdzona” spełnia cechę dla supermocarstw.

Federacja Rosyjska

Rosyjska armia otrzymuje brutalną lekcję w wojnie na Ukrainie. Tym niemniej, wciąż jest ona liczna (ponad milion żołnierzy w służbie), wspierana licznym – choć średniej jakości – lotnictwem, a także dość rozbudowanymi wojskami cyber oraz bardzo ograniczonymi zdolnościami kosmicznymi. Tym niemniej, konwencjonalne rosyjskie siły zbrojne wciąż stanowią zagrożenie dla otoczenia. W Azji Centralnej, na Kaukazie i w Europie. Zwłaszcza, iż Rosjanie nabyli doświadczenia w walce, przetrwali słabe momenty i wykazują się dużą determinacją w prowadzeniu konfliktu. Niewątpliwie ich siły zbrojne udowodniły, iż są zdolne do prowadzenia długiej, wyczerpującej wojny, a to właśnie ten atut czyni z nich zagrożenie dla bardziej zaawansowanych technologicznie europejskich armii. Z oceną „znaczny liczebnie, ale średniej jakości” potencjał zbrojny Federacji Rosyjskiej – być może nieco nad wyrost – ale można uznać za wystarczający dla supermocarstwa. Wydaje się być on zdolny do obrony kraju (a przynajmniej do odstraszania), a jednocześnie stanowi narzędzie presji politycznej w kilku pobliskich regionach.

POTENCJAŁ POLITYCZNY

Historia wielokrotnie udowodniła, iż dysponowanie choćby najpotężniejszą armią świata nie gwarantuje wojennego zwycięstwa. Zwłaszcza, jeżeli prowadzi się konflikt przeciwko całej grupie wpierających się przeciwników. Potencjał do budowania i utrzymywania sojuszy jest nie do przecenienia, jeżeli chodzi o oddziaływanie na arenie międzynarodowej. To silne sojusze zadecydowały o wynikach obu wojen światowych. To istnienie sojuszy wielokrotnie sprawiało, iż wojny w ogóle nie wybuchały. Z tych powodów potencjał polityczny powinien stanowić kryterium zaliczające dane państwo do supermocarstw.

Stany Zjednoczone

Amerykanie przez ponad wiek budowali swoją pozycję na arenie międzynarodowej. I posiadają największą i najbardziej rozbudowaną sieć sojuszy militarnych i politycznych na świecie. Są liderem NATO, które zrzesza 32 państwa z regionu atlantyckiego (Europa + Kanada i USA). Oprócz tego posiadają bilateralny sojusz z Kanadą (NORAD), traktat bezpieczeństwa z Australią i Nową Zelandią (NZUS), a także dwustronne sojusze z: Japonią, Koreą Południową oraz Australią.

Stany Zjednoczone bardzo blisko współpracują ponadto z Izraelem, Arabią Saudyjską, Maroko czy Egiptem, a ich sieć wpływów i różnego rodzaju ramy współpracy obejmują wiele innych państw z najbardziej kluczowych regionów na Świecie.

Nie oznacza to, iż wszystkie te sojusze i wpływy nie posiadają wad lub ograniczeń. Amerykanie nie związali ze sobą całego globu, jednakże nie istnieje w tej chwili drugie, tak silne politycznie państwo. Ocena „częściowa dominacja” ma odwzorowywać ograniczenia polityki zagranicznej USA, natomiast należy pamiętać, iż siła Waszyngtonu na arenie międzynarodowej jest największa i w sposób zdecydowany dystansuje pozostałych pretendentów do statusu supermocarstwa.

Nie można oczywiście zignorować faktu, iż metody prowadzenia polityki zagranicznej przez Donalda Trumpa mocno uderzają w wiarygodność USA. Co osłabia więzi i zaufanie sojusznicze. Niemniej, traktaty wciąż istnieją, obowiązują, a gdyby ktokolwiek z sojuszników amerykańskich został zaatakowany przez Rosje lub Chiny, to – choćby pomimo wielkiej niechęci do Trumpa – i tak ostatecznie zwróciłby się o pomoc do Waszyngtonu. Wszyscy mają tego świadomość, bowiem ani Europa nie ma na dzień dzisiejszy odpowiedniego potencjału odstraszającego Rosję (głównie jądrowego), ani także sojusznicy z USA na Dalekim Wschodzie w kontekście zagrożenia chińskiego.

W tym kontekście – póki co – Amerykanie mogą być spokojni o swoją sieć sojuszy, bowiem to głównie oni decydują, czy ona istnieje czy też nie. Reszta państw jest w tym zakresie uzależniona od USA. Działania Donalda Trumpa – np. w sprawie Grenlandii – choć osłabiają wzajemne zaufanie wewnątrz sojuszu, to jednak udowodniły, iż sojusze te są w stanie przetrwać choćby pomimo tak mocnego podważania wiarygodności USA. Co paradoksalnie świadczy o politycznej sile USA.

Chińska Republika Ludowa

W przypadku Chin nie tylko nie możemy mówić o istnieniu chińskiej sieci sojuszy, ale nie można choćby wskazać jednego formalnego sojusznika Pekinu… Chińczycy stawiają na strategiczne partnerstwa, co z jednej strony nie zobowiązuje ich do obrony kogokolwiek, ale z drugiej, nie daje także żadnych pewnych gwarancji pomocy. Przy czym owe strategiczne partnerstwa są również nieliczne. Do państw ściśle współpracujących z Chinami z pewnością należy zaliczyć:

  1. Koreę Północną, choć w tym przypadku Kim Dzong Un coraz bardziej zaczyna orientować się na Federację Rosyjską,
  2. Federację Rosyjską, przy czym partnerstwo to jest mocno umowne, a kooperacja – zwłaszcza na płaszczyźnie polityczno-militarnej – funkcjonuje w ograniczony sposób. Chiny nie mają żadnych gwarancji bezpieczeństwa od Rosji, ani zapewnienia o rozciągnięciu płaszcza nuklearnego. Obie strony traktują się raczej jako nieufni sobie konkurenci, którzy są zmuszeni do współpracy przeciwko wspólnemu zagrożeniu (USA).
  3. Pakistan, który wciąż jednak nie unika flirtowania z Waszyngtonem z uwagi na swoje ekonomiczne i polityczne uwarunkowania.

Ponadto Chińczycy od dwóch dekad starają się zbudować sieć zależności ekonomicznych, wykorzystując swoją pozycję zwłaszcza względem słabszych państw. Jednakże kwestie finansowe i gospodarcze schodzą na drugi plan, gdy priorytetem staje się bezpieczeństwo. Ponadto mocno agresywna polityka Chin zraziła już niejednego partnera. Co więcej, właśnie taka postawa – na płaszczyźnie bezpieczeństwa – wpycha państwa regionu w coraz głębszą zależność od Stanów Zjednoczonych.

Z tych względów, ocena chińskiej siły politycznej nie może być pozytywna w kontekście spełniania cechy supermocarstwa.

Federacja Rosyjska

Dawniej Związek Sowiecki podporządkował sobie siłą cały Blok Wschodni. Dziś, nie pozostało po tym ostatnim ani śladu. Jedynym pewnym sojusznikiem Rosji jest Białoruś. Oczywiście istnieje jeszcze OUBZ do którego oprócz Rosji i Białorusi należą także państwa Azji Centralnej (Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan), ale postawa Kazachstanu nie jest do końca pewna, a Kirgistan i Tadżykistan to państwa zależne od pomocy Moskwy, a nie realni sojusznicy dysponujący jakimkolwiek potencjałem. Organizację opuściły: Azerbejdżan, Gruzja, Uzbekistan, a Armenia zawiesiła w niej swoje uczestnictwo.

Oprócz tego Rosjanie trzymają bliskie relacje z Chinami, z Iranem, Serbią, a ostatnio podpisali sojusz z Koreą Północą. Współpracują w ograniczonych wymiarach z Indiami, Kubą, Wenezuelą (?), a także Węgrami. Rosjanie starają się także oddziaływać w Afryce, jednakże nie można powiedzieć by mieli tam sojuszników i partnerów.

Uwiązanie się Rosji w wojnę na Ukrainie kompletnie osłabiło Moskwę na innych kierunkach. Z pewnością posypała im się w ostatnich latach cała architektura wpływów w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Osłabli na Kaukazie, a także w Azji Centralnej. Przy czym główny przeciwnik – NATO – rozszerzyło się o Szwecję i Finlandię stwarzając Rosjanom nowe dylematy bezpieczeństwa.

Oczywiście, iż kooperacja na linii Moskwa – Pekin jest istotna, jednakże z perspektywy strategicznej nie daje Rosji żadnych gwarancji bezpieczeństwa, a stanowi źródło coraz większych obaw i uzależnienia ekonomicznego Rosji od Chin. Z drugiej strony, Rosja także nie oferuje Chinom żadnych pewnych i stalowych gwarancji. Co więcej, choćby gdyby ich udzieliła, to na płaszczyźnie konwencjonalnej Rosjanie – z uwagi na wyzwania w Europie – nie byliby w stanie pomóc Chińczykom w jakikolwiek znaczący sposób. Wątpliwym jest też, by poszli na wyniszczającą wojnę nuklearną z USA w obronie Chin.

Mało tego, kooperacja – a raczej zależność od Chin, krępuje Rosjanom ręce. Bowiem gdy Putin chciał straszyć użyciem broni jądrowej na Ukrainie, to właśnie Pekin był tą stolicą, która odwiodła Moskwę od takiego pomysłu.

Mając to na uwadze, także i w tym przypadku nie mamy do czynienia z politycznym supermocarstwem, a co najwyżej z mocarstwem o ograniczonej – wciąż zmniejszającej się – strefie wpływów i możliwościach.

POTENCJAŁ FINANSOWY

Istnieje pogląd, iż płaszczyzna finansów nie wydaje się być wystarczająco istotna, by stanowić samodzielne kryterium tego, czy państwo zalicza się, czy się nie zalicza do supermocarstw. Jednak wskazać należy, iż to właśnie ta kwestia decyduje o skuteczności wielu sankcji. Kontrola transakcji płatniczych stanowi potężne narzędzie, w kontekście stosowania blokad i sankcji handlowych. A umiędzynaradawianie własnej waluty buduje sieć zależności, która sprawia, iż powyższa kontrola rośnie. Można oczywiście podnosić, iż cecha finansowa stworzona została tylko i wyłącznie na potrzeby USA, bowiem tylko Stany Zjednoczone mogą tutaj zdobyć punkty, co rzeczywiście jest prawdą. Jednakże nie sposób ignorować tego, iż to właśnie płaszczyzna finansowa daje Waszyngtonowi „ekstra” zdolności, których nie posiadają inni. choćby jeżeli dysponują potężnymi gospodarkami (jak Chiny). Jednocześnie zdolności te – możliwość egzekwowania nałożonych politycznie sankcji – są znaczące i stanowią obiekt pożądania innych mocarstw. Nie bez powodu zwiększenia zasięgu swojej waluty próbowali Rosjanie (uzależniając w pewnym momencie zakup rosyjskiej ropy od płatności w rublach), a wciąż robią to Chińczycy. Nie można w tym wszystkim pominąć euro, czyli waluty wspólnej stworzonej dla sporego regionu (strefa euro w UE), która buduje większą niezależność finansową części państw europejskich od globalnych konkurentów. Z tych powodów sfera finansowa znalazła się w zestawieniu, jako odrębna kategoria.

