Gen. Leon Komornicki ostrzegł 4 września, iż Polska pozostaje w politycznej, dyplomatycznej i wojskowej defensywie, ponieważ państwo nie ma spójnej strategii obronnej. Były zastępca szefa Sztabu Generalnego nazwał obecny stan „kabaretem wojskowym”. Dla Polaków stawką jest realna ochrona życia i terytorium, a nie kolejne kosztowne deklaracje.
Sprzęt nie zastąpi strategii
Gen. Leon Komornicki postawił diagnozę, której rządzący nie mogą zbyć kolejną prezentacją zakupionego uzbrojenia. W podcaście „Bez doktryny” Wirtualnej Polski wskazał, iż państwo nie ma strategii odpowiadającej charakterowi rosyjskiego zagrożenia. Jego zdaniem Polska i cały Zachód nie wyciągnęły pełnych wniosków z rosyjskiej inwazji na Ukrainę.
Były zastępca szefa Sztabu Generalnego mówił o głębokiej defensywie politycznej, dyplomatycznej i wojskowej. To mocne oskarżenie, ale dotyczy konkretnej słabości: państwo może wydawać miliardy na czołgi, samoloty i systemy rakietowe, a przez cały czas nie wiedzieć, jak połączyć je w jeden plan obrony kraju. Ostrzeżenia, iż Polska nie może ufać samym deklaracjom sojuszniczym, trzeba traktować jako wezwanie do budowy własnej siły, nie jako argument przeciw NATO.
Rosja sprawdza odporność państwa
Komornicki od dawna przekonuje, iż rosyjskie działania wobec Polski należy rozpatrywać jako wojnę hybrydową. W sierpniu, po incydencie z rosyjską rakietą, zwracał uwagę na luki w prawie, obronie powietrznej i systemie ochrony ludności. Rakieta Ch-101, według ustaleń przywołanych przez „Rzeczpospolitą”, przeleciała około 90 kilometrów w głąb kraju i spadła w Tarnawie-Kolonii.
Takie zdarzenie obnaża różnicę między posiadaniem uzbrojenia a zdolnością jego użycia we adekwatnym czasie. Procedury identyfikacji celu, łańcuch dowodzenia, rozpoznanie i gotowość obrony cywilnej muszą działać razem. Rosja właśnie na tych połączeniach szuka pęknięć. Testuje reakcję instytucji, próbuje wywołać chaos informacyjny i sprawdza, czy politycy są zdolni mówić społeczeństwu prawdę.
Obronność nie może być kampanią reklamową
Polskie wydatki wojskowe mają sens tylko wtedy, gdy prowadzą do mierzalnych zdolności. Liczy się liczba gotowych jednostek, zapasy amunicji, ochrona przestrzeni powietrznej, logistyka oraz przygotowanie administracji i ludności. Sama lista kontraktów nie zatrzyma pocisku. Nie ewakuuje też mieszkańców ani nie zapewni ciągłości działania państwa.
Władza ma pokusę przedstawiania każdego zakupu jako przełomu. Opozycja odpowiada własnym katalogiem zaniedbań. Tymczasem bezpieczeństwo Polski nie może być rekwizytem w partyjnym sporze. Krytyka sposobu zarządzania polską obronnością wraca z różnych stron, a wspólnym mianownikiem pozostaje brak rozliczalnego planu: kto odpowiada, za co i w jakim terminie.
Państwo musi wiedzieć, czego broni
Strategia obronna nie jest dokumentem pisanym dla urzędniczej półki. Powinna jasno określać zagrożenie, cele polityczne, sposób działania sił zbrojnych i rolę instytucji cywilnych. Musi też odpowiadać na pytanie o ochronę zwykłych Polaków, infrastruktury energetycznej, kolei, łączności i szpitali.
Narodowy realizm zaczyna się od uznania faktu, iż sojusze są niezbędne, ale żadna stolica nie zdejmie z Warszawy odpowiedzialności za obronę Rzeczypospolitej. Polska potrzebuje interoperacyjności z NATO oraz własnej umiejętności utrzymania walki. Jedno bez drugiego daje złudne poczucie bezpieczeństwa.
Słowa generała powinny uruchomić parlamentarną i ekspercką kontrolę gotowości państwa, zamiast kolejnej wojny na komunikaty. o ile po latach rosnących wydatków przez cały czas brakuje doktryny, sprawnych procedur i ochrony ludności, Polacy mają prawo żądać odpowiedzi. W obronności propaganda sukcesu jest szczególnie niebezpieczna, bo jej cenę poznaje się dopiero w godzinie próby.
*Źródło: Wirtualna Polska, rozmowa w podcaście „Bez doktryny”; „Rzeczpospolita”, wypowiedzi gen. Leona Komornickiego o obronie powietrznej.*
Źródło: WP Wiadomości











