Jeszcze może być różnie, ale wychodzi na to, iż Trampowi nie uda się powtórzyć „Wenezueli” w Iranie. Natomiast bombardowanie rafinerii lub zakładów uzdatniających wodę, byłoby może w interesie Izraela, ale już nie Stanów Zjednoczonych.
Kim lub czym jest Iran? Jest on nie tylko państwem terrorystycznym broniącym swoich interesów, ale przede wszystkim starą, zasłużona dla kultury, Persją. To zwarty i szanujący siebie 90 milionowy naród z dużą powierzchnia kraju, osadzony między obcymi sobie Arabami, a więc dodatkowo stymulowany. Iran, to nie struktura gangsterska, którą można po gangstersku rozwalić, lecz przedsmak ewentualnego starcia z Chinami – a więc z narodem o jeszcze dłuższej kulturze, bardziej wytrzymałymi na trudy obywatelami, zachowaną ciągłością państwa i myśli, ale przede wszystkim z niekwestionowanym już mocarstwem światowym. Po ataku sił amerykańsko-izraelskich Iran nie będzie już tym samym Iranem, bo stał się wrogiem we własnym otoczeniu. Ale Chiny i Rosja mają wciąż te same cele i nie odpuszczą póki im sił starczy. Taka jest ich natura.
Stany Zjednoczone do Trumpa narzucały światu swój model kulturowy, wszędzie miało być tak, jak u nich. Trump zmienił tę zasadę i postawił na narody, ich kulturę i własny rozwój. To cywilizacyjna zmiana. Co w takim wypadku powinien zrobić Donald Trump? Stany Zjednoczone w zasadzie osiągnęły swoje cele: rozpędziły rządy ajatollahów, zniszczyły irański program nuklearny, wprowadziły zamęt w szeregach sojusznika Rosji i Chin oraz wykazały niewiarygodność sojuszu z nimi. Wystarczy! Nie udało się wprowadzić amerykańskich koncernów i nie ziściło marzenie Netanjahu o zrównaniu z ziemią Iranu na wzór Gazy. A skoro nie udało się odciąć Chin od taniej ropy, trzeba dać sobie spokój i zabezpieczyć kolejne, równie ważne, flanki, które ten sam przeciwnik może przechwycić. Stany powinny się z Iranu wycofać a Izrael pozostawić na straży Bliskiego Wschodu i zająć się Grenlandią. Kuba sama wpadnie im w ręce.
Grenlandia należy do Królestwa Danii, która jest członkiem NATO i UE. Trump powinien się z nią porozumieć, ale też Dania musi zrozumieć, iż ani ona, ani NATO nie są w stanie obronić jej przed naporem Rosji i Chin. Grenlandia to strategiczne miejsce, które dla USA jest przedpolem, a dla Europy przygranicznym bastionem, z którego w czasie pokoju można blokować europejski handel, a w okresie wojny atakować wszystko wokoło. Utrata więc Grenlandii na rzecz Chin lub Rosji, w podobnym stopniu zagraża Ameryce, jak i Europie. o ile ktoś ma wątpliwości, niech spojrzy nie ma mapę, która jest płaska, ale na globus, który zachowuje naturalne ziemskie kształty i proporcje. Już pierwszy rzut oka na globus wyjaśnia sprawę. W tej sytuacji mniej istotne stają się grenlandzkie zasoby metali ziem rzadkim, ważniejsza okazuje się geopolityka i strategia. To nie Ameryka się pcha, ale robią to Chiny i Rosja. I rzecz podstawowa: tylko Stany Zjednoczone są w stanie postawić się wszelkim obcym naporom i dać chwilę oddechu swoim sojusznikom, bo kompletnie się pogubili. Pogubili, nie tylko w obszarze Arktyki, ale też na gruncie całej cywilizacji zachodniej. Ani Francja, ani tym bardziej Niemcy nie są w stanie niczego poprowadzić dalej. Europa bez siły USA staje się Eurazją, ale też Stany bez Europy odsłaniają swoja flankę wschodnią i tracą dużą część swojej głębi strategicznej.