Stany Zjednoczone

USA posiadają wszystkie możliwe globalne przewagi na płaszczyźnie finansowej. Dolar stanowi blisko 60% rezerw walutowych wszystkich światowych banków centralnych. Co stanowi trzykrotność udziału wicelidera, czyli waluty euro. Blisko połowa międzynarodowych płatności odbywa się właśnie w usd (faktury wystawiane w dolarach), a dolar uczestniczy w ponad 90% międzynarodowych transakcji walutowych. Dolar to globalna waluta, której jedynym emitentem jest amerykański bank centralny (FED). Fakt ten nie tylko uzależnił świat – ład handlowy i rezerwy – od amerykańskiej waluty, ale i także dał Amerykanom do ręki potężne narzędzia globalnej kontroli transakcji międzynarodowych.

Kontrola ta sprawowana jest pośrednio przez kilka instytucji. Stany Zjednoczone zarządzają systemem CHIPS (Clearing House Interbank Payments System), który rozlicza duże transakcje dolarowe. Mają także olbrzymi wpływ na system SWIFT, który umożliwia realizację międzynarodowych płatności. Wykluczenie ze SWIFT zostało zastosowane wobec Iranu (2012 i 2018), Korei Północnej (2017), a także Rosji po 2022 roku.

Dolar pełni unikalną w skali światowej rolę globalnej waluty, co daje amerykańskim instytucjom możliwości, którymi nie dysponuje nikt inny. Amerykanie mogą dzięki temu starać się kontrolować międzynarodowe przepływy finansowe, co w razie potrzeby ułatwia egzekwowanie nałożonych przez USA sankcji. Stanowi więc narzędzie realizacji woli politycznej, a także umożliwia wywieranie presji na państwach trzecich. Ten istotny i wyjątkowy atut sprawia, iż Stany Zjednoczone są finansowym supermocarstwem.

Nie zmienia tego fakt, iż zadłużenie sektora publicznego w USA względem PKB wyniosło ok. 124% (około 1/4 długu to zadłużenie zagraniczne), a sektora prywatnego dodatkowe ok. 140% PKB. Warto w tym wszystkim pamiętać, iż współczesny pieniądz jest długiem. Tymczasem, gdy Amerykanie drukują (poprzez QE albo kredyty) to drukują nie tylko na potrzeby własnego, ale na rzecz globalnego rynku. Bowiem dolarami posługuje się cały świat. Warto także odnotować, iż Amerykanie posiadają największe rezerwy złota na świecie (ponad 8 tys. ton).

Chińska Republika Ludowa

Chiński juan z 2% udziałem w światowych rezerwach walutowych nie jest potęgą. Ustępuje pod tym względem choćby funtowi szterlingowi, a także japońskiemu jenowi. Chiny – jak niemal każde inne państwo – są zależne od dolara. Chińczycy godzili się np. na stosowanie amerykańskich sankcji finansowych wobec Iranu. Było to podyktowane faktem, iż złamanie tychże restrykcji wiązałoby się z olbrzymimi karami dla chińskich banków. Karami, które łatwo mogłyby zostać wyegzekwowane, bowiem także chińskie banki korzystają z amerykańskich systemów wymiany dolara. Także z tego ostatniego powodu, Chińczycy musieli zrezygnować z transakcji dolarowych w relacjach z Rosją. Nie wynikało to z chęci uderzenia w dolara i budowy jakiegoś wielkiego finansowego konsorcjum z Rosją, a z faktu, iż Pekin musiał unikać sytuacji, w której dolary byłyby choćby pośrednikiem w transakcjach. To bowiem skutkowałoby reperkusjami ze strony USA.

Kilka lat temu wielu ekspertów wskazywało, iż posiadanie przez Chiny olbrzymiej ilości dolarów i obligacji w rezerwach banku centralnego stanowi ich atut przeciwko Stanom Zjednoczonym. W 2022 udział amerykańskiej waluty i obligacji w chińskich rezerwach wynosił niemal 2/3. Na stan z 2025 roku nie znamy tej proporcji, choć mówi się o tym, iż Chińczycy ograniczają ilość dolarów i amerykańskich obligacji. Dzieje się tak być może dlatego, iż z tak ogromną ilością dolarów w rezerwach, Chińczycy są także zależni od wartości tejże waluty. Gdyby amerykański dolar upadł, Pekin straciłby lwią część zabezpieczenia, co w zasadzie musiałoby skutkować także ogromną dewaluacją – jeżeli nie upadkiem – juana. Zwłaszcza, gdyby Amerykanie stwierdzili, iż nie spłacą swoich zobowiązań i nie wykupią obligacji (która to groźba już raz w ustach Donalda Trumpa wybrzmiała).

Kolejnym chińskim problemem jest to, iż Chiny do niedawna udzielały ogromnych pożyczek państwom, których wypłacalność jest problematyczna. Co istotne, pożyczek tych często udzielano w… dolarach. Innymi słowy, gdyby nastąpiła gwałtowna dewaluacja dolara, wówczas Chiny – jako wierzyciel – poniosłyby z tegoż tytułu dodatkowe, ogromne straty.

Tak więc chińskie finanse nie przetrwałyby dziś bez dolara. Jednak z drugiej strony, gdyby chińska waluta z dnia na dzień zniknęła, wówczas moglibyśmy tego choćby nie zauważyć. To powoduje, iż Chińczycy – choćby pomimo chęci – nie mogą w tej chwili za bardzo atakować dolara, ponieważ uderzaliby także w podstawy swoich finansów. To mocno krępuje ręce władzom z Pekinu.

Fakt, iż Chińczycy stworzyli własny system rozliczeń transgranicznych w juanie, a także to, iż posiadają porównywalną ilość złota co Rosjanie, nie mogą zmienić negatywnej oceny Chin, w kontekście wypełnienia cech supermocarstwa na płaszczyźnie finansów. Bowiem chiński juan jest odpowiedzialny za jedynie ok. 3% globalnych płatności, a chińskie finanse nie dają Pekinowi żadnych unikalnych – w skali globalnej – zdolności. Dodatkowo warto pamiętać o tym, iż chiński dług publiczny regularnie rośnie i w 2025 roku osiągnął poziom ok. 96% PKB, ale to nie on jest tutaj problemem. Tym jest ogromne zadłużenie sektora prywatnego wynoszące ok. 200% chińskiego PKB. Co istotne blisko połowa tego długu została zaciągnięta w walucie obcej. Głównie w dolarach (blisko 80% udział oraz ok. 8% w euro)… Innymi słowy, chiński sektor prywatny musi spłacać zagraniczne długi w obcej walucie, które pozyskuje głównie z… eksportu. Ewentualny spadek poziomu eksportu, to spadek wpływów w walutach obcych, co może grozić niewypłacalnością. To ogromny problem chińskiego sektora prywatnego, o którym głośno się nie mówi, a który jest bardzo czuły na amerykańskie cła i sankcje.

Federacja Rosyjska

W przypadku Rosji, czyniąc długi wywód krótkim. Rubel to waluta śmieciowa, którą nikt na świecie płacić nie chce, a tym bardziej nikt nie zamierza jej gromadzić. choćby partnerzy Rosji wymusili na niej rozliczanie się za rosyjską ropę we własnych, lokalnych walutach (vide Chiny i na pewien czas Indie). Fakt, iż Rosjanie stworzyli własny system rozliczania transakcji rublowych (SPFS) niczego tutaj nie zmienia. Stanowi on jedynie narzędzie do obchodzenia amerykańskich sankcji, ale wykorzystywany jest w bardzo ograniczonym zakresie, choćby przy transakcjach z partnerami. Przede wszystkim dlatego, iż nikt nie chce przyjmować od Rosji zapłaty w rublach, a tym samym, ilość rubli poza rosyjskim rynkiem jest niewielka. W konsekwencji transakcji rublowych nie ma wiele, a tylko w takich SPFS jest przydatny. Innymi słowy, Rosja nie ma żadnych finansowych możliwości nacisku na kogokolwiek. Przeciwnie, sama jest przedmiotem takiej presji i to choćby ze strony swoich strategicznych partnerów. Rosja to finansowy karzeł, którego wsadzono do zardzewiałego, olbrzymiego golema po to, by nim sterować.

Jedynym pozytywem (?) w tym względzie jest fakt, iż władze z Moskwy nigdy nie były zwolennikiem rozwoju państwa w oparciu o mechanizmy pieniądza fiducjarnego (aktualne zadłużenie publiczne nie przekracza 20% PKB). Co z jednej strony nie dawało Federacji Rosyjskiej takiego impulsu wzrostowego jak w przypadku USA czy zwłaszcza Chin, ale z drugiej, chyba tylko dzięki temu Rosja jest w stanie prowadzić wojnę. Bowiem zależność od zagranicznego kapitału w obecnej sytuacji byłaby dla rosyjskich finansów zabójcza. Rosjanie posiadają ponadto w rezerwach ponad 2300 ton złota. Przynajmniej oficjalnie, bowiem nie wiadomo, ile tego złota ubyło w czasie trwającej wojny. Nie jest to jednak czynnik, który mógłby zmienić ocenę Rosji na płaszczyźnie finansowej.

POTENCJAŁ GOSPODARCZY

Nie ulega wątpliwości, iż potęga militarna, nuklearna, a choćby technologiczna czy polityczna są wypadkową potęgi gospodarczej. Sama gospodarka ani nie walczy, ani nie rozwija technologii, jak również nie prowadzi polityki zagranicznej. Jednak to na niej ciąży odpowiedzialność za utrzymanie odpowiedniej armii, stworzenie warunków do innowacyjności, a także daje argumenty w prowadzeniu polityki. W ramach opisywanej kategorii został zawarty także potencjał populacji, bowiem sam w sobie byłby czynnikiem zbyt mało istotnym w kontekście kwalifikacji państwa do supermocarstw (przykładem Indonezja, Nigeria czy Bangladesz, których olbrzymie populacje nie przekładają się na siłę państwa). To właśnie kompilacja ludzi, ich potencjału i liczebności z efektywnością gospodarczą stanowią komplementarny zasób.

Stany Zjednoczone

Amerykańskie społeczeństwo jest trzecim najliczniejszym na świecie z ok. 340 milionami mieszkańców, którzy wytwarzają największe PKB na świecie (ok. 31 bln usd – 2025). Dzięki ogromnej gospodarce, Amerykanie mogą przeznaczać największe środki na zbrojenia, co wpływa na ich potęgę militarną i nuklearną.

Na jednego Amerykanina przypadło w 2024 roku blisko 86 tys. dolarów (PKB per capita, PPP), co stanowiło ponad trzykrotność wyniku Chin (27 tys. $ na głowę, przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej pieniądza) i blisko dwukrotność wskaźnika rosyjskiego (ok. 47 tys. usd). Między innymi dzięki temu USA są też największym globalnym importerem, który zasysa z globalnego rynku towary o wartości ok. 3,5 bln dolarów rocznie. Przy czym sporą część importu to dobra konsumpcyjne (surowce odpowiadają za ok. 7-8% wartości importu). To sprawia, iż amerykański rynek jest najbardziej chłonnym, a więc i najbardziej pożądanym rynkiem zbytu na świecie (patrząc jednostkowo na państwa, a drugim największym po UE). USA od dekad notuje potężny deficyt handlowy, a ponieważ Amerykanie zawsze płacili w dolarach, to fakt ten zwiększał ilość dolara w światowym krwioobiegu i rezerwach walutowych. Co z kolei służyło amerykańskim wpływom finansowym. Dostęp do amerykańskiego rynku jest także argumentem na płaszczyźnie politycznej, co dało się odczuć zwłaszcza w 2025 roku, kiedy to prezydent Donald Trump postanowił używać tego lewara do negocjowania umów handlowych.

Niewątpliwie, trzecia największa populacja, największa gospodarka, a także najbardziej chłonny rynek na świecie czynią z USA światowe supermocarstwo. Oczywiście, iż USA ma swoje problemy i wyzwania, jednakże ich potencjał gospodarczy daje im unikalne zdolności, co zostało udowodnione przez administrację Donalda Trumpa. Żadne inne państwo na świecie nie mogłoby wydać wojny celnej wszystkim innym i ją w większości wypadków wygrać. Stany Zjednoczone osiągnęły cele w tym zakresie, dokonując wielkiego przemeblowania w globalnym systemie handlowym, co należy uznać za bezprecedensowe w XXI wieku i porównywalne do polityki R. Nixona, który w 1971 roku zakończył wymienialność dolara na złoto.

Chińska Republika Ludowa

Chiny zamieszkuje oficjalnie ok. 1,4 miliarda ludzi (druga populacja na Ziemi), choć liczba ta może być mniejsza z uwagi na niepewność danych. Przy czym Chińczycy wytwarzają drugie największe PKB (niecałe 20 bln usd) i posiadają drugi najbardziej chłonny rynek (wart. Importu 2,6 bln dolarów). Przy czym za aż 30% wartości importu odpowiadają surowce, w tym energetyczne, a także rudy, żużel i popiół. Trzeba także pamiętać, iż działa tutaj efekt skali (liczebność), a nie dobrobytu, który to jest widoczny głównie na wybrzeżu kraju i równoważy ubóstwo w zachodnich regionach Chin.

To co jest siłą chińskiej gospodarki, to produkcja i eksport. Wartość tego ostatniego wyniosła w 2024 roku 3,6 biliona dolarów, dając ostatecznie nadwyżkę handlową w sumie blisko jednego biliona dolarów. Chiny na wielu płaszczyznach uzależniły świat od własnej produkcji, co niewątpliwie stanowi ich siłę oraz ewentualne narzędzie do wywierania presji. Niemniej, póki sprzedawane towary nie posiadają unikatowych w skali globalnych technologii – a więc póki Chiny nie mają monopolu technologicznego w wybranych dziedzinach – to odcinanie odbiorców od chińskich produktów byłoby samobójcze. Bowiem dwa największe rynki zbytu – amerykański i europejski – są w stanie w policzalnym czasie same dostarczyć określonych towarów swoim konkurentom, lub przenieść produkcję w inne regiony świata (np. do Indii). A ponieważ chiński rynek wciąż nie jest w stanie zastąpić odbiorców zewnętrznych, to radykalny spadek eksportu zdewastowałby chińską produkcję, a tym samym zwiększył bezrobocie i zniwelował rodzimą konsumpcję napędzając spiralę gospodarczego krachu.

W konsekwencji, Chiny zdają sobie sprawę z tego, iż muszą stać się technologicznym liderem, inaczej kwestią czasu jest, by w reakcji na politykę Pekinu, świat zaczął ograniczać import z Chin. Prowadząc do problemów gospodarczych Państwa Środka.

Pomimo tego, drugie najliczniejsze społeczeństwo, generujące drugą największą gospodarkę świata, której rynek jest największym globalnym producentem i eksporterem (unikalna cecha) zasługuje na status supermocarstwa gospodarczego.

Federacja Rosyjska

W przypadku Rosji nie trzeba się długo rozpisywać. Państwo „stacja benzynowa” zamieszkiwana przez ok. 143 mln mieszkańców przy PKB na poziomie 2,5 bln dolarów odpowiada wielkością 59 milionowej gospodarce Włoch. Wartość rosyjskiego importu jest mniejsza niż w przypadku 36 milionowej Polski. Eksport sprowadza się głównie do surowców, bowiem Rosjanie nie są w stanie wytworzyć niczego, czego pożądaliby zagraniczni konsumenci (do niedawna wyjątkiem był sektor uzbrojenia). choćby w handlu bronią Rosja – niegdysiejsza potęga – skarłowaciała, bowiem przemysł pracuje głównie na potrzeby wojny. Rok 2025 może być dopiero pierwszym, w którym PKB Rosji przekroczy wielkość z roku 2013 (sprzed inwazji na Ukrainę). Co oznacza, iż Rosjanie po 12 latach wojny znaleźli się na powrót w punkcie wyjścia. Gdy świat gnał dalej. Jednocześnie wskazać należy, iż rosyjskie PKB napędzane jest produkcją niszczonego na Ukrainie sprzętu. Kompetencje w przemyśle zbrojeniowym są ważne, zwłaszcza w trakcie wojny, jednak w sytuacji, gdy rosyjska gospodarka musiałaby wrócić w tryby pokojowe, zderzyłaby się z twardą rzeczywistością zapóźnienia i niedoinwestowania sektora prywatnego.

Z uwagi na liczną populację dającą efekt skali, a także dochody ze sprzedaży węglowodorów, Rosja wciąż może być kwalifikowana co najwyżej jako mocarstwo gospodarcze, ale z pewnością nie jako supermocarstwo. Zwłaszcza, iż Rosja de facto nie jest już do niczego niezbędna w skali globalnej. Ani do produkcji – choćby surowców energetycznych – ani konsumpcji, ani w zakresie współpracy technologicznej. Ci, którzy współpracują z Rosją (Indie, Chiny) są zainteresowani głównie wyciśnięcie z niej wszystkiego, co się da z uwagi na jej trudną sytuację polityczną (trwająca wojna i nałożone sankcje).

POTENCJAŁ TECHNOLOGICZNY

Sfera innowacji i technologii jest kluczową, która współdecyduje o sile gospodarki, potencjału militarnego (w tym jądrowego), energetycznego czy choćby w temacie wydobycia i produkcji surowców. Wyścig technologiczny jest tym, który decydował i wciąż decyduje o tym, czy dane mocarstwo utrzyma swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Ważne są tu nie tylko zasoby intelektualne (kadrowe), ale i także przemysłowe czy w sferze cyfrowej.

Stany Zjednoczone

Amerykanie wciąż są niekwestionowanym liderem technologii, choć wielu komentatorów wskazuje, iż dawno ustąpili Chińczykom. Tak nie jest. Stany Zjednoczone i ich firmy technologiczne dominują lub przewodzą m.in:

  1. w technologiach kosmicznych i posiadają jedyne dwie firmy na świecie, które używają rakiet wielokrotnego użytku (SpaceX oraz Blue Origin). To firma Elona Muska wprowadziła też do masowego użytku Starlinki, dające dostęp do satelitarnej sieci internetowej, Stany Zjednoczone posiadają najbardziej rozbudowaną sieć satelitów cywilnych i wojskowych, które od dekad wpięte są w różnego rodzaju systemy zarządzania,
  2. w rozwoju sztucznej inteligencji (OPENAI, Google, X, etc),
  3. w projektowaniu najbardziej zaawansowanych chipów graficznych i CPU (NVIDIA, Intel, AMD),
  4. w biotechnologii, gdzie królują amerykańskie koncerny farmaceutyczne i ich przewaga technologiczna objawiła się między innymi w czasie COVID-19, bowiem to Pfizer, J&J czy Moderna były w stanie najszybciej dostarczyć szczepionki, podczas gdy Chińczycy musieli zdać się na tradycyjną metodę restrykcyjnej izolacji społeczeństwa,
  5. w technologiach wydobywczych, przykładem może być tzw. rewolucja łupkowa, w czasie której dzięki opracowaniu i wdrożeniu nowej technologii wydobycia gazu i ropy, USA stały się największym producentem surowców energetycznych na świecie,
  6. w technologiach militarnych, dzięki czemu USA dysponują najnowocześniejszymi okrętami, samolotami i śmigłowcami bojowymi, a także wozami bojowymi, obroną powietrzną etc. (Lockheed Martin, RTX, Northrop Grumman, General Dynamcs, Boeing, a także są największym eksporterem uzbrojenia na świecie.

Oprócz tego, Stany Zjednoczone bardzo gwałtownie nadrobiły straty do Chin, w kwestii samochodów elektrycznych, technologii kwantowych, a wreszcie rozbudowy sieci 5G – które to technologie wskazywano jako płaszczyzny chińskich przewag.

USA nie tylko przewodzą w nowoczesnych technologiach, ale i także często są najbardziej efektywne we wdrażaniu i czerpaniu z nich korzyści. Co wynika z dekad doświadczeń i ewolucji własnych technologii. Ocena częściowej dominacji technologicznej – bowiem nie istnieje tutaj zjawisko przepaści pomiędzy USA a np. Chinami czy Europą – wydaje się być jak najbardziej uprawniona. Nie można bowiem jednoznacznie wskazać innego państwa, które górowałoby nad USA technologią, jednak Stany Zjednoczone też nie są technologicznym monopolistą, a w wyścigu technologicznym sytuacja może się w krótkim czasie zmienić.

Chińska Republika Ludowa

Choć dyskusja o chińskim rozwoju technologicznym nie ustaje, a wielu zachwyca się liczbą składanych przez chińskie firmy patentów, to trudno jest wskazać choćby jedną kluczową dziedzinę technologiczną, w której Chińczycy w sposób jednoznaczny górowaliby nie tylko nad USA, ale i choćby nad Europą. Chińska przewaga wciąż polega głównie na masowej, tańszej produkcji, która jest bardziej konkurencyjna na rynku, ale nie stanowi technologicznych zagadek dla Zachodu. Chińczycy robią więcej, szybciej, taniej i czasem lepiej, ale niekoniecznie w sposób bardziej zaawansowany technologicznie. Tak więc niewątpliwie posiadają przewagę przemysłową, ale nie oznacza to automatycznie wyższości chińskich produktów na płaszczyźnie jakościowej czy technologicznej. Choć Chiny zrobiły w tym względzie ogromne postępy i upowszechniają w swojej gospodarce nowe rozwiązania niezwykle szybko.

Państwo Środka jest niewątpliwie technologicznym mocarstwem, bowiem na wielu płaszczyznach osiągnęło wysoki poziom i sporą niezależność. Jednak o ile powszechnym stał się argument, iż bez chińskiej produkcji, świat miałby dzisiaj problem (przynajmniej jakiś czas), o tyle nie można powiedzieć, iż bez chińskich technologii rozwój ludzkości by spowolnił. Jest odwrotnie, wciąż to Chińczycy gonią, a nie nadają tempo postępu. To się może oczywiście zmienić choćby w perspektywie kilku lat, niemniej na dziś, ocena średnia (postępująca) wydaje się być jak najbardziej zasadna choćby w kontekście tego, iż w sytuacji ograniczenia przez USA dostępu do nowoczesnych chipów dla Chin, Chińczycy nie byli w stanie odpowiedzieć Amerykanom w sposób symetryczny (także wstrzymując dostęp do jakiejś technologii). Zamiast tego, użyli narzędzia związanego z dostępem do metali ziem rzadkich. Co dowodzi, iż Chińczycy nie posiadają jeszcze kontroli nad żadną technologią, która byłaby potrzebna Zachodowi, a której Zachód nie posiada. Na płaszczyźnie technologicznej, nie mają niczego „ekstra”, co dawałoby podstawy do określenia Chin mianem technologicznego supermocarstwa.

Federacja Rosyjska

Jak wyglądają nowoczesne technologie z Rosji, każdy widzi. Choćby na wojnie na Ukrainie, na której rosyjska armia wykonała technologicznego postępu (dronizacja) dzięki… Iranowi. Ten sam nie należy do technologicznych potentatów. Rosyjska „myśl” techniczna zawsze przebijała się najpierw do armii, a dopiero później – ewentualnie – do sektora prywatnego. Na przykładzie sił zbrojnych można więc łatwo zweryfikować rosyjskie technologie. Tutaj króluje nowoczesny system „aktywnej” obrony wozów bojowych polegający na dospawaniu siatek i konstrukcji „jeży”. Rosyjska armia na wielu płaszczyznach ulega lub już uległa degradacji technologicznej. A to czym Rosjanie dysponowali nie powalało nikogo na kolana. Rozwój widać na pojedynczych kierunkach, np. w systemach rakietowych. Z kolei rosyjska gospodarka nie dostarczyła dotąd na globalny rynek żadnego wartościowego technologicznie produktu, który byłby nowoczesny i pożądany. I już długo nie dostarczy, bowiem lata izolacji i funkcjonowania w warunkach sankcji, jak również konfliktu zbrojnego sprawiają, iż rosyjski sektor prywatny umiera. Kosmiczny skarłowaciał. Z kolei wojskowy walczy o utrzymanie dotychczasowych zdolności.