Dotychczas mieliśmy do czynienia z sytuacją odnoszącą się do oceanu i handlu morskiego. Nie wolno jednak zapominać o lądach, na których kończą się łańcuchy dostaw i mieszkają ludzie, którzy z nich korzystają. Wstępne (zastępcze) wojny toczą się na lądzie. I tu z Waszyngtonem również mamy wspólny interes: aby Ameryka mogła liczyć na Europę, a Europa na Amerykę, ktoś najpierw musi zaprowadzić porządek. Minęły czasy, iż każdy powinien zrobić go u siebie. Postulat może niektórych razić, ale w obliczy nadchodzącego totalnego konfliktu, nikogo innego prócz USA na horyzoncie nie widać. Powinien sprowadzać się do dwóch zasadniczych rzeczy: trwałego rozdzielenia Niemiec od Rosji i likwidacji degrengolady kulturowej i moralnej. Do tego potrzebny jest zdrowy zaszczep i autonomiczne, współpracujące z nowymi Stanami, Międzymorze, a więc zaktywizowanie tej grupy państw, które czują zagrożenie ze strony Rosji i gotowe są wspólnie przeciwdziałać jej agresji. Dużą role może tu odgrywać również Turcja.
Nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, iż świat idzie w kierunku III wojny. Trzeba go więc tak obudować i spętać pajęczyną wzajemnych zależności, aby do niej nie doszło. Ani Amerykanie, ani my tu w Europie nie damy sobie rady z niemal całą Azją, bez zrozumienia sytuacji i eliminacji własnych wewnętrznych słabości. Jak już wspomniałem, do największej i najbardziej groźnej, która zmobilizowała Rosję, a poprzez nią także Chiny, jest wewnętrzna wojna kulturowa w całej cywilizacji zachodniej. To właśnie ona dała szansę i ośmieliła Rosjan do napaści na Ukrainę, od której wszystko się zaczęło. To właśnie wewnętrzna wojna kulturowa dzieli ludzi na tych, którzy myślą tylko handlem i kundlem i chcą się poddać, byle mieć, i tych, którzy mają już dość zdegenerowanej kultury, w której nie da się normalnie żyć. Ten podział w naszej cywilizacji podlany sosem anarchistycznej demokracji zrodził hydrę o niespotykanej ilości głów. To ona jest sojusznikiem Rosji i Chin. Musimy się więc zdecydować: bronimy stugłowej hydry, czy staramy się opanować sytuację i obronić siebie?
I na koniec, żeby nie było tak, iż nasz stosunek do Ameryki wykreuje nam nowych ajatollahów, tym razem amerykańskich. Nie wystarczy na wiecach krzyczeć, iż Putin jest zbrodniarzem i milczeć, gdy wszystkie ważniejsze zagraniczne firmy lub inicjatywy lokowane są na Ziemiach Odzyskanych, lub siedzieć cicho, gdy linia obrony polskiego terytorium, uzgodniona w NATO, planowana jest na linii Wisły. Należy twardo zapytać z jakiego powodu świadomie, za zgodą polskiego rządu, tworzy się dysproporcje, które dzielą kraj na strefy lepsze i gorsze? Pytać z naciskiem i konsekwencją, dlatego, iż powszechnie wiadomo, iż Niemcy, w ten czy inny sposób, Ziem Odzyskanych nie odpuszczą. Bez tych pytań i racjonalnych decyzji lokalizacyjnych polskiego rządu, Ziemie te stają się coraz mniej odzyskanymi i coraz bardziej utraconymi.
PS. W 2004 r. o tym samym tytule (Głowy hydry) ukazała się książka prof. Anny Pawełczyńskiej. Serdecznie polecam ją każdemu, kogo zainteresowała powyższa problematyka.