W technologicznym wyścigu, Rosjanie się praktycznie nie liczą. Są nie tylko daleko za Amerykanami i Europejczykami, ale i ulegli Chińczykom. Ci ostatni – bazując często na starszych rosyjskich konstrukcjach – zbudowali nowocześniejsze siły powietrzne i marynarkę wojenną niż Rosjanie. Bez zachodnich technologii, Rosjanie nie byli w stanie rozwijać swojego strategicznie kluczowego sektora energetycznego. Jeszcze przed wojną, także na europejskich technologiach opierali wiele własnych systemów uzbrojenia. Po nałożeniu sankcji, nie byli w stanie wypełnić powstałych luk dzięki własnych technologii.

POTENCJAŁ PRZEMYSŁOWY

Poziom uprzemysłowienia państwa jest tym ważniejszy, im mniej stabilny jest polityczny układ globalny. Bowiem to na tej płaszczyźnie decyduje się to, na ile dane państwo jest niezależne od globalnego łańcucha dostaw, samowystarczalne produkcyjnie, a więc i zdolne do obsługiwania własnej gospodarki, ale i także machiny wojennej. Skala produkcji i jej różnorodność mają wówczas ogromne znaczenie.

Stany Zjednoczone

Z pewnością ogłoszenie przez niektórych publicystów śmierci amerykańskiego przemysłu jest przedwczesne. Przede wszystkim dlatego, iż USA to wciąż drugi największy producent na świecie (z udziałem ok. 17% w wartości produkcji światowej). Amerykański sektor wytwórczy jest ponad trzykrotnie większy niż japoński (3 miejsce na świecie, ponad 5% udziału globalnego) czy niemiecki (4 m., blisko 5%). Dodatkowo budowany przez Donalda Trumpa nowy, globalny system handlowy powinien wspierać rozwój amerykańskiej produkcji, a także inwestycje bezpośrednie w USA. Co być wzmocnione przez krajowy system ulg i zachęt dla inwestorów. Taka strategia nie wynika z faktu, iż Amerykanie są słabi w produkcji, tylko z tego, iż chcą wrócić na pozycję lidera i zmniejszyć swoją zależność od globalnych łańcuchów dostaw.

Co istotne, z prawie trzy bilionowej amerykańskiej produkcji, blisko 15% wygenerował sektor kosmiczno-militarny. Amerykański przemysł zbrojeniowy dominuje na światowym rynku, jako największy eksporter uzbrojenia posiadający w latach 2020-2024 udział w rynku rzędu ok. 43%. Jest to znacznie więcej niż udział rosyjski (blisko 8%) czy chiński (niecałe 6%).

Pięciu największych na świecie producentów uzbrojenia pochodzi z USA. W rankingu 10 największych takich koncernów znajduje się aż sześć firm ze Stanów Zjednoczonych. Trzy inne należą do Chin, a jedna jest brytyjska. Wśród stu największych firm zbrojeniowych na świecie, wartość wytwarzanego przez amerykańskie koncerny uzbrojenia jest większa niż wszystkich innych razem wziętych.

Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, iż Stany Zjednoczone przez wiele dekad rozbudowały łańcuchy dostaw, przenosząc produkcję podzespołów i elementów głównie do Azji. Fakt ten sprawia, iż amerykańskie produkty często nie są tylko i wyłącznie amerykańskiego pochodzenia. Co stanowi słabość oraz wyzwanie na przyszłość. Tym niemniej, USA posiadają całe know-how potrzebne do tego, by fabryki przenosić w miejsca bardziej dostępne lub na powrót do kraju.

Pomimo tej słabości, amerykański przemysł spełnia kryteria przemysłu supermocarstwa. Posiada najbardziej zaawansowane rozwiązania technologiczne, jest drugim największym na świecie, ze znaczną przewagą nad kolejnymi w stawce, ma dostęp do najbardziej chłonnego rynku i jest światowym liderem w sektorze obronnym oraz kosmicznym. Zwłaszcza to ostatnie stanowi element wzmacniający: politykę zagraniczną USA, potencjał militarny, a także postęp w dziedzinie nowoczesnych technologii.

Chińska Republika Ludowa

Chiny są największym producentem świata i odpowiadają za ok. 27% wartości globalnej produkcji. Chiński sektor przemysłowo-produkcyjny jest potężny i imponujący. Nie bez powodu Chiny nazywa się fabryką świata. Sektor posiada jednak pewne słabości. Po pierwsze, jest uzależniony od dostaw gazu zza granicy. Po drugie, Chińczycy posiadają znaczną nadprodukcję, a ich rynek wewnętrzny jest bardzo słaby w relacji do wielkości populacji. Przy wartości produkcji rzędu 4,6 bln dolarów (2024r), Chiński eksport wyniósł w 2024 roku blisko 3,6 bln dolarów, a nadwyżka handlowa osiągnęła poziom jednego biliona usd. Przy czym za ok. 40% nadwyżki handlowej odpowiadają Stany Zjednoczone i Europa. Oznacza to, iż bez zachodnich rynków chiński sektor przemysłowo-produkcyjny uległ by ogromnej degradacji z powodu braku odbiorców. Chińczycy są więc bardzo podatni na światową koniunkturę, a kryzys i zmniejszenie popytu na Zachodzie stanowi czynnik ryzyka dla gospodarki Państwa Środka. Po trzecie wreszcie, spora część chińskiej produkcji pochodzi z zagranicznych fabryk/montowni położonych na terenie Chin. To oznacza, iż fabryki te nie przyczyniają się do rozwoju technologicznego w Chinach – dysponentem technologii są centrale koncernów zlokalizowane w krajach macierzystych – i mogą zostać przeniesione lub po prostu zamknięte.

Tym niemniej należy pamiętać, iż autorytarne władze w Pekinie mają możliwość centralnego sterowania gospodarką i przemysłem, co – dzięki zamówieniom publicznym – mogłoby ograniczać ewentualne straty i w jakimś zakresie oraz na pewien czas uratować kompetencje produkcyjne w konkretnych obszarach.

Niewątpliwie fakt bycia największym producentem świata daje Chinom dodatkowe atuty w sferze gospodarczej, handlowej, a czasem choćby politycznej. I daje podstawy do zaliczenia Państwa Środka do grona supermocarstw przemysłowych.

Federacja Rosyjska

Rosyjski sektor produkcyjno-przemysłowy nie należy do najsilniejszych na świecie. Sankcje sprawiły, iż wielu produktów w Rosji zwyczajnie brakuje. Zwłaszcza elektroniki, którą trzeba sprowadzać z Chin. Niemniej, z powodu wojny, Rosjanie postawili mocniej na produkcję uzbrojenia. I w tym zakresie obsługują swoje siły zbrojne, choć pojawia się wiele braków. Rosjanie są w stanie utrzymać armię w gotowości bojowej, jeżeli chodzi o dostarczanie jej rosyjskiego sprzętu. Rosjanie byli jednym z potentatów eksportu uzbrojenia, choć ich udział w światowym rynku znacznie zmalał po 2022 roku z uwagi na potrzeby własnej armii. Choć nie jest to sprzęt pierwszej jakości i najnowszej technologii, to baza produkcyjna jest spora i opiera się w dużej części na własnych rozwiązaniach. Nie czyni to z Rosji supermocarstwa przemysłowego, przeciwnie, na tej płaszczyźnie widać bardzo wiele braków. Jednak potencjał ten wciąż obsługuje rosyjskie potrzeby, zwłaszcza w zakresie prowadzenia długotrwałej wojny materiałowej. kilka państw na świecie posiada taki unikalny potencjał, co należy – mimo wszystkich innych zastrzeżeń – dostrzegać. W związku z powyższym zdecydowałem się przyznać Rosji „żółtą” kategorię w tym zakresie. Rosja to żadne przemysłowe supermocarstwo, jednak posiada sporą autonomię przemysłowo-produkcyjną umożliwiającą prowadzenie wyniszczającej sprzęt wojenny wojny przez długie lata w warunkach politycznej i ekonomicznej (częściowej) izolacji.

POTENCJAŁ ENERGETYCZNY

We współczesnym świecie nie sposób przecenić rolę sektora energetycznego dla współczesnych społeczeństw i ich gospodarek. Zależność w tym zakresie od środowiska zewnętrznego naraża dane państwo na presję nie tylko ze strony dostawców, ale także tych, którzy kontrolują łańcuchy dostaw (szlaki morskie, rurociągi). Niewątpliwie jedną z kluczowych cech współczesnych supermocarstw jest co najmniej niezależność energetyczna. Bez niej, ewentualny rywal czy przeciwnik może starać się wpływać na jeden z najważniejszych sektorów gospodarki.

Stany Zjednoczone

USA są największym producentem ropy naftowej na świecie. Rocznie wydobywają jej blisko dwukrotnie więcej (ok. 22 mln baryłek dziennie w 2024 roku) niż Arabia Saudyjska (blisko 11 mln) czy Federacja Rosyjska (10,5 mln). Przy czym w tej ostatniej produkcja spada i będzie spadać z uwagi na wyczerpujące się – już eksploatowane – złoża i brak nowych kopalń. Stany Zjednoczone posiadają blisko 22% udział w światowej produkcji ropy i są jednocześnie największym jej konsumentem (blisko 19% światowej konsumpcji). Ponieważ na terenie USA znajdują się liczne, wyspecjalizowane rafinerie, Amerykanie importują także dużo surowca z zewnątrz (ponad. 6 mld b/d), z czego ok. 60% pochodzi z Kanady, dalsze ok. 23% z Ameryk Środkowej i Łacińskiej (a więc źródła lokalne). Dzięki temu USA są drugim największym eksporterem ropy naftowej po Arabii Saudyjskiej.

W przypadku gazu ziemnego, USA także są jego największym producentem (ponad 1 bln mł/rok) oraz konsumentem (ok 1 mld ł/rok) na świecie. Do tego dochodzi produkcja LNG, dzięki której USA są największym eksporterem gazu skroplonego na Ziemi (eksport w 2024 roku to ok. 130 mld mł).

Także węgiel nie jest w Stanach Zjednoczonych paliwem deficytowym. Przy wydobyciu ponad 500 mln ton (amerykańskich, ok. 907 kg) rocznie, zużyto w 2024 roku ok. 411 mln.

Powyższe dane wskazują, iż USA są nie tylko niezależne pod względem potrzeb surowców energetycznych, ale i także są kluczowym producentem tychże dla potrzeby globalnego rynku. A te są niezbędne dla sektora usług transportowych (pojazdy/statki spalinowe), ale przede wszystkim do wytwarzania energii elektrycznej (bez której nie ma współczesnej cywilizacji), ogrzewania (ciepłownie) oraz funkcjonowania przemysłu.

W zakresie wytwarzania energii elektrycznej, Stany Zjednoczone także posiadają atut zdywersyfikowanych źródeł. Amerykanie posiadają liczne elektrownie jądrowe (wytwarzające ok. 18% energii), węglowe (ok. 15%), wiatrowe i solarne (ok. 17%), a także gazowe (ok.43%). Co istotne Amerykanie posiadają technologie budowy tego rodzaju elektrowni, a także posiadają surowce do ich zasilania.

Ze względu na fakt, iż USA dysponują zarówno złożami surowców energetycznych, jak również posiadają dużą samowystarczalność na płaszczyźnie produkcji energii elektrycznej, a także potencjał do zwiększania tejże produkcji na potrzeby rozwoju technologicznego, niewątpliwie nie mają na opisywanej płaszczyźnie słabości. Przeciwnie, dzięki eksportowi gazu i ropy, zyskują na płaszczyźnie gospodarczej, ale i także politycznej (element „ekstra”). Co łącznie, czyni je energetycznym supermocarstwem.

Chińska Republika Ludowa

Chiny są jedynym z pośród porównywanych państw, które posiada olbrzymie deficyty surowców energetycznych. Przy produkcji 5 mln baryłek/dzień, Chińskie zapotrzebowanie wynosiło ponad 16 mln b/d i było drugim największym na świecie (ok. 16% światowej konsumpcji). Olbrzymi deficyt – odpowiadający 2/3 zapotrzebowania – zaspokajany jest poprzez import z Zatoki Perskiej oraz Rosji.

Nie lepiej jest w przypadku gazu, gdzie Chiny także posiadają potężny deficyt. Przy zużyciu rocznym ok. 434 mld mł (2024), tylko nieco połowa (246 mld mł) została wydobyta w Chinach. Niedobory są zaspokajane importem gazu z Azji Centralnej poprzez gazociągi Azja Centralna – Chiny (przepustowość 55 mld mł/rok) a także Siłę Syberii (docelowa przep. 38 mld mł/rok). Wreszcie, Chiny ściągają drogą morską ok. 106 mld mł LNG na rok, co czyni je największym importerem gazu skroplonego na świecie.

Pomimo olbrzymiego wydobycia węgla (ok. 4,8 mld ton) również w tej materii, chińska gospodarka przy zużyciu 4,9 mld ton musiała podpierać się importem.

Chiny nie tylko są jednym z najbardziej zależnych od importu surowców energetycznych państw na Ziemi. Są także – w tym względzie – uzależnione od funkcjonowania szlaków morskich, których przecież zupełnie nie kontrolują. Chińska gospodarka jest więc bardzo wrażliwa zarówno na wahania cen surowców, jak również na zaburzenia ich podaży. Czy to z powodu ew. niewystarczającej globalnej produkcji, czy też zerwania łańcuchów dostaw.

Nic więc dziwnego, iż Chińczycy robią, co mogą, by tę zależność ograniczać. Inwestując w odnawialne źródła energii, a także w elektryfikację sektora motoryzacyjnego. W obu przypadkach postępy są imponujące w swojej skali, niemniej potrzeba będzie jeszcze wielu lat na to, by Chińczycy mogli zbilansować produkcję i zapotrzebowanie na surowce energetyczne.

Na stan z 2024 roku za blisko 60% wytworzonej energii el. w Chinach odpowiadały elektrownie węglowe (i nieliczne el. na ropę). Wiatrowe i słoneczne miały udział ok. 20% udział, a jądrowe zaledwie 5%. Chiński sektor energii elektrycznej jest relatywnie niezależny od importu gazu czy ropy, jednak surowce te są niezbędne dla sektorów: ciepłowniczego (ogrzewanie gazem), transportowego (paliwa), a przede wszystkim przemysłowego (gaz). Tak, imponujący chiński przemysł opiera się o importowany gaz ziemny i LNG i akurat w sektorze przemysłowym nie da się zastąpić gazu energią wytwarzaną przez OZE… Wzrost udziału w produkcji energii elektrycznej przez farmy wiatrowe i słoneczne nie wpływa proporcjonalnie na spadek zapotrzebowania na gaz. Jest przeciwnie, tego ostatniego chińska gospodarka potrzebuje coraz więcej, pomimo ogromnych inwestycji w OZE.

Zależność od surowców energetycznych sprawia więc, iż Chiny nie spełniają cechy supermocarstwa energetycznego, choć warto pamiętać, iż zaspokajają swoje potrzeby jeżeli chodzi o energię elektryczną. Co więcej, są w stanie – dzięki inwestycjom w OZE – zaspokoić ewentualne zwiększone zapotrzebowanie w związku z rozwojem AI. Przy czym, chińska energia jest tania w stosunki do tej wytwarzanej na Zachodzie, co daje chińskiemu rynkowy przewagę konkurencyjną. Niewątpliwie więc, w tej węższej materii Chiny są mocarstwem.

Federacja Rosyjska

Rosjanie przy potrzebach blisko 4 mln baryłek ropy/dzień produkowali w 2024 roku blisko 11 mln. Duża nadwyżka produkcyjna musi tym samym trafiać na rynek zewnętrzny. Problemem jest fakt, iż dotychczasowy największy rynek zbytu (Europa) niemalże odciął się od rosyjskich surowców energetycznych. Z tych powodów Rosjanie musieli poszukać odbiorców zastępczych. W postaci Chin, Indii oraz Brazylii. Sęk w tym, iż ropociąg do Chin i tak pracował na maksymalnej przepustowości, a lądowych połączeń nie ma ani z Indiami, ani Brazylią. Tak więc lwia część eksportu ropy zaczęła po 2022 roku korzystać z tzw. „floty cieni” pływającej po szlakach morskich.

Podobna sytuacja dotyczy gazu. Rosja w 2024 roku wyprodukowała ok. 685 mld mł gazu ziemnego, a zużyła ok. 477 mld mł (drugi największy wynik na świecie). Część z ponad 200 mld mł nadwyżki przetransferowano do Chin (ok. 30 mld), Turcji i Europy. Ogółem szacuje się, iż Rosjanie mogli sprzedać ok. 120 mld mł gazu ziemnego oraz dodatkowo ok. 47 mld mł LNG, jednak w kolejnych latach może być tylko gorzej. Ataki na infrastrukturę krytyczną organizowane przez Ukrainę, a także fakt zaostrzenia sankcji przez Europę oraz początek przejmowania statków z floty cieni, z pewnością negatywnie wpłyną na rosyjski eksport.

Ponadto w 2024 roku Rosjanie wydobyli 443 mln ton węgla z czego 190 mln ton eksportowano, a 178 mln zużyto na potrzeby własne.

Niewątpliwie Rosja pozostaje jednym z największych producentów i eksporterów surowców energetycznych na świecie. Jednak pomimo ogromnych rezerw, aktualnie wykorzystywane złoża albo się wyczerpują, albo mają problem ze starzejącą się lub niszczoną w wojnie infrastrukturą. Nie pomagają także sankcje, które ograniczyły eksport surowców i sprawiły, iż ten odbywa się w dalsze zakątki świata drogą morską. Co zmusza do obniżania ceny za sam surowiec i negatywnie wpływa na dochody z eksportu. Niemniej, pomimo tych problemów, Rosja posiada cechę supermocarstwa w zakresie niezależności od dostaw surowców energetycznych, a także możliwości ich eksportu. Zwłaszcza, iż jest także niezależna na płaszczyźnie zaspokajania potrzeb gospodarki na energię elektryczną. Bowiem Rosjanie posiadają wszelkie potrzebne surowce do obsługi swoich elektrowni gazowych (blisko 50% udziału w rynku en.), jądrowych (blisko 20%) czy węglowych (blisko 20%).

–AUTOREKLAMA–

Polska do potęgi. Potencjał i strategia” – JUŻ W SPRZEDAŻY! O Polsce taką jaka ona jest.

DOSTĘP DO ZASOBÓW NATURALNYCH (surowców krytycznych)

W świecie, w którym rozwój technologiczny i zdolność wdrażania technologii w skali przemysłowej są kluczem do przyszłości, dostęp do surowców naturalnych – tych krytycznych dla gospodarek – także staje się jedną z cech supermocarstwa. Przy czym nie chodzi tylko o fakt posiadania terytorium z odpowiednimi złożami, ale i także możliwość wydobycia/produkcji danych minerałów. Bez tego państwo staje się wrażliwe na ograniczenie dostępu do zasobów, dzięki którym nowoczesna gospodarka nie tylko się rozwija, ale i nie ulega degradacji technologicznej. Warto w tej kwestii zauważyć, iż dostęp do np. metali ziem rzadkich stał się narzędziem politycznym w chińskich rękach. Dość skutecznym, co daje podstawy do tego, by traktować opisywaną płaszczyznę jako nową, odrębną i samodzielną cechę supermocarstw. Być może cecha ta nie będzie kluczową kategorią klasyfikacji państw do supermocarstw w przyszłości – np. gdyby wydobycie i produkcja surowców strategicznych stałaby się powszechna na całym świecie – jednak na ten moment historii, fakt, iż jedno państwo zdominowało przestrzeń sprawia, iż w istocie nie sposób tegoż faktu pominąć i nie docenić.

Stany Zjednoczone

Jak podaje Biały Dom, Stany Zjednoczone są w 100% zależne od importu 12 surowców strategicznych, a dodatkowo w 50% od importu dodatkowych 29 pierwiastków. Amerykanie importują między innymi metale ziem rzadkich, kobalt, lit czy grafit. Przy czym w wielu przypadkach surowce przypływają z Chin. W tym kontekście amerykański przemysł – militarny, ale i cywilny, w tym nowoczesnych technologii – jest zależny od czynników zewnętrznych. Co w kontekście ewentualnego chaosu, zerwania łańcuchów dostaw czy otwartej wojny, stanowi dużą słabość.

Waszyngton od kilku lat stara się mitygować to ryzyko poprzez zawierane z partnerami i sojusznikami umowy na wydobycie i produkcję strategicznych surowców. Problem w tym, iż Amerykanie są dopiero na początku procesu budowy alternatywy dla chińskiego dostawcy. Więc na ten moment należy uznać, iż nie spełniają cech supermocarstwa na opisywanej płaszczyźnie.

Chińska Republika Ludowa

Chiny zdominowały rynek wydobycia oraz produkcji metali ziem rzadkich. Na terenie Chin zlokalizowano blisko połowę światowych rezerw tych pierwiastków. Chińskie wydobycie stanowi ok. 70% wydobycia w skali globalnej, ale udział w światowej produkcji wynosi aż ok. 94%. To właśnie ograniczenie eksportu metali ziem rzadkich do USA stało się głównym chińskim orężem przeciwko presji Stanów Zjednoczonych. Skutecznym orężem. Dodajmy, iż Chiny zmonopolizowały praktycznie produkcję galu i magnezu, posiadają większość udziałów w produkcji wolframu, grafitu, kobaltu czy krzemu oraz wielu innych surowców.

Wobec czego nie ulega wątpliwości, iż Pekin posiada w tej materii przewagę nad resztą świata i ewidentnie przewaga ta daje dodatkowe możliwości na płaszczyznach: gospodarczej, przemysłowej, handlowej, ale i politycznej. Stanowi więc unikalny walor wpisujący Chiny w kategorię supermocarstwa pod względem dostępu do surowców krytycznych.

Federacja Rosyjska

Rosyjski kraj obfituje w różnego rodzaju surowce, problem w tym, iż z tegoż faktu kilka wynika, jeżeli chodzi o wpływ na globalny rynek. Mało tego, pomimo bogactwa złóż, Rosjanie często nie są w stanie zaspokoić własnych potrzeb. Ponieważ nie posiadają technologii pozwalających na wydobycie lub produkcję konkretnych pierwiastków. Rosjanie wydobywają i eksportują np. diamety, platynę, nikiel lub kobalt. Jednak są całkowicie zależni od importu metali ziem rzadkich, litu, magnezu, chromu, grafitu i innych. W tym zakresie są – podobnie jak Stany Zjednoczone – uzależnione od dostaw z Chin.

Wobec powyższego, Rosja nie wypełnia cechy supermocarstwa w tej kategorii.

POTENCJAŁ KONTROLI SZLAKÓW HANDLOWYCH I ŚWIATOWEJ PROJEKCJI SIŁY

Kontrola szlaków handlowych i potencjał do projekcji siły w obszarze całego niemal globu są cechami, które wynikają de facto z sumy innych potencjałów (potęgi militarnej, politycznej, technologicznej, ekonomicznej, a choćby kulturowej, ale także położenia geograficznego). Tym niemniej, cechy te są unikalne, a także strategicznie istotne w kontekście oceny poziomu mocarstwowości danego państwa. Supermocarstwem nie może być takie państwo, które nie posiada żadnej kontroli nad choćby częścią najważniejszych szlaków handlowych, a także nie może oddziaływać dalej niż poza swoje bezpośrednie sąsiedztwo. Innymi słowy państwo, którego siła jest relatywnie obojętna dla innych graczy międzynarodowych nie może zyskać statusu supermocarstwa.

Stany Zjednoczone

USA są jedynym światowym mocarstwem zdolnym samodzielnie kontrolować wszystkie najważniejsze szlaki handlowe – a więc tak naprawdę wąskie gardła (choke points) – na świecie. Amerykanie kontrolują strategicznie najważniejszy dla nich Kanał Panamski. Współpracują z Egiptem zarządzającym Kanał Sueski. Na obu brzegach Cieśniny Gibraltarskiej posiadają sojuszników (Hiszpania, Maroko). Podobnie zresztą jak w przypadku Cieśnin Duńskich (Dania, Szwecja), GIUK (Grenlandia, Islandia, Wielka Brytania), Kanału La Manche (Wielka Brytania, Francja) oraz partnerów w Cieśninie Malakka (Malezja, Singapur, Indonezja). Dzięki bazie Diego Garcia, amerykańska flota może kontrolować także ruch z kluczowej – z uwagi na sektor energetyczny – Zatoki Perskiej. Doskonałe położenie geograficzne sprawia, iż Amerykanie posiadają nieskrępowany przez nikogo dostęp do dwóch najważniejszych oceanów (Atlantyku i Pacyfiku).

Flota Stanów Zjednoczonych jako jedyna na świecie jest w stanie samodzielnie nałożyć blokadę morską na dowolnym obszarze, który jest najważniejszy dla morskich szlaków handlowych o znaczeniu globalnym. Nie tylko z uwagi na potencjał siły US Navy, ale i także wpływy polityczne, dzięki którym flota ta jest bezpieczna, gdy zbliża się ku wybrzeżom.

Amerykańskie grupy bojowe z lotniskowcami na czele od dekad pełnią równocześnie patrole w kilku regionach świata. Przemieszczając się swobodnie między Atlantykiem a Oceanem Indyjskim, Atlantykiem czy Pacyfikiem, a także między Pacyfikiem a Oceanem Indyjskim.

Stany Zjednoczone to jedyne państwo na globie, które utrzymuje bazy i spore zasoby militarne w tak wielu rejonach świata. Amerykanie posiadają swoje zasoby militarne na Grenlandii, w Europie, na Bliskim Wschodzie, Afryce, Oceanie Indyjskim, Pacyfiku, Korei Południowej, Japonii czy w Australii.

Są w stanie jednocześnie zwiększyć obecność swoich sił w Polsce, zbombardować cele na Bliskim Wschodzie lub w Iranie, porwać przywódcę Wenezueli, przejąć kontrolę nad statkiem płynącym na Atlantyku, rozmieścić flotę do obrony Tajwanu i przeprowadzić manewry wojskowe wspólnie z Japonią i Koreą Południową. Amerykanie mają największą swobodę działania spośród wszystkich państw na świecie i mogą w krótkim czasie dokonać projekcji siły na każdym z kontynentów. W tym kontekście USA nie tylko posiada status supermocarstwa, ale realnego hegemona. To prawda, iż od lat realizowane są dyskusje o ograniczaniu obecności amerykańskie w różnych regionach. Co nie zmienia faktu, iż w tych samych regionach z których amerykanie realnie wycofują np. siły lądowe, wciąż są w stanie dokonać skomplikowanej i skutecznej operacji militarnej. Dominacja USA nie jest zero jedynkowa (tzn. albo jest zupełna, albo jej nie ma w cale), a stopniowalna.

Przy czym w tej chwili obserwowany proces ograniczenia zaangażowania USA na świecie ma redukować koszty globalnego utrzymywania porządku, ale wcale nie musi zmniejszać amerykańskiego potencjału do projekcji siły w danym regionie. Przeciwnie, ograniczenie kosztów wydawanych na prewencję polityczną, pozwala przekierować środki i zasoby w celu zwiększenia skuteczności okresowego projektowania siły w celu uzyskania konkretnego efektu.

Innymi słowy, Amerykanie ze strategii kosztownego ustawiania policjantów na każdej ulicy niebezpiecznego miasta (zarządzanie przez prewencję), przechodzą do strategii stworzenia potężnej, antyterrorystycznej grupy uderzeniowej, która na wezwanie byłaby w stanie zneutralizować każde zagrożenie. Nastawionej na zastraszanie potencjalnych przeciwników i demonstrowanie im konsekwencji w przypadku nieodpowiedniego zachowania (zarządzanie poprzez terror/siłę).

Gdyby Europa wzmocniła się na płaszczyźnie militarnej na tyle, by móc samodzielnie odstraszać Rosję, a najlepiej stabilizować jeszcze Bliski Wschód, to Amerykanie mogliby przekierować wszystkie zasoby mobilną, tańszą, ale silniejszą i skuteczniejszą w działaniu jednostkę „zastraszania” przeciwników. W formie np. jeszcze potężniejszej, skupionej w silniejszych zespołach flotę US Navy (i tu widać potrzebę dla nowych, potężnych i uniwersalnych okrętów liniowych, które chce wprowadzić do linii administracja Trumpa).

Biorąc pod uwagę powyższe, niewątpliwie USA wciąż posiadają status supermocarstwa, w kategorii kontroli szlaków handlowych (90% światowego handlu odbywa się drogą morską) i możliwości projekcji siły o zasięgu globalnym. Tego rodzaju zdolności nie ustaną nawet, gdy USA zmniejszy zagraniczne zaangażowanie wojsk lądowych lub lotniczych. Może to choćby przyczynić się do wzmocnienia opisywanego potencjału, dzięki wzmocnieniu narzędzi dedykowanych do tego konkretnego zadania. Warunkiem jest jednak utrzymanie silnej sieci sojuszy, przy czym sojusznicy USA będą musieli wziąć na siebie większą odpowiedzialność za utrzymywanie bezpieczeństwa na lądzie.

Chińska Republika Ludowa

Pomimo potężnego zaangażowania w rozbudowę floty morskiej, Chińczycy posiadają bardzo ograniczone możliwości. Po pierwsze dlatego, iż z przyczyn geograficznych ich wybrzeże jest zamykane przez tzw. pierwszy łańcuch wysp, które kontrolowane są przez sojuszników i partnerów USA. Po drugie, Chiny znajdują się na końcu (lub początku w zależności jak na to patrzeć) szlaków handlowych. Innymi słowy, zablokowanie wód opływających chińskie wybrzeże mogłoby zostać niezauważone przez większość świata (o ile Chińczycy nie wstrzymaliby własnego eksportu – co należałoby do ekonomicznych form nacisku). W przypadku wystawienia chińskiej floty w rejonie zamkniętym pomiędzy wybrzeżem a pierwszym łańcuchem wysp, choćby blisko położone: Tajwan, Korea Południowa, Japonia czy Wietnam i Filipiny miałyby – fakt, iż bardziej ograniczony – dostęp do globalnej sieci szlaków morskich. Tak więc Chińczycy, żeby zagrozić choćby tylko swojemu najbliższemu otoczeniu, musieliby wypłynąć flotą poza pierwszy łańcuch wysp. Czego w zasadzie – poza ćwiczeniami wokół Tajwanu – nie robią pomimo szczycenia się najliczniejszą flotą świata.

Nawet pozyskanie Tajwanu nie zwiększałoby chińskich możliwości w skali globalnej, bowiem wypłynięcie na Morze Filipińskie byłoby problemem dla Japonii i Korei Południowej, ale – z perspektywy dostępu do szlaków handlowych – nikogo innego.

Chińczycy działają w kierunku dominacji na Morzu Południowochińskim i chcieliby uzyskać możliwość projekcji siły w rejonie Cieśniny Malakka. Co dawałoby im wówczas kontrolę nad całym morskim otoczeniem w regionie Indo-Pacyfiku. Problemem jest jednak słabość polityczna Chin. Im bardziej Chińczycy dążą do fizycznej kontroli nad Morzem Południowochińskim, tym bardziej zniechęcają do siebie sąsiadów (Filipiny, Wietnam, Indonezję) i wpychają ich w zależność bezpieczeństwa od USA.

Tymczasem operowanie liczną flotą na akwenach otoczonych przez państwa wrogie, byłoby – w czasie konfliktu zbrojnego – samobójstwem. Zwłaszcza, iż chińska flota nie jest dostosowana do stawiania czoła amerykańskiej, zwłaszcza na pełnym morzu (oceanie). Dwa z strzech chińskich lotniskowców to postradzieckie konstrukcje o bardzo wątpliwym potencjale operacyjnym w kontekście ewentualnego starcia z US Navy. Z kolei trzeci lotniskowiec – już chińskiego pomysłu i produkcji – wszedł do służby dopiero w 2025 roku jako pierwsza jednostka tego typu. Co nie tylko sprawia, iż Chińczycy – póki co – nie mogą uzyskać nad Amerykanami przewagi liczebnej w najważniejszym rodzaju jednostek pełnomorskich, ale i nie posiadają jeszcze sprawdzonej technologii, doktryny i sposobu ich użycia.

Tak więc zarówno geografia, polityka, a także realne zdolności stoją na drodze chińskiej kontroli kluczowych szlaków handlowych w regionie oraz projektowania siły poza swoim najbliższym otoczeniem. Chińczycy zapowiadają inwestycje we flotę lotniskowców znacznych środków, jednak ich problemem jest fakt, iż jeżeli nie przejmą politycznej kontroli nad otoczeniem (minimum Tajwan i Filipiny) to ta flota lotniskowców – w razie konfliktu – będzie bała się wyjść z portów. Z uwagi na zagrożenie zatopienia przez pociski z lądowych wyrzutni przeciwokrętowych, samolotów lub wrogich okrętów operujących w rejonie pierwszego łańcucha wysp.

Chiny nie zasługują więc na żadne „punkty” w kwestii wypełnienia cech supermocarstwa w opisywanym zakresie. By uzasadnić to w sposób obrazowy, wystarczy wyobrazić sobie świat, w którym chińskie lotniskowce zawijają do chińskiego portu w Dżibuti. Przeprowadzają manewry wojskowe w rejonie Afryki Wschodniej. Wizytują wody wokół Australii, a wreszcie demonstrują gotowość operowania w rejonie Morza Beringa (przejście na Morze Arktyczne). Jakże inny od tego współczesnego byłby to świat prawda? Chińczycy marzą o tym i starają się, by kiedyś tak się stało. Na dziś jednak, nie mają takich możliwości. Bowiem chińska flota czuje coraz większe mrowienie i niepokój, wraz z każdą milą morską oddalania się od chińskiego wybrzeża.

Efekt jest taki, iż Chińczycy nie są dzisiaj zdolni do militarnej ochrony swoich zagranicznych inwestycji. Nie tylko na kierunkach morskich, ale i także lądowych. Chiny mocno angażują się w Azji Centralnej. Co z tego, skoro całe złoża gazu i ropy z tego regionu, które zasilają chińską gospodarkę, znajdują się daleko na zachód nad Jeziorem Kaspijskim. Gdzie niepodważalną dominację posiada rosyjska Flota Kaspijska oraz lotnictwo. Póki Rosjanie mogą bez konsekwencji zbombardować całą infrastrukturę wydobywczą Kazachstanu, Turkmenistanu czy Uzbekistanu, póty chińskie wpływy w Azji Centralnej są moskiewskim zakładnikiem. Chińczycy nie są też w stanie sprawować kontroli nad lądową częścią Nowego Jedwabnego Szlaku, bowiem jedna nitka przebiega właśnie przez Rosję, a druga przez kontrolowane przez nią Gruzję i Morze Czarne. Trzecia z kolei przez izolowany Iran, a dalej przez Turcję należącą do NATO.

Chińczycy nie są w stanie zabezpieczyć choćby własnych szlaków morskich i lądowych, niezbędnych do importu ropy i gazu, a także eksportu swoich towarów do najważniejszych dla nich rynków zbytu.

Federacja Rosyjska

Rosjanie dla odmiany do niedawna nie potrzebowali szlaków handlowych – zwłaszcza tych morskich – prawie wcale. To co ich interesowało, to rurociągi do Europy, którymi eksportowali gaz i ropę. I właśnie ta duża niezależność do globalnej gospodarki i szlaków handlowych pozwoliła im na agresywne działania na Ukrainie. Nie obawiali się tak bardzo konsekwencji sankcji, które w przypadku Chin mogłyby się okazać zabójcze dla gospodarki.

Jednak rosyjska niezależność od szlaków morskich stała się – zupełnie nieoczekiwanie – historią. W sytuacji wysadzenia Nord Streamów oraz wstrzymania importu rosyjskich surowców energetycznych do Europy okazało się, iż jedyne rynki zbytu na nie znajdują się… Za morzem. To Chiny – poprzez porty – Indie oraz Brazylia stały się największymi odbiorcami rosyjskich ropy i LNG. To z kolei sprawia, iż dotychczas mało wrażliwa na oddziaływanie potęg morskich Rosja, stała się bardzo zależna od funkcjonowania swojej „floty cieni”. Bowiem to za pośrednictwem tej ostatniej Rosjanie sprzedają teraz większość swoich węglowodorów. W tym zakresie Rosjan chroni tylko i wyłącznie międzynarodowe prawo morskie J

Innymi słowy, Rosja w ciągu kilku lat wojny z Ukrainą wpadła w zależność, której unikała przez stulecia. Tymczasem rosyjska flota jest niedoinwestowana, przestarzała i zbyt mało liczna by choćby próbować stanowić realną siłę ochrony dla swoich tankowców.

Tym niemniej warto zauważyć, iż ta rdzewiejąca w szybkim tempie flota ma na swoim koncie takie operacje jak projekcja siły we wschodniej części Morza Śródziemnego. Nad którym posiadała do niedawna port w syryjskim Tartusie. W roku 2016 rosyjski lotniskowiec admiral Kuzniecow dokonał arcytrudnego dla siebie zadania i wypływając z Murmańska, opłynął całą Europę – spowijając jej wybrzeża gęstym dymem z kotłów węglowych tak, iż Brytyjczycy stracili z oczu wybrzeże Francji – i dotarł w okolice Syrii. Ten jeden – ostatni zresztą – rejs rosyjskiej jednostki był chyba dłuższy niż suma wszystkich wykonanych dotąd rejsów przez wszystkie trzy chińskie lotniskowce. To dobrze obrazuje ograniczone możliwości Chin, pomimo rosnącego w niezwykle szybkim tempie potencjału.

W odróżnieniu od Chin, Rosjanie posiadali bardzo szeroką strefę politycznych wpływów, które były mocne w rejonie Bliskiego Wschodu, Afryki, a choćby Ameryk. Dzięki czemu mogli wykorzystywać bazy lądowe i powietrzne w wybranych krajach. Sęk w tym, iż po inwazji na Ukrainę w 2022 roku, wpływy te znikają w zastraszającym tempie. Rosjan nie ma już w syryjskich: Tartusie i Latakii, a w Afryce ich oddziaływanie jest bardzo, bardzo ograniczone i sprowadza się do wynajmowania najemników. Ostatnią rosyjską projekcją siły – za wyjątkiem agresji na Ukrainę – było przerzucenie brygady aeromobilnej do stolicy Kazachstanu w styczniu 2022 roku (tuż przed drugą inwazją na Ukrainę). Było to jednak oddziaływanie w najbliższym otoczeniu, a dodatkowo w dość kontrolowanych i pewnych warunkach (działanie niemal jak u siebie). Wskazać należy, iż ukraińska wojna pochłania tak dużo rosyjskiej uwagi i zasobów militarnych, a także doprowadziła do tak szybkiej erozji politycznych wpływów w dalszych częściach świata, iż Rosyjskie możliwości do projekcji siły – w skali globalnej – są bardzo mocno ograniczone.

Z tych powodów także Rosjanie nie zasługują na zaliczenie ich do supermocarstw w kategorii kontroli szlaków handlowych i projekcji siły.

POTENCJAŁ KULTUROWY

Choć geopolityka często bazuje w oparciu o twarde dane, statystyki i możliwości, o tyle nie sposób – przy wymienianiu cech supermocarstwa – pominąć potencjału kulturowego, który ma kolosalny wpływ na ten polityczny, ale i technologiczny, ekonomiczny, a choćby militarny.

To nie jest bez znaczenia, jakie wartości są kultywowane w danym społeczeństwie, jakim językiem się komunikuje, jaką ideologię lub religię wyznaje, a wreszcie jakim kluczem kulturowym posługuje się w codziennym funkcjonowaniu. To wszystko bowiem wpływa na jakość komunikacji z innymi państwami, a komunikacja (poziom zrozumienia/porozumienia) jest wszystkim.

Stany Zjednoczone

Amerykanie należą do zachodniego kręgu kulturowego, który łączy ich tak ze Starym Światem, jak i całą Półkulą Zachodnią, a także z Australią. Kultura zachodnia jest także dobrze znana – z uwagi na kolonializm – w Afryce, na Bliskim Wschodzie, w Indiach, czy wśród państw Indo-pacyfiku. Innymi słowy, zachodni kod kulturowy jest najbardziej uniwersalnym na świecie. Tak jak cechujące go: alfabet łaciński, czy cyfry arabskie.

Społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, w przeważającej części, należy lub wywodzi się z rodzin chrześcijańskich, a chrześcijaństwo to wciąż największa religia na Ziemi pod względem liczby wyznawców (wspólne postrzeganie wartości).

Z kolei język angielski jest najbardziej rozpowszechnionym na globie. Swoim zasięgiem obejmuje także język programowania. Demokratyczny ustrój i wspólne wartości polityczne łączą Amerykanów z Europejczykami, mieszkańcami obu Ameryk, Australii, Nowej Zelandii, a także Dalekiego Wschodu (Japonia, Korea Południowa, Tajwan).

Amerykański przemysł rozrywkowy (także sportowy) jest najbardziej rozpoznawalnym i najbardziej wpływowym na świecie (Hollywood, przemysł muzyczny, NBA, NHL). Jedyną słabością Amerykanów jest fakt, iż jest to naród młody, przez co brakuje mu klasycznych przedstawicieli ze świata sztuki i literatury. Równoważone jest to jednak ogromnym wpływem, wywieranym przez współczesnych amerykańskich twórców.

Z tych powodów USA niewątpliwie posiadają wszystkie atuty niezbędne do stwierdzenia, iż wypełniają kryterium kulturowe w kontekście przynależności do supermocarstw.

Chińska Republika Ludowa

Chiny są na płaszczyźnie kulturowej przeciwieństwem Stanów Zjednoczonych. Ich język jest skomplikowany i zupełnie niezrozumiały dla innych. Tak w mowie, jak i w piśmie. I to nie tylko w skali globalnej, ale choćby lokalnej. Mało tego, w samych Chinach społeczeństwo posługuje się różnymi językami i dialektami, choć istnieje jedno wspólne pismo. To nie wykracza jednak swoim zasięgiem poza same Chiny i Tajwan.

Chińska kultura nie ma dużej siły przebicia na zewnątrz, ponieważ graniczy z innymi potężnymi ośrodkami kulturowymi (Rosja, Indie, Japonia, państwa islamskie z Azji Centralnej), a także państwami wyspiarskimi lub z półwyspu indochińskiego, które były pod kolonialnym panowaniem Europejczyków, przez co chińska kultura nie zdołała odbić na nich decydującego piętna (region Indopacyfiku).

Chiny były niegdyś kolebką konfucjanizmu, jednak komunistyczne władze wypleniły religijność w społeczeństwie. I to właśnie komunistyczny rodowód państwa stanowi jedyne, bardziej wyraziste spoiwo kulturowe z otoczeniem (Rosją, Koreą Północną czy Wietnamem). Jest to jednak stanowczo za mało, by określać Chiny mianem kulturowego supermocarstwa.

Federacja Rosyjska

Przez całe wieki Rosjanie zrobili bardzo wiele złego, ale i dobrego w kontekście budowania swoich wpływów kulturowych w Euroazji. Z jednej strony poddawali podbite narody i społeczeństwa agresywnej rusyfikacji. Z drugiej, mogą poszczycić się wybitnymi pisarzami czy kompozytorami. Dawniej chrześcijański rodowód (prawosławie), a także bliskość – choć nie tożsamość – z zachodnią kulturą stanowiły niemały atut. Jednak komunizm (zwłaszcza Stalinizm) zniszczył w rosyjskim społeczeństwie to co zachodnie i globalne, a dodatkowo zniechęcił do rosyjskiej kultury sąsiadujące społeczeństwa. Polityka Putina pogłębia degradację wpływów kulturowych Rosji (vide odseparowanie się ukraińskiej cerkwi od Patriarchy). Choć Moskwa – za czasów ZSRR – budowała komunizm w całej Europie Środkowo-Wschodniej, to cały region z ulgą i euforią odrzucił go przy pierwszej nadarzającej się okazji (1989).

Także język rosyjski przestał być powszechnie używanym i rozumianym w europejskich państwach należących dawniej do Układu Warszawskiego. Wpływ rosyjskiej kultury ostał się głównie w Azji Centralnej i na Kaukazie, choć jest coraz słabszy. Spoiwem regionalnym wciąż jest cyrylica, która używana jest na Białorusi, Ukrainie, w Bułgarii, na Bałkanach i w Azji Centralnej. Jednakże coraz więcej społeczeństw posługujących się cyrylicą przechodzi na alfabet łaciński.

Z tych względów Rosja zatraca choćby swój status kulturowego mocarstwa regionalnego i nie może być kwalifikowana w omawianej kategorii do supermocarstw.

UWARUNKOWANIA GEOPOLITYCZNE

Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, iż pomiar wskaźników potęg poszczególnych państw wcale nie musi odzwierciedlać rzeczywistego układu sił na świecie. Bowiem jedne państwa mogą nie wykorzystywać swoich przewag (np. z uwagi na słabe przywództwo – czyli w naszym przykładzie, kierowcę bolidu), a inne skutecznie grać powyżej swoich możliwości. Co mogłoby znacznie wpływać na realia. Wydaje się, iż tego rodzaju sytuacja – która powodowałaby znaczne oderwanie realiów politycznych od obiektywnych uwarunkowań geopolitycznych – może teoretycznie zaistnieć, jednak nie może mieć charakteru stałego. Bowiem wcześniej czy później musi dojść do korekty, która weryfikuje realne zdolności tego państwa, które bluffuje lub wykorzystuje konkretny układ wydarzeń na swoją korzyść, mimo słabości tegoż państwa. Ponadto państwa niedoszacowane na arenie politycznej, względem ich rzeczywistego potencjału, wcześniej czy później zaczynają z tegoż potencjału korzystać.

Niemniej, przyjmując tezę o tym, iż globalny ład może wyglądać zupełnie inaczej niż rzeczywisty układ sił oparty na relatywnie obiektywnej sile wynikającej z ww. kategorii, a więc zakładając ponadto, iż wymienione w opracowaniu wskaźniki nie przesądzają o istnieniu świata jednobiegunowego, należy wskazać, w którym owa jednobiegunowa architektura uległa załamaniu oraz udowodnić, iż doszło do istotnych, dobrze zauważalnych zmian w ładzie światowym.

Jeśli zgadzamy się co do tego, iż przez ponad dwie dekady (między 1990 a 2013) żyliśmy w świecie hegemonii, to by stwierdzić, iż dziś jest inaczej należałoby wymienić diametralne zmiany na arenie międzynarodowej, które zadecydowały o przeformatowaniu ładu światowego.

Wydarzeniem, które niewątpliwie było tym, które dotychczas najbardziej zmieniło rzeczywistość po 2013 roku była druga inwazja na Ukrainę z 2022 roku (która była zresztą konsekwencją inwazji z 2014 roku). Na ile wojna rosyjsko-ukraińska wpłynęła na ład globalny?

  1. Nie zmieniła układu sił w kontekście potencjałów nuklearnych, ale jej konsekwencją było odejście od traktatów nuklearnych USA i Rosji, co wzmocniło te państwa (przestało im krępować ręce) względem państw, które takich traktatów ograniczających nie zawierały (np. Chin).
  2. Osłabiła militarnie Rosję i zaangażowała ją w konflikt, uwiązując instrument siły na konkretnym kierunku. Pobudziła rozwój militarny NATO.
  3. Wzmocniła politycznie NATO (zwłaszcza w europejskiej części), a Pakt Północnoatlantycki został rozszerzony o Finlandię i Szwecję, co zwiększyło de facto amerykańską sieć sojuszy i osłabiło Rosję. Jednocześnie rosyjskie zagrożenie dla Europy zwiększyło zależność tej ostatniej od Stanów Zjednoczonych. Ponadto Rosja wpadła w większą zależność od Chin, co wzmocniło Pekin.
  4. Osłabiła finanse i gospodarkę Rosji i okazała się bez wpływu na finanse i gospodarki USA czy Chin.
  5. Wpłynęła negatywnie na rozwój technologiczny rosyjskiej gospodarki cywilnej, a także pobudziła rozwój technologiczny – na gruncie militarnym – Stanów Zjednoczonych i Chin (doświadczenia z wojny na Ukrainie, wyścig zbrojeń).
  6. Wsparła amerykański przemysł zbrojeniowy (zwiększenie eksportu, a więc i mocy produkcyjnych), zmusiła do rozpoczęcia odbudowy europejskiego przemysłu zbrojeniowego oraz doprowadziła do rozbudowy rosyjskiego sektora militarnego.
  7. Wsparła amerykańską ekspansję na rynku surowców energetycznych, ograniczyła możliwości eksportowe Rosji.
  8. Uzależniła Rosję od morskich szlaków handlowych (eksport ropy i LNG), zwiększyła tym samym znacznie amerykańskiej US Navy.
  9. Nie wpłynęła znacząco na dostęp do surowców strategicznych żadnego z porównywanych mocarstw.
  10. Negatywnie wpłynęła na oddziaływanie kulturowe Rosji.

Z powyższego wynika, iż Rosjanie przetestowali wprawdzie amerykańską hegemonię, jednakże na skutek tegoż testu, wzmocnili potencjał USA, a także nieco Chin, osłabiając siebie. Co w konsekwencji prowadzi do konkluzji, iż rosyjskie uderzenie na Ukrainę nie tylko nie podważyło pozycji USA, ale wręcz ją wzmocniło.

Inną okolicznością wskazywaną jako kluczową w kontekście zmiany dotychczasowego porządku światowego był wzrost potencjału Chin. Ten jest konsekwentny, ale miarowy i trwa już kilka dekad. Niemniej, jak wskazano powyżej, potencjał ten wciąż wydaje się niewystarczający na zakwalifikowanie Państwa Środka do supermocarstw. Jednocześnie Chińska Republika Ludowa nie podjęła jeszcze ani jednego działania, które można by wskazać jako to, które udowodniło status Pekinu (jako supermocarstwa) i jednocześnie kompletnie zmieniło międzynarodowy układ sił. Przeciwnie, im Chiny mocniej naciskają, tym bardziej państwa ościenne orientują się na Stany Zjednoczone. Chińczycy nie zdecydowali się jeszcze na żaden poważny test amerykańskiej hegemonii, a więc nie ma żadnej przesłanki by stwierdzić, czy rzeczywiście została ona zakończona.

PODSUMOWANIE I TRENDY

Oczywiście, iż dyskusja na temat kształtu międzynarodowego układu sił dotyczy także bliższej lub dalszej przyszłości. I fakt, iż na początku 2026 roku hegemonia jeszcze istnieje nie oznacza, iż nie może się ona rozpaść w dalszej części roku 2026 lub w 2027. Podkreślenia więc wymaga, iż niniejsze opracowanie dotyczy sytuacji obecnej i warto byłoby je cyklicznie aktualizować np. co 2-3 lata lub po istotnych dla światach wydarzeniach.

Zwłaszcza, iż na bazie powyższej analizy można domniemywać, iż Chińska Republika Ludowa przy wyniku 4,5/11 i wzrostowej tendencji w kilku kategoriach, ma szansę uzyskać za jakiś czas status supermocarstwa. Teoretycznie, Chiny mogłyby – w przybliżeniu za ok. dekadę – uzyskać status supermocarstwa jądrowego, a może i choćby technologicznego. Gdyby tak się stało, być może przełożyłoby się to w ciągu kilku lat na potencjał polityczny. Wówczas przy wyniku 7/11 – o ile Chiny nie straciłyby w innych miejscach – Pekin mógłby uzyskać status supermocarstwa i stać się odrębnym biegunem w nowym, międzynarodowym porządku. Tego rodzaju scenariusz nie jest wykluczony i wydaje się, iż władze z Pekinu idą właśnie w takim kierunku.

Z kolei Stany Zjednoczone powinny skupić się na utrzymaniu dotychczasowych przewag. Zwłaszcza na płaszczyźnie politycznej (sieć sojuszy), finansowej (dominacja dolara i instytucji fin.), gospodarczej, technologicznej, a także w zakresie utrzymania zdolności projekcji siły w dowolnym miejscu na świecie. Jak widać, wyzwań jest wiele. Z perspektywy USA należy ponadto rozbić chińską dominację w zakresie dostępu do surowców krytycznych. Co wydaje się zupełnie wykonalne w perspektywie do jednej dekady.

Rosja w tym wszystkim przestała się liczyć i jest raczej w tendencji spadkowej. Nie należy się spodziewać utworzenia jakiegoś bieguna siły opartego o Moskwę. Powstanie duetu Pekin-Moskwa wydaje się być ponadto nierealistyczne z uwagi na rozbieżności interesów i duża dysproporcję potencjałów owych partnerów.

W tym wszystkim istotny jest także czynnik czasu. W krótkim terminie (kilku lat) będzie prawdopodobnie dochodziło do licznych perturbacji i testów systemu globalnego. Zmiana strategii geopolitycznej USA stworzy pole do nowych, lokalnych zmagań i konfliktów zbrojnych w różnych regionach świata. Amerykanie będą mogli się w nie angażować lub nie, w zależności od interesów. Ewentualne amerykańskie błędy będą mogły zostać wykorzystane przez np. Chiny, w celu wzmocnienia pozycji politycznej kosztem USA.

W średniej perspektywie (kilkunastu lat) może dojść do przetasowania na arenie międzynarodowej i zmiany jej architektury. Najbardziej prawdopodobne są trzy scenariusze. Pierwszy – najmniej realny – iż za pewien czas wrócimy do dwubiegunowego ładu światowego (na który liczą cicho Chińczycy, wiedząc, iż byłoby to kosztem Rosji). Drugi, w który celują Amerykanie, to taki, w którym USA stworzą takie nowe warunki funkcjonowania systemu światowego, który lepiej obsługując amerykańskie interesy pozwoli Stanom Zjednoczonym utrzymać hegemonię przy jednoczesnym zbudowaniu Chinom szklanego sufitu.

Wreszcie, trzeci scenariusz – średniookresowo najbardziej prawdopodobny w mojej ocenie – to porażka wszystkich trzech porównywanych państw. Rosji, która zapadnie się pod wpływem skutków wojny i wielu problemów wewnętrznych (kolejna smuta). Chin, które także z uwagi na problemy wewnętrzne i ograniczenia zewnętrzne nie zdołają wydźwignąć się do pozycji supermocarstwa. Stanów Zjednoczonych, które z uwagi na problemy wewnętrzne, utracą status supermocarstwa w warstwach finansowo-gospodarczych, a ponadto być może także politycznej, a w konsekwencji również na płaszczyźnie kontroli globalnych łańcuchów dostaw i projekcji siły. Spadając do roli jednego z wielu mocarstw, choć prawdopodobnie wciąż najsilniejszego.

Zarysowanie ww. prognoz należy traktować jako sygnalizację autora, w zakresie jego przewidywań, a nie jako część obszernej pracy analitycznej. Uzasadnienie dla zarysowanych powyżej scenariuszy byłoby zbyt obszerne i wykraczałoby zakresem tematycznym poza ramy opracowania. Jednakże owe predykcje nie są oparte na pustym przekonaniu, a na analizach opublikowanych w książce: „Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat” (publ. 2021r.), gdzie szczegółowo zostały opisane problemy wewnętrzne USA, Chin i Rosji, a także znacznie obszerniej rozwinięte prognozy. Z których wiele się już sprawdziło (wojna na Ukrainie, zajęcie Górskiego Karabachu, wojny Izraela z Libanem i bombardowanie Iranu).

Kończąc. Z pewnością czekają nas bardzo intensywne lata, których przebieg będzie decydował o kształcie wyłaniającego się nowego globalnego ładu lub też utrzymaniu wciąż istniejącej hegemonii USA – choć funkcjonującej na zmienionych zasadach.

Warto przy tym zachowywać spokój i nie wieszczyć upadku USA lub III Wojny Światowej co dwa miesiące, a raczej skupić się na badaniu rzeczywistego obrazu w istniejącym na dany moment układzie sił. W kontekście początku 2026 roku Stany Zjednoczone są niewątpliwie jedynym supermocarstwem, o unikalnych potencjałach na wielu różnych płaszczyznach. Zdolności te mogą pomóc władzom z Waszyngtonu w modelowaniu rzeczywistości w sposób, obsługujący amerykańskie interesy. USA ma po prostu najwięcej narzędzi i dlatego Donald Trump był w stanie tak łatwo odzyskać inicjatywę strategiczną. Narzucić rozwój wydarzeń, a także szaleńcze tempo wprowadzanych zmian w istniejącej architekturze układu sił. Z tych powodów ogłaszanie upadku hegemona wydaje się być przedwczesne, choć widać gołym okiem, iż boryka się przede wszystkim z wieloma strukturalnymi problemami wewnętrznymi. I to właśnie one, a nie przeciwnicy geopolityczni, mogą zaważyć o losach świata.

Krzysztof Wojczal

Читать всю статью